Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Czy Polska może wyjść z peryferyjności?

Kapitał ekonomiczny jest głównym czynnikiem hierarchizacji krajów i społeczeństw. Inne zasoby – polityczne, kulturowe – są słabsze, ale nie bez znaczenia; jeśli się ich odpowiednio używa, można realizować przy ich pomocy pewne cele

W pracy badawczej zajmuje się pan kwestią peryferyjności. Co dziś pana zdaniem oznacza peryferyjność? Czy Polska jest krajem peryferyjnym?

Peryferyjność oznacza przede wszystkim zależność ekonomiczną. Jesteśmy obszarem gospodarczo zależnym, eksportującym ciągle przede wszystkim tanią siłę roboczą. Może już nie tak bardzo tanią jak kiedyś, z pewnością droższą niż ta z Ukrainy i z krajów położonych dalej na wschód, ale ciągle jesteśmy kapitałowo całkowicie uzależnieni od państw Zachodu. Z tym związane jest wszelkie inne uzależnienie – polityczne, społeczne, kulturowe itd. Brak zakumulowanych własnych zasobów kapitału ekonomicznego jest esencją naszego statusu i to przesądza też o tych innych wymiarach.

W Polsce peryferyjność kompensujemy przede wszystkim kapitałem kulturowym

Niektórzy twierdzą, że nasza peryferyjność wynika z prawideł geopolityki.

Moim zdaniem peryferyjność Polski wynika przede wszystkim nie z geopolityki, a z długiego trwania. Ten status utrwalił się w XVII wieku i nigdy się radykalnie nie zmienił. Od tamtego czasu Polska jest głównie dostarczycielem siły roboczej i nieprzetworzonych produktów rolnych (w niektórych momentach – także węgla).

Czy możemy w ogóle marzyć o wyjściu z peryferyjności?

Istnieją takie przypadki. Najsłynniejszym jest Japonia, niektórzy mówią o Korei Południowej i Finlandii. Mówię o dyskusjach toczących się w ramach rozważań nad tzw. teorią systemu światowego. Pewne jest jednak, że tych przypadków jest dużo mniej niż prób nieudanych. Można więc wyjść z peryferyjności, ale dzieje się tak bardzo rzadko.

Czy Polska w ostatnich latach pana zdaniem wychodzi z peryferyjności, czy przeciwnie, staje się coraz bardziej peryferyjna?

Niewiele może się zmienić w tak krótkim czasie. Moja perspektywa jest perspektywą długiego trwania, więc trudno na razie odpowiedzieć na to pytanie. Co mogę stwierdzić z większą pewnością, to to, że w Polsce raczej kompensujemy sobie na różne sposoby tę peryferyjność.

Na czym to polega?

Jak mówi Pierre Bourdieu, istnieją różne rodzaje zasobów, kapitałów: kapitał ekonomiczny, społeczny i kulturowy. W Polsce peryferyjność kompensujemy przede wszystkim kapitałem kulturowym. Dzieje się to na dwa sposoby. Strona liberalna dokonuje tej kompensacji przy pomocy narracji europejskiej, przez dumę z okazjonalnych wyrazów uznania płynących z Zachodu, z symboliki płynącej z obecności Polski i Polaków w zachodnich organizacjach międzynarodowych. Po stronie konserwatywnej też mamy kapitał kulturowy, ale w wersji narodowej – kompensacją realnej zależności ekonomicznej i politycznej mają być duma, religia, patriotyzm, niechęć do migrantów jako hasła kulturowe i tożsamościowe.

Obie te formy to jednak kompensacje. Czy możliwa jest jakaś droga zmagania z tą peryferyjnością, która nie jest kompensacją, która stanowi realną szansę wyjścia z położenia zależności?

