Wizja Trumpa

Aktualności,

Wszyscy prezydenci USA od czasu rozpadu Związku Sowieckiego działali w ramach intelektualnej koncepcji Fukuyamy. Administracja Trumpa jest pierwszą, która odwołuje się do koncepcji Huntingtona

W Polsce w odbiorze i komentarzach przemówienie prezydenta USA Donalda Trumpa analizowano, głównie biorąc pod uwagę liczne i miłe dodatki „lokalne” – nawiązania do najnowszej historii Polski. Taka perspektywa nie dziwi, zawsze bliższa ciału koszula. Ale znaczenie wystąpienia Trumpa dla Polski i Europy Środkowo-Wschodniej oraz dla Stanów Zjednoczonych i Zachodu w ogóle – bo i o tym będzie tu mowa – nie bierze się z akcentów historyczno-lokalnych (choć nie są one pozbawione politycznej wagi), ale z konsekwencji ujawnionego postrzegania fundamentalnych uwarunkowań politycznej sytuacji świata i zdefiniowania globalnej roli USA. Zauważył to dziennik amerykańskich elit biznesowych „Wall Street Journal”, który ocenił, że warszawskie wystąpienie było pierwszym prawdziwie „prezydenckim” przemówieniem Donalda Trumpa: pojawiły się w nim kluczowe dla polityki międzynarodowej wątki, których zabrakło w mowie inaugurującej prezydenturę. Jako przywódca supermocarstwa Donald Trump wyłożył karty, przestał być dla innych przywódców polityczną cząstką nieoznaczoną, który to stan utrzymywał w kampanii wyborczej i przez parę miesięcy po objęciu przez niego urzędu, ujawnił, jak postrzega świat i rolę, jaką w nim odgrywa Ameryka.

Dwie wizje

Po upadku komunizmu w Stanach Zjednoczonych pojawiły się dwie intelektualne propozycje odpowiedzi na zmienioną postać świata. Pierwszą był artykuł Francisa Fukuyamy  „Koniec historii” w National Interest z 1989 r., który rozrósł się później w książkę. Fukuyama w następnych latach stał się obiektem wielu niesprawiedliwych i szyderczych krytyk ze względu na uwikłaną w kontekst historiozofii heglowskiej tezę o „końcu historii”, wedle której przegrana komunizmu oznacza koniec konfliktu o charakterze globalnym, który był siłą napędową historii. W istocie rzeczy jednak artykuł Fukuyamy był poważną (co nie znaczy, że trafną) odpowiedzią na pytanie o przywódczą rolę Ameryki – wielkiego wygranego w konflikcie z komunizmem – w post-zimnowojennym świecie.

Rosja nie została potraktowana jako trwałe zagrożenie, które zniknie, gdy wyrzeknie się uzyskanych drogą agresji zbrojnej nabytków terytorialnych, ale jako potencjalny sojusznik, który winien spełnić łagodniejsze warunki

Skoro – argumentował Fukuyama – komunizm przegrał, to zachodni projekt polityczny – prawa człowieka, demokracja liberalna, wolnych handel – nie ma już alternatywy światowej. Oczywiście istnieją inne projekty uwarunkowane odmiennościami kulturowymi, ale nie mają one charakteru globalnego, lecz wymiar folklorystyczno-reliktowy. To wolny handel, liberalna demokracja i prawa człowieka w wymiarze ideowym i politycznym organizują przestrzeń światową, a skoro tak, to potrzebują politycznego wsparcia dla trwałego funkcjonowania. Podmiotem wspierającym winno być supermocarstwo – Stany Zjednoczone – które wspierając, szerząc i eksportując te sposoby organizacji życia zbiorowego w skali globu, zapewniają światu stabilizację, a sobie przywódczą rolę.