Kompensacja nie oznacza skazania na porażkę. W modelu, o którym mówię, faktycznie kapitał ekonomiczny jest głównym czynnikiem hierarchizacji krajów i społeczeństw. Te inne zasoby – polityczne, kulturowe – są słabsze, ale nie są zupełnie bez znaczenia, jeśli się ich odpowiednio używa i ma się ich odpowiednio dużo, można realizować przy ich pomocy pewne cele. Na przykład Rosja, która też dziś jest krajem peryferyjnym, próbuje to kompensować kapitałem politycznym.

Gdy patrzę na cały region Europy Środkowej, na kraje postkomunistyczne, to widzę, że niezależnie od punktu wyjścia, wszystkie one kończą w podobnym miejscu

W jaki sposób?

To próba akumulacji kapitału ekonomicznego przez takie narzędzia polityczne jak silna władza i kontrola nad gospodarką, w szczególności zasobami naturalnymi. Obecna władza w Polsce wydaje się mieć nieco podobnych ambicji (ich przejawem są na przykład działania w zakresie tzw. „udomowienia” banków), ale są one zdecydowanie ograniczone w swoich ambicjach w porównaniu z Rosją.

Czy można działać w ten sposób nie naruszając zasad demokracji?

Można wyobrazić sobie kraj demokratyczny, który buduje takie asertywne państwo, który próbuje wyłączyć się częściowo z globalnej, kapitalistycznej jurysdykcji, i uruchomić przy pomocy wsparcia państwowego gromadzenie kapitału ekonomicznego. Teoretycznie jest to możliwe, ale w praktyce zwykle reżimy, które realizują taką politykę, nie są szczególnie demokratyczne.

Bartłomiej Radziejewski twierdzi, że dziś wyjście z peryferyjności jest tak trudne, jak nigdy dotąd, gdyż popadliśmy w niespotykanie silną zależność od krajów centrum. Zgadza się pan z tym?

Co do zasady zgadzam się, choć nie wiem, czy ta zależność jest faktycznie aż takim nowym zjawiskiem. Zmieniają się jej techniczne, szczegółowe formy, ale podział trwa od XVII wieku: Zachód daje kapitał, my – pracę fizyczną.

Jeden nurt w polskiej debacie twierdzi, że transformacja ustrojowa była sukcesem, że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe. Nurt przeciwny podkreśla właśnie peryferyjność, postkolonializm, drenaż kapitałowy. Do której z tych diagnoz jest panu bliżej?

Na Zachodzie, oprócz rozwiązywania konkretnych, drobnych problemów, współpraca z renomowaną uczelnią daje takim firmom legitymizację

Do tego drugiej. Raczej podzielam ten pesymistyczny pogląd. Nie jestem jednak tak entuzjastyczny jak część – powiedzmy umownie – prawej strony co do możliwości alternatyw. Owszem, można było sprzedawać mniej i drożej, mniej radykalnie prywatyzować, mniej niszczyć publiczną infrastrukturę społeczną, nie dać się podporządkowywać w wielu kwestiach, ale nie mam pewności, czy w skali makro to by dało oczekiwany efekt, czy faktycznie tej zależności mogliśmy uniknąć.

Czyli konieczna była „kseromodernizacja”? Nie było innej drogi?

Gdy patrzę na cały region Europy Środkowej, na kraje postkomunistyczne, to widzę, że niezależnie od punktu wyjścia, wszystkie one kończą w podobnym miejscu. Polska w sensie zależności ekonomicznej w jakiej się znalazła, lokuje się gdzieś w środku stawki krajów regionu, pomiędzy skrajnymi przypadkami względnie samodzielnej Słowenii i bardzo uzależnionych Węgier.

Oczywiście można teoretyzować, że lepiej byłoby działać inaczej. Trzeba jednak pamiętać, że ta gra była z góry asymetryczna, bo integrowaliśmy się jako bankrut z dominującym rdzeniem państw zachodnich, i żeby ten rdzeń nas zaakceptował, musimy się dostosować. Oczywiście w pojedynczych sytuacjach można było zachować autonomię, ale np. samo wejście do Unii Europejskiej to był proces z konkretnymi wymogami. Nie było przestrzeni na to, żebyśmy wymyślili własny system, lub próbowali sprzedać nasz własny system Zachodowi.