W 1993 r. w dwumiesięczniku Foreign Affairs ukazała się odpowiedź na koncepcję Fukuyamy – artykuł Samuela Huntingtona „Zderzenie cywilizacji”(później i on rozrósł się w książkę). Wedle tego autora konflikt Wolnego Świata z komunizmem był swego rodzaju nakładką, która przytłumiła bardziej podstawowe i trwalsze przyczyny konfliktów międzynarodowych – zderzanie się cywilizacji. Huntington nie pisał o wojnach czy starciach cywilizacyjnych, lecz o zderzeniach lub zderzaniu się. Cywilizacje, czyli wielkie całości kulturowe wywodzące się z odmienności religijnych, porównywał do wielkich płyt tektonicznych, które ocierają się o siebie wzdłuż uskoków tektonicznych. Gdy chodzi o płyty tektoniczne, rezultatem ich zderzania się są trzęsienia ziemi; w przypadku cywilizacji – konflikty łącznie z wojnami.

Upadek komunizmu nie oznaczał zatem bezalternatywności zachodniej koncepcji ładu zbiorowego i regulacji konfliktów; gdy nakładka zimnowojenna rozpadła się, świat wrócił do pluralizmu odmiennych cywilizacyjnie sposobów organizacji politycznej, gospodarczej i odmiennych  propozycji współistnienia cywilizacji ze sobą. O ile zatem Fukuyama chciał organizować świat przez prawa człowieka, wolny handel i liberalną demokrację wspierane przez militarną, polityczną i gospodarczą siłę Stanów Zjednoczonych, to Huntington przywódczą rolę Ameryki upatrywał w zarządzaniu nieuniknionymi kryzysami, dbaniu, wspólnie z innymi kluczowymi dla odmiennych cywilizacji mocarstwami, by zderzanie się cywilizacji nie przerodziło się w ich starcie, a lokalne trzęsienia ziemi nie przekształciły się w katastrofę sejsmiczną, która niszczy kontynenty. O eksporcie demokracji i praw człowieka na inne cywilizacyjnie obszary nie ma tu mowy.

Koniec eksportu demokracji?

Do czasu prezydentury Donalda Trumpa wszystkie administracje prezydenckie w USA od momentu rozpadu Związku Sowieckiego (1991 r.) działały w ramach intelektualnej koncepcji Fukuyamy. Gdy decydowały się na interwencję zbrojną, razem z nią lub w ślad za nią szedł eksport praw człowieka i demokracji liberalnej na teren innych cywilizacji. Gdy obalono talibów, fundamenty demokracji liberalnej próbowano zainstalować w Afganistanie (a także antydyskryminacyjną politykę, jeśli chodzi o prawa kobiet); podobnie demokrację liberalną próbowano powołać do życia po obaleniu Saddama Husajna w Iraku.

Maleje prawdopodobieństwo wojny handlowej między USA a Niemcami

Administracja Trumpa jest pierwszą, która wprost odwołuje się do koncepcji Huntingtona. Nie oznacza to, że sam prezydent artykuły Fukuyamy lub Huntingtona czytał, możliwe, że o tych autorach w ogóle nie słyszał. Niemniej skupił wokół siebie lub też skupiła się wokół niego ta część zajmującego się polityką międzynarodową intelektualno-politycznego establishmentu USA, która uznała, że za dotkliwe porażki Ameryki odpowiedzialny jest błędny wybór strategii politycznej. Eksport praw człowieka i liberalnej demokracji wikła Stany Zjednoczony w długotrwałe konflikty, z których nie można się wycofać, a można je tylko przegrywać. Warszawskie przemówienie Donalda Trumpa razem z wcześniejszym wystąpieniem w Rijadzie skierowanym do 50 przywódców państw muzułmańskich to zupełnie odmienna propozycja przywódczej roli Ameryki w świecie, daleka od neoizolacjonizmu, którego się u nowej administracji obawiano.

Zrekonstruujmy tę propozycję.

Po pierwsze zatem, istnieje taka całość polityczno-kulturowa jak zachodnia cywilizacja, która definiowana jest nie przez demokrację liberalną i prawa człowieka, ale przez wspólną dla Ameryki i Europy tożsamość kulturową, wspólne korzenie, wspólnych bohaterów, wspólną koncepcję wolności, rodziny, narodu i Boga. Ta cywilizacja może być zagrożona, a warunkiem jej przetrwania jest wola przetrwania. Jako najsilniejsze państwo Ameryka jest przywódcą cywilizacji Zachodu, ale już nie świata.