Zmagamy się z różnymi problemami państwa peryferyjnego. Jednym z najważniejszym jest to, że nadal zarabiamy dużo mniej niż na Zachodzie. Przyczyną jest niska produktywność naszej pracy, a ta z kolei wynika z niskiej innowacyjności. Nic z tym nie jesteśmy w stanie zrobić?

Innowacyjność to skrajnie umowne pojęcie. Bardziej obiektywne jest pojęcie miejsca w łańcuchu wartości dodanej. W tym łańcuchu bardzo trudno wspiąć się na wyższe miejsca – w tym celu trzeba mieć pieniądze i kompetencje. Ale nawet kompetencje można kupić. Więc przede wszystkim trzeba mieć zasoby kapitałowe. I to jest podstawowy problem. Nasze firmy nie są w stanie dokonywać wielkich inwestycji, bo nie mają na to zasobów, choć tłumaczy się to brakiem innowacyjności.

Pisał pan nawet o ideologii innowacjonizmu.

Ideologia innowacjonizmu w moim rozumieniu głosi, że innowacyjność to istota przewagi. Tymczasem jest ona narracją legitymizującą przewagę.

Co to oznacza?

Oznacza to, że jeżeli mamy zdolność do efektywnego prowadzenia biznesu w dany sposób, to mamy też zwykle zdolność do mówienia, że to jest właśnie lepszy, bo innowacyjny sposób działania.

Jednak w przypadku Japonii i Finlandii, o których mówiliśmy, mamy ewidentnie do czynienia ze skokami spowodowanymi innowacyjnością.

To raczej sukces akumulacji i zdolności do mnożenia kapitału. Dzięki niej udało się stworzyć duże firmy, które mogły wejść na rynki z własnym, złożonym technologicznie produktem, pod własną marką. To jest dużo większa sztuka niż stworzenie czegoś nowego technologicznie. Do wylansowania produktu choćby odrobinę innowacyjnego pod własną marką na światowych rynkach potrzebna jest dziś niewyobrażalna fortuna. Sam marketing i patenty kosztują ogromnie dużo. Literatura przedmiotu podaje, że w dużych koncernach dział prawny kosztuje często wiele więcej niż dział badawczy.

Debata publiczna w Polsce może nie jest dziś zbyt wyrafinowana, ale toczy się wokół zagadnień de facto intelektualnych, sporów moralnych i kulturowych, w których arbitrami i kluczowymi graczami są z definicji inteligenci

Myśli pan, że tak łatwo generować przełomowe pomysły?

W tym kontekście przypomnę co mówił Stefan Widomski, który w Nokii zajmował się rynkiem wschodnim, i przyjmował podobno regularnie całą kolejkę geniuszy-innowatorów z Europy Wschodniej. Jak mówił, połowa z nich to byli oczywiście szaleńcy, ale druga połowa przedstawiała sensowne pomysły. A jednak 90% tych wynalazków nie przyjmowano.

Dlaczego?

Wielki koncern może wprowadzić naprawdę niewiele nowych, realnych produktów. Bardzo trudno przekonać zarząd, by ograniczone zasoby kapitałowe, które firma musi przeznaczać na codzienne zmagania na rynku, postawić na kartę jakiegoś innowacyjnego pomysłu. Pomysłów oni mają w bród, natomiast kluczowe jest ich dostosowanie do masowej produkcji. To już nie jest innowacyjność, a żmudna praca inżynierska, która jest niezwykle kosztowna: zbudowanie linii produkcyjnej, następnie stworzenie sieci dystrybucyjnej, serwisowej itp. U nas większość przedsiębiorstw nie daje sobie z tym rady. Nie mają na to zasobów. Wszystko, co jest prawdziwą, spektakularną innowacją, jest bardzo kosztowną i nieraz niezwykle ryzykowną fanaberią. Jak pokazywała m.in. Mariana Mazzucato, większość przełomowych innowacji w ostatnich kilkudziesięciu latach sfinansowały państwa.

Jednak z samą innowacyjnością też jest w Polsce problem. Nieraz jako przyczynę wskazuje się brak współpracy między nauką a przedsiębiorcami. Naukowcy nie chcą współpracować z biznesem, a jeśli już, robią to prywatnie, a nie przez uczelnię lub powołane w tym celu podmioty.

To znana narracja, jednak według mnie to nie jest istota problemu. A jest nią brak dużych, ambitnych, polskich firm, które wiedziałyby, czego chcą, i przychodziły do uczelni z konkretnymi pomysłami. A zamiast nich mamy setki drobnych przedsiębiorców prowadzących małe przedsięwzięcia, i naukowców, którzy robią dla nich niewielkie chałtury. W takiej sytuacji faktycznie często współpraca z biznesem jest szkodliwa dla nauki, bo zamiast tworzenia wartościowych wynalazków powoduje jedynie wyprowadzanie zasobów z uczelni. Zamiast robić coś, by polska nauka była widoczna w świecie, naukowcy dorabiają sobie do pensji, prowadząc niezbyt ambitne projekty wdrożeniowe.

Przedsiębiorcy też często nie chcą współpracować z uczelniami.

To wynika z braku środków. Wolą zatrudnić kilku naukowców na zlecenie, nie muszą wtedy płacić na koszty pośrednie dla uczelni. Współpraca duża, strukturalna, jest kosztowna.

A jednak na Zachodzie jest zainteresowanie taką współpracą.

Tak, bo na Zachodzie, oprócz rozwiązywania konkretnych, drobnych problemów, współpraca z renomowaną uczelnią daje takim firmom legitymizację. Czasem jest to wręcz dowartościowywanie rzekomej innowacyjności. Jeśli przedsiębiorca pokazuje, że pracuje z MIT i wspólnie z MIT wypracował dany produkt, to następuje efekt „wow”. Klienci mają wrażenie, że taki produkt na pewno jest dobry, bo przecież na MIT pracują najtęższe mózgi Stanów Zjednoczonych. Wtedy pojawia się gotowość do zapłacenia większych środków, żeby powiązać produkt z marką uczelni. U nas uczelnie nie mają takiej wybitnej marki, a przedsiębiorcy nie mają kapitału, i kółko się zamyka.

Brak nam też kapitału społecznego. Od lat niskie są wskaźniki zaufania społecznego, aktywności społecznej, słabe są relacje między obywatelami a państwem. Dlaczego to się nie zmienia?

Po pierwsze, w Polsce jest wiele różnych form kapitału społecznego, których stosowane w badaniach mierniki w pełni nie wychwytują. Są to mierniki „zachodnie”, a w Polsce istnieje wiele nieformalnych sieci współpracy i zaufania, które nie są opisywane czy deklarowane. Jednocześnie aktywność społeczna uważana jest często za rzecz, z którą nie wypada się obnosić – wykonuje się ją często po prostu w ramach etosu, dla sprawy, ale nie monitoruje się jej, nie raportuje. Związane jest to m.in. z inteligenckim poczuciem skromności – przekonaniem, że działanie społeczne nie jest czymś, czym wypada się szczycić, używać do uzyskania jakiś wymiernych zysków czy nagród. Ten etos ujawnił się doskonale w dawnym ruchu „Solidarności”, w której znaczna część szeregowych działaczy nigdy nie chciała się chwalić swoją aktywnością.

Niestety istotna jest tu też słabość i bieda państwa polskiego. Ogromna część zaufania społecznego, a także aktywności społecznych w krajach zachodnich jest wspierana przez państwo. Wiąże się to z silniejszymi instytucjami państwa, zasobniejszymi instytucjami samorządowymi i społecznymi, silniejszą policją, silniejszą możliwością egzekwowania zobowiązań. Obywatel wie, że z pomocą państwa będzie mógł wyegzekwować realizację obietnicy, którą ktoś mu złożył. W Polsce im dalej od centrum, tym silniejsze poczucie obywatela, że nikt mu nie pomoże. Dajemy więc dużo mniejszy kredyt zaufania, bo nie ma systemowych ram instytucjonalnych, które pomogą wyegzekwować to, co się nam należy.