Po drugie, inne cywilizacje nie są wrogami cywilizacji Zachodu (ten wątek pojawia się w wystąpieniu prezydenta w Rijadzie). Zachód uznaje ich odmienność i nie pretenduje do miana cywilizacji wyższej. W Rijadzie Trump, wyraźnie dystansując się od swoich poprzedników, podkreślał, że nie chce nikogo pouczać.

W 2014 r. prezydent Obama ogłaszał w Warszawie ERI, odpowiadając na potrzebę bezpieczeństwa Polaków i całego regionu. W 2017 r. w przemówieniu Donalda Trumpa kwestia bezpieczeństwa regionu zagrożonego przez Rosję została całkowicie pominięta

Po trzecie, cywilizacja Zachodu ma wroga, a tym wrogiem jest radykalny islamski terroryzm. Islamscy terroryści zagrażają przede wszystkim Zachodowi, ale w głębszym sensie ładowi światowemu, bo ich aktywność może doprowadzić do tego, że zderzanie się cywilizacyjnych płyt tektonicznych przerodzi się w światową katastrofę sejsmiczną. Dlatego pojawia się pojęcie szersze niż wspólnota Zachodu: wspólnota należących do różnych kręgów cywilizacyjnych odpowiedzialnych narodów, które współpracują nie w obronie konkretnej cywilizacji, ale cywilizacji jako takiej.

Po czwarte, a dla Polski jest to najbardziej interesujące, w takiej właśnie perspektywie Donald Trump traktuje Rosję. Rosja nie została potraktowana jako trwałe zagrożenie, które zniknie, gdy wyrzeknie się uzyskanych drogą agresji zbrojnej nabytków terytorialnych, ale jako potencjalny sojusznik, który winien spełnić łagodniejsze warunki.  „Wzywamy Rosję, – mówił w Warszawie prezydent Trump – by zaprzestała swoich destabilizujących działań na Ukrainie i wszędzie indziej, i przestała udzielać wsparcia wrogim reżimom – w tym Syrii i Iranowi – a zamiast tego przyłączyła się do wspólnoty odpowiedzialnych narodów w naszej walce przeciwko wspólnym wrogom i w obronie cywilizacji.

Huntingtonowska koncepcja kontrolowanego zderzania się cywilizacji jest przy tym o wiele bardziej strawna dla Rosji niż odwołująca się do Fukuamy misja wspierania i eksportu na teren innych cywilizacji – w tym cywilizacji prawosławnej zorganizowanej politycznie wokół państwa rosyjskiego – praw człowieka i liberalnej demokracji. Nie ma większego napięcia między pomysłem na przywódczą rolę Ameryki wyłożonym przez prezydenta Trumpa w Warszawie, a sławnym monachijskim przemówieniem prezydenta Putina.

Tak zarysowana koncepcja roli Stanów Zjednoczonych w świecie ma swoje konsekwencje dla spraw europejskich, Europy Środkowo-Wschodniej i Polski. Istotne jest tu przy tym nie tylko to, co prezydent Trump powiedział, ale także to, co mógł powiedzieć, ale nie powiedział. To, co mówił i to, o czym milczał, przeznaczone było przede wszystkim nie dla polskich uszów, ale dla uszów światowych przywódców, w tym prezydenta Putina.

Zachód wart NATO, Europa – Unii

Wydaje się zatem, że po miesiącach niepewności można stwierdzić, że NATO i Unia Europejska pozostają dla nowego prezydenta istotnymi czynnikami organizującymi politycznie wspólnotę Zachodu. Trump w o wiele większym stopniu niż jego poprzednicy będzie się odwoływał do innego czynnika, czyli anglosfery  (USA, Kanada, Wielka Brytania, Australia, Nowa Zelandia, a więc kraje połączone anglosaskimi więzami kulturowymi, ale spajane również najsilniejszą na świecie globalną siecią wywiadu elektronicznego, czyli systemem Echelon), ale nie uzna jej za alternatywę. Skoro cywilizacja Zachodu istnieje, a USA są państwem przywódczym, to przywódca nie może niszczyć lub dezawuować tych struktur, które tę wspólnotę organizują.

Po drugie, z powodów jak w punkcie pierwszy, maleje prawdopodobieństwo wojny handlowej między USA a Niemcami. To dla Polski bardzo dobra wiadomość.