Kapitał społeczny osłabiają też podziały wewnątrz kraju, wojna polsko-polska między ludem PO a PiS. Czy zgadza się pan, że tak silnych podziałów nie było od czasu PRL?

Ta teoria „dwóch Polsk” jest zwykle przerysowana. Elity projektują podział na społeczeństwo, bo tak realizują swoje interesy. Głównym celem jest mobilizacja wyborcza. Ludzie co do istoty nie różnią się tak bardzo, ale dali się przekonać, że są po różnych stronach. Zresztą w wielu innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej toczą się nieustanne debaty o „dwóch narodach” – o dualności Węgier, Rosji. Od wielu dekad mówienie o „dwóch narodach”, z których „ten nasz” jest tym lepszym, to ulubione zajęcie inteligencji.

Czyli inteligencja ma taką siłę przekonywania? Przecież wydaje się, że władza jej nie słucha, że jej głos się nie liczy.

Ależ skąd! Niech pan kupi jakąkolwiek gazetę: od „Wyborczej” po pisma prawicowe używa się jako ostatecznego argumentu wypowiedzi profesorów czy intelektualistów, pełniących rolę swoistych autorytetów moralnych. Debata publiczna w Polsce może nie jest dziś zbyt wyrafinowana, ale toczy się wokół zagadnień de facto intelektualnych, sporów moralnych i kulturowych, w których arbitrami i kluczowymi graczami są z definicji inteligenci. Jak twierdzę, mamy więc w Polsce do czynienia ze swego rodzaju hegemonią inteligencji. Nie wynika ona jednak li tylko z tego, kogo Polacy słuchają, choć w dużym stopniu dają się jednak uwodzić ideom inteligentów z przeciwnych stron naszej sceny politycznej.  Ważniejsza w mojej argumentacji jest jednak konfiguracja polskich elit. Elity kapitałowe są bardzo słabe.

Z czego wynika ta słabość?

Ze słabości zasobów majątkowych. Nie ma stabilnej, wielopokoleniowej burżuazji, która byłaby w stanie przedstawiać swoje interesy i przyciągać do swoich projektów – w szczególności modernizacyjnych – polityków i społeczeństwo. Polską burżuazją są najczęściej właściciele dużego kapitału, którzy w większości są realnie, albo symbolicznie poza Polską, bo duży kapitał w Polsce to najczęściej firmy zagraniczne. Kluczowe role odgrywają więc krajowe kadry menedżerskie i eksperckie, pracujące dla tych podmiotów. Są to często ludzie zamożni, jednak żyją zwykle nie z inwestowania swojego kapitału ekonomicznego na dużą skalę, a raczej ze sprzedaży swych umiejętności, czyli kapitału kulturowego. Stanowią więc kluczową frakcję inteligenckiej elity, w skład której wchodzą też elity akademickie, prawnicze, medyczne czy artystyczne. To one łącznie legitymizują ład społeczny, w szczególności relacje ekonomiczne, polityczne i kulturowe w naszym kraju, i z tego powodu w sensie strukturalnym mają silniejsze karty przetargowe od jakichkolwiek sił i elit politycznych, czy podmiotów ekonomicznych.

Jesteśmy jednocześnie euroentuzjastyczni, chcemy być w systemie zachodnim, więc nie ma dziś potrzeby przesadnego uwodzenia nas

Wróćmy do pytania o możliwość wyjścia z peryferyjności. Czy myśli pan, że możemy stać się drugą Koreą Płd.?

Wyjście Japonii, a zwłaszcza Korei Płd. z peryferyjności było związane z geopolityką. Utrzymanie tych krajów w systemie zachodnim było niezbędne dla krajów rdzenia, przede wszystkim dla USA. Dlatego Stany Zjednoczone i kraje Zachodu tworzą dla Korei Płd. czy Japonii preferencyjne warunki, te kraje są kredytowane, otwiera się dla nich rynki. Był w tym wyraźny geopolityczny interes USA.

Ale Polska też jest geopolitycznie ważna dla Zachodu.

W Polsce lubi się nawet mówić, że jest ona środkiem Europy. Nie jest to jednak położenie, z którego wynikały przesłanki do jakiegoś szczególnego wsparcia dla Polski z punktu widzenia krajów rdzenia. Aby nas zaczęto szczególnie hołubić, musiałaby istnieć jakaś realna groźba dla Zachodu, np. wypadnięcia Polski z zachodniego systemu bezpieczeństwa. To jest oczywiście całkowita spekulacja, political fiction. Jeśli by jednak powstała obawa, że jeśli Polsce nie pomoże się zbudować naprawdę samodzielnej nowoczesnej gospodarki, to Polacy odejdą od Zachodu, znacjonalizują wszystkie firmy, czy też ktoś z zewnątrz je przejmie, to zapewne sprawy wyglądałby inaczej… Ale takim scenariuszem nie są zainteresowane nawet radykalne partie narodowe, a zewnętrzne zagrożenia dla Polski też nie wydają się być jak na razie na tyle znaczące, by budzić obawy o przyszłość Polski. Jesteśmy jednocześnie euroentuzjastyczni, chcemy być w systemie zachodnim, więc nie ma dziś potrzeby przesadnego uwodzenia nas. To wszystko może oczywiście się zmienić w przypadku poważniejszego globalnego kryzysu ekonomicznego, w efekcie którego wyraźnie ujawniłaby się słabość gospodarki naszego kraju.

Polska, wraz z Ukrainą, jest przecież buforem, przedmurzem Zachodu. Jak RFN w czasach zimnej wojny.

Musi pan pamiętać, że połowa Niemiec była okupowana przez Sowietów. Wówczas Sowieci byli agresywni, a komunizm ekspansywny. Gdyby dziś 1/3 Polski była pod kontrolą rosyjską, to Zachód może zmieniłby zdanie. Dziś taką peryferią stykową jest Ukraina. Toczy się walka zarówno o dusze Ukraińców, jak i o ukraińskie rynki i zasoby. Dlatego Ukraina jest ciągle kredytowana przez Zachód, choć oczywiście trudno zazdrościć jej obecnego ekonomicznego i geopolitycznego położenia. Z punktu widzenia Zachodu nie chodzi bowiem o ryzyko wypadnięcia kraju z jego orbity, co raczej o jednoznaczne przeciągnięcie go do owej orbity. Stawka jest więc inna niż w przypadku Polski, a tym bardziej krajów Zachodu. Ale i tak wystarczająca, by dominowało przekonanie, że ze względów strategicznych nie powinno dopuścić się do bankructwa Ukrainy. Polska znajduje się dziś w zupełnie innymi miejscu, jest raczej peryferią wewnętrzną Zachodu niż zewnętrznym buforem.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).
socjolog i geograf społeczny, dyrektor Instytutu Studiów Społecznych im. Profesora Roberta B. Zajonca Uniwersytetu Warszawskiego. Studiował również na Uniwersytecie Amsterdamskim, a stopnie naukowe uzyskał na Uniwersytecie Śląskim oraz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Prowadził badania w szeregu ośrodków naukowych na świecie, w tym w UCLA (Los Angeles), UCL (Londyn), MGIMO (Moskwa), NIAS (Wassenaar), na uniwersytetach w Edynburgu, Lundzie czy Sztokholmie. Do jego głównych pól zainteresowania należą socjologia polityki, kultury, wiedzy oraz pamięci, a także geografia społeczno-polityczna krajów Europy Środkowej i Wschodniej ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Rosji. Zajmował się m.in.: problematyką elit, podziałów politycznych w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, teorią dyskursu, koncepcjami kapitału kulturowego i społecznego.