Trump powiedział w Warszawie jasno: możecie mieć pewność, że dam zgodę na dostawy nośników energii, ale musicie za to zapłacić; skóry z was nie zedrzemy, ale specjalnego traktowania nie będzie

Po trzecie, po niepokojącym pominięciu kwestii zaangażowania Ameryki w artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego wątpliwości zostały rozwiane w Warszawie. Ale zwraca uwagę to, że właśnie w Warszawie Donald Trump przemilczał to, co mógł Polakom i innym narodom regionu powiedzieć: że zwiększa zaangażowanie finansowe USA w European Reassurence Initiative z 3,4 mld dolarów w 2017 r. do 4,8 mld w 2018 r. W 2014 r. prezydent Obama ogłaszał w Warszawie ERI, odpowiadając na potrzebę bezpieczeństwa Polaków i całego regionu. W 2017 r. w przemówieniu Donalda Trumpa kwestia bezpieczeństwa regionu zagrożonego przez Rosję została całkowicie pominięta, gość odpowiedział natomiast na głęboko przeżywaną przez gospodarzy potrzebę uznania, za co został wynagrodzony rzęsistymi oklaskami. Pominięta została też milczeniem kwestia warunków brzegowych, które muszą być spełnione przez Rosję, by zaangażowanie Ameryki w bezpieczeństwo regionu (łącznie z obecnością jednej brygady wojsk amerykańskich) się zmniejszyło. Sądzę, że te wszystkie przemilczenia skierowane były do uszu prezydenta Putina, a w kategoriach politycznych oznaczały one tyle, że w negocjacjach z Rosją Stany dopuszczają daleko posuniętą elastyczność, którą ograniczałyby złożone publicznie deklaracje.

Nie oznacza to oczywiście, że za tymi przemilczeniami kryje się plan wystawienia interesów Polski i regionu do wiatru. Swoje polityczne znaczenie miały też odwołania do historii Polski, jako kraju wprawdzie peryferyjnego, ale wiernego wartościom Zachodu. Pośrednio Trump stwierdzał, że kraje wschodnich peryferii NATO nie będą karta przetargową w ustaleniach z Rosją. Ale nie odnosi się to już do Ukrainy. W sprawie Ukrainy oczekiwania pod adresem Rosji ograniczają się u nowej administracji do tego „by zaprzestała działań destabilizujących”.

Nie są to oczekiwania wysokie i mogą być bardzo różnie rozumiane, co sygnalizuje negocjacyjną elastyczność strony amerykańskiej. W koncepcji Huntingtona, a także w rozumieniu administracji Trumpa, Ukraina jest klasycznym „państwem rozdartym” położonym na uskoku między cywilizacją Zachodu a organizowaną politycznie przez Rosję cywilizacją prawosławia. Właśnie konflikty w takich państwach i wokół nich powodują największe ryzyko przerodzenia się w katastrofę sejsmiczną, co grozi, jeśli zaangażują się w nie mocarstwa „cywilizacyjnego rdzenia” (w tym przypadku Rosja i Stany Zjednoczone). Użyty przez Donalda Trumpa język sugeruje chęć znalezienia wspólnie z Rosją minimalnie stabilnego rozwiązania, co w jakiejś, zapewne skromnej, mierze musi uwzględniać aspiracje Ukraińców. Dla Polski oznacza to tyle, że możliwości prowadzenia przez nas polityki wschodniej znowu się zmniejszyły. Nie jesteśmy w tej kwestii partnerem dla Niemców, nie jesteśmy partnerem dla Francuzów, nie jesteśmy partnerem dla Amerykanów, a dla Ukraińców stajemy się coraz mniej interesujący. Trzeba to przyjąć do wiadomości i wyciągnąć wnioski.

Tak dla rurociągów

Jeśli chodzi o kwestie regionalne, to zwraca uwagę to, że inicjatywę Trójmorza prezydent potraktował wyłącznie jako obszar wzmocnionej współpracy w dziedzinie infrastruktury oraz budujące wspólny rynek przedsięwzięcie wewnętrzne Unii Europejskiej. Trójmorze poprzez budowę interkonektorów do przesyłu energii lub nośników energii  „wiąże się z całą Europą i w rzeczywistości z Zachodem”(przemówienie na szczycie Trójmorza). Prezydent USA rozproszył przez to obawy, że Nowa Europa będzie przez Stany używana do podważania spójności Unii Europejskiej.