Komentarze

7 odpowiedzi na “Czy Polska może wyjść z peryferyjności?”

  1. aer0stat pisze:

    To Korea Południowa jest przykładem wyjścia z peryferyjności, nie Północna! Nawiasem mówiąc, czy istnieje kraj, któremu udała się ta sztuka i jednocześnie rozwijał demokrację?

  2. Marcin pisze:

    Potwierdzam wszystko w całej rozciągłości, jako osoba przez kilkanaście lat działająca w branży wdrażania oprogramowań inżynierskich oraz usług projektowych. Możliwości polskiego (rozumianego jako polski sensu stricto) przemysłu szacuję na nie więcej niż 5% możliwości Niemiec (i jest optymistyczny szacunek) . Jesteśmy podwykonawcą podwykonawców i w zdecydowanej większości jedynie montownią, bez posiadania własnych produktów. Sensowna zmiana geopolityczna jest de facto niemożliwa ze względu na niski poziom merytoryczny, intelektualny i etyczny “polskich” pseudoelit. Dyzma wiedział, że jest mu potrzebny Krzepicki. Dzisiaj nie ma nawet tej świadomości. Niestety NK również często trzyma ten poziom, aczkolwiek zdarzają się tu wyjątki na plus o wiele częściej niż gdzie indziej.

  3. JanOlgierd pisze:

    Skarbiec Suwalski – minimum 3 biliony złotych do wzięcia surowców strategicznych ziem rzadkich. To wg AKTUALNEGO rozpoznania geologicznego i AKTUALNEJ wyceny i dostępności wydobywczej. Minimum 3 biliony – bo w toku wojen handlowych ta wartość rynkowa zasobów wzrośnie – może i kilkukrotnie. No i z biegiem czasu – i z biegiem postępu technicznego [zwłaszcza automatyzacji wydobycia na bardzo dużych głębokościach] dostępność wydobywcza złóż wzrasta. I Skarbiec Suwalski to od razu podstawa dla ułożenia całego ciągu “well to wheel” w naszych rękach. Czyli produkty high-tech o maksymalnej marży – i wyjście z roli podwykonawcy. Zwłaszcza dla budowy od podstaw Przemysłu 4.0. Kłania się strategia “błękitnego oceanu”. Plus automatycznie w ręku mamy lewar kapitałowy na inwestycje. Warunek prosty – tylko inwestycje bezpośrednie w Przemysł 4.0 w Polsce – pod kontrolą strategiczną Polski [z wpisaniem na listę Strategicznej Mobilizacji Państwa] – i dopiero wtedy dajemy łaskawie [i pod kontrolą] dostęp dla zewnętrznych inwestorów do raju surowców strategicznych – bez których nie ma high-tech. Produkcja – tylko w Polsce – i tylko pełnych produktów OEM. A te surowce strategiczne ziem rzadkich [głównie lantanowce, ale doliczyłbym i tytan, wolfram itp] na pewno staną się wąskim gardłem dla Zachodu, jak w którymś z kolejnych etapów konfrontacji USA-Chiny, te ostatnie skokowo drastycznie podniosą ceny na surowce strategiczne, albo i całkowite embargo… Nie CZY? tylko KIEDY? jest pytaniem… Na zautomatyzowany Przemysł 4.0 potrzebne są usługi IT – i tu powinniśmy dawać pracę w Polsce naszym specom z automatyki, z IT – a nie że jadą na Zachód. I druga rzecz – geotermia głęboka HTR [ca 10 km] oparta o wyjątkowo bogate zasoby geotermalnych wód do procesowania głęboko pod ziemią. Temperatura ca 380-420 stC. Czyli wysokoopłacalna sprawność cyklu pracy. ROI dla danej lokalnej “stacji” geo-HTR 50 MW – mniejsze niż 2 lata [!]. Zawdzięczamy to wyjątkowemu układowi geologicznemu 2 głównych i 2 pobocznych płyt tektonicznych. Geotermalny polski Mega-Kuwejt do wzięcia – ogółem moc stała OZE z całej Polski [za wyjątkiem właśnie Skarbca Suwalskiego ] 35 TWt mocy cieplnej technologicznej i 5 TWe mocy elektrycznej po konwersji. Nie muszę tłumaczyć, że już 1 TWe wystarczy do rozdawania kart w całej Europie na energetycznym stoliku – z wyparciem wszystkich dostawców paliw kopalnych – zwłaszcza węglowodorów i uranu. I właśnie DLATEGO geotermia głęboka HTR jest tematem tabu – bo bardzo, ale to bardzo wadzi interesom z LNG Wujka Sama. Polecam fachowe studium wykonalności, biznesplan w Rurociągi nr 70 1-2/2016 autorstwa prof. Bohdana Żakiewicza. Są i wykłady na youtube np. “LEŻYMY NA BOMBIE GEOTERMALNEJ” https://www.youtube.com/watch?v=IbAPuukmZfc Te dwa olbrzymie lewary – plus kadry Przemysłu 4.0, automatyków, szeroko rozumianego IT – i Polska idzie do przodu w tempie dwucyfrowym. Przy okazji z hegemonii Niemiec zostałyby wspomnienia, a Polska w naturalny sposób stałaby się centrum Europy – nie mówiąc o Trójmorzu ABC – które powstałoby pod naszym przywództwem ot tak – przy okazji. Ale trzeba chcieć i działać krok za krokiem, a nie zakrywać oczy i biadolić.