 

Możliwości prowadzenia przez nas polityki wschodniej znowu się zmniejszyły

W swoim wystąpieniu na szczycie Donald Trump zapowiedział amerykańskie trwałe i długoterminowe otwarcie na dostawy amerykańskich nośników energii dla krajów regionu, co jest istotne, bo amerykańskie ustawodawstwo wprowadzone w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku po pierwszym i drugim kryzysie naftowym wymaga zgody administracji federalnej (Departamentu Energii) na eksport nośników energii. Drzwi do eksportu gazu i ropy naftowej uchylił już prezydent Obama, a jego następca zapowiedział, że zostaną one na długo i szeroko otwarte.

Nie ma jednak róży bez kolców; jeśli ktoś nierozsądnie liczył na to, że z racji dążenia do dywersyfikacji dostaw nośników energii i uniezależnienia się od Rosji Polska i inne kraje regionu zostaną objęte przez USA taryfa ulgową, to się rozczarował. Na konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Dudą Trump rzucił uwagę: „Może podniesiemy nieco ceny, ale będzie ok”. Część komentatorów potraktowała to jako żart, ale uwaga była poważna, skierowana zarówno do gospodarzy, jak i do kręgów gospodarczych w Ameryce.

Pierwsza dostawa skroplonego naturalnego gazu do terminalu w Świnoujściu, którą tak chwalił się polski rząd, była realizacją kontraktu spotowego, a ceny dostaw w kontraktach spotowych są niższe niż w kontraktach długoterminowych wyznaczanych przez indeks cen w Hubie Henry. Ponadto Trump bardziej czuje się związany z przemysłem wydobywczym, o czym świadczy jego wystąpienie na konferencji „Uwolnić amerykańską energię”, niż z przemysłem przetwórczym, w tym wielka chemią. Interesów tego drugiego sektora nie może całkowicie lekceważyć, a wewnętrzny spór w USA o wolumen eksportu gazu naturalnego i łupkowego toczy się między tymi dwiema branżami. Wielka chemia argumentuje, że marża na eksporcie produktów przetworzonych, przede wszystkim mocznika, jest sporo wyższa niż na eksporcie samego gazu. Administracja federalna musi zatem znaleźć kompromis między interesami obu ważnych dla Ameryki gałęzi gospodarki. Donald Trump powiedział w Warszawie jasno: możecie mieć pewność, że dam zgodę na dostawy nośników energii, ale musicie za to zapłacić; skóry z was nie zedrzemy, ale specjalnego traktowania nie będzie; chcecie uzyskać niezależność energetyczną od Rosji, to za to zapłaćcie, bo my was dotować nie będziemy.

Nachalny komiwojażer, bezmyślna proamerykańskość

Ostatnia kwestia, którą warto omówić, to zakupy sprzętu wojskowego i uzbrojenia. Minister Macierewicz z okazji wizyty Donalda Trumpa ogłosił jako wielki sukces polskiego rządu zgodę administracji na sprzedaż nam systemu „Patriot” nowej generacji, co było groteskowe, bo Amerykanie zgodzili się na sprzedaż nam tego, co bardzo chcieli nam sprzedać. W kwestii kontraktów zbrojeniowych prezydent Trump zachowywał się w Warszawie jak nachalny komiwojażer. Nie tylko w swoim wystąpieniu na placu Krasińskich „chylił czoła” przed Polakami za zakup „Patriotów”, ale w przemówieniu na szczycie Trójmorza jasno zadeklarował, że będzie dążył do uzyskania monopolu na dostawy broni do regionu. „Robimy najlepszą technologię dla myśliwców, okrętów oraz sprzętu i uzbrojenia wojskowego, nikt się nawet nie zbliża do naszego poziomu, to jest fakt. Na całym świecie mówią o potędze naszej armii, kiedy będziecie kupować sprzęt wojskowy, mam nadzieję, że będziecie myśleć tylko o Stanach Zjednoczonych”.