  4. kapitan pisze:

    Jakiś pan pisze “Przemysł 4.0″Co to znaczy.
    Jak będzie wyglądac młotek w przemysle 4.0.A łopata?
    Rozumiem sedes. Mozna go wyposażyc w czujniki alkoholu,insuliny,pomiary parametrów wątroby,analiza moczu,kału. I wtedy to ja rozumiem to jest produkt 4.0. Aha i jeszcze głośniki stereo i syntezator mowy. Pełna obsłufa w kiblu. I sedes melduje .dzisiaj nie idź do roboty masz słabe parametry i po internecie wyśle info do kierownika działu.A po południu wyśle sms-a na komórkę.”Naszedł czas wypróżnienia.
    Na koniec mięsiąca oszcoał indywidualne zuzycie wody i jej koszt.
    Polska centrum Europy. No ogromna wyobraźnia. Czy można prosic,o jakis termin w przybliżeniu?

  5. JANOLGIERD pisze:

    Przemysł 4.0 to wg mnie [bo definicje są różne i się rozwijają] automatyzacja całego procesu “well to wheel”. Czyli zautomatyzowane pozyskanie surowców [przysłowiowa kopalnia], zautomatyzowany przewóz, obróbka, produkcja, logistyka. Maszyny komunikują się z maszynami – działając w sposób maksymalnie inteligentny i autonomiczny wg AI. A całość spięta wielodomenowo w system sieciocentryczny – budujący synergię. Wielogłowicowe i wielomateriałowe drukarki przemysłowe 3D, wszelkiego typu obrabiarki CNC, wszelkiego rodzaju “efektory” [i SENSORY – zapewniające zautomatyzowanie sprzężenia zwrotnego i kontrolę real-time] – to tylko element tego systemu. To wszystko ma spinać sieciocentryczna komunikacja. Prostodusznie to przypina się do 5G – ale tu nie chodzi o wi-fi [5G nie jest wcale konieczne], tylko komunikacja może być np. światłowodem, byle przepustowość zapewniała działanie całego systemu real-time. W sumie – maszyny komunikują się z maszynami – a ludzie są albo konsumentami – albo dają wkład kreatywny w produkty i system. Jeżeli ma się tanie surowce strategiczne – konieczne dla high-tech, zwłaszcza dla Przemysłu 4.0, jeżeli ma się tanią energię – no i ma się odpowiednich ludzi i know-how wysokiej technologii – WTEDY można bardzo szybko uruchomić proces