O ile w kategoriach politycznych Donald Trump unikał przeciwstawiania nowej Europy Europie Karolińskiej, to jeśli idzie o interesy Boeinga, Raytheona i Lockheed Martina, nie miał żadnych oporów przed wbijaniem klina

Sądzę, że prezydenta i amerykański przemysł zbrojeniowy szalenie zaniepokoiły konkretyzujące się plany Unii Europejskiej, zwłaszcza zaś decyzja o powołaniu Europejskiego Funduszu Obronnego. Decyzje w tej sprawie zapadają dziś, ale efekty będą dawały się odczuć w kolejnej wielkiej fali modernizacji sił zbrojnych krajów unijnych, do której dojdzie w latach trzydziestych. Chodzi m.in. o czołg IV generacji, myśliwiec V generacji, który zastąpi wycofywane ze służby niemieckie Tornado Panavia i europejską rodzinę dronów bojowych, które przełamią amerykański (z niewielkim izraelskim dodatkiem) monopol w tej dziedzinie. Może się zatem okazać, że dostawy amerykańskiego myśliwca F-35 Lightening II będą ostatnim dużym kontraktem, który uda się zawrzeć amerykańskiej zbrojeniówce z krajami UE.

O ile w kategoriach politycznych Donald Trump unikał przeciwstawiania nowej Europy Europie Karolińskiej, to jeśli idzie o interesy Boeinga, Raytheona i Lockheed Martina, nie miał żadnych oporów przed wbijaniem klina. Obawiam się, że mógł znaleźć chętnego słuchacza w postaci obecnego, bezmyślnie proamerykańskiego rządu.

EFO, głupcze!

Jeśli chodzi o modernizację polskich sił zbrojnych do początku lat trzydziestych, wybór przede wszystkim partnera amerykańskiego wydaje się naturalny: skoro wcześniej kupiliśmy F-16, to narzuca się zakup F-35. Jeśli chodzi o obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową, to albo Raytheon, albo konsorcjum Meads z przewagą Lockheed Martina, tak czy tak Amerykanie; uzyskana (za czasów rządu PO-PSL) zgoda  Departamentu Obrony na sprzedaż Polsce JASSM Extended Range (zasięg ok. 1000 km) zwiększą naszą siłę odstraszania. Jeśli chodzi o śmigłowce bojowe, to amerykańskie Apache z rakietami Hellfire zdolne do odpalania ich w trybie stand off poza zasięgiem rosyjskiej obrony przeciwlotniczej na szczeblu brygad wojsk pancernych i zmechanizowanych po doświadczeniach wojny rosyjsko-ukraińskiej wydają się najlepszym, choć najdroższym rozwiązaniem.

Tylko w ramach europejskich inicjatyw obronnych możliwy jest transfer technologii, obniżka kosztów zakupów i nakładów na prace badawczo-rozwojowe

Inaczej jednak sprawa się przedstawia, jeśli chodzi o modernizację w latach trzydziestych. Przesądzi o niej udział w europejskich inicjatywach, w tym w Europejskim Funduszu Obronnym. Obecny rząd nie tylko ciężko Polskę skonfliktował w dziedzinie przemysłu obronnego z Francją i Niemcami (o czym świadczył wspólny list w tej sprawie ministrów obrony Francji i Niemiec do ministra Macierewicza), wycofując się z kontraktu na śmigłowce Caracal, ale do inicjatywy EFO odnosi się z chłodnym dystansem. Tylko w ramach inicjatyw europejskich możliwy jest transfer technologii, obniżka kosztów zakupów i obniżka nakładów na prace badawczo-rozwojowe. Amerykanie słyną z tego, że transferu technologii odmawiają, nawet takim sojusznikom jak Wielka Brytania i Izrael. Z ich punktu widzenia ma to sens: po co przyczyniać się do stworzenia konkurencji dla własnego przemysłu obronnego?

Jeśli polski rząd nie zdecyduje się na aktywny udział w inicjatywach unijnych, to w latach trzydziestych będziemy musieli płacić Amerykanom o wiele więcej za kolejne modernizacje sił zbrojnych, a polski przemysł zbrojeniowy będzie mógł tylko dogorywać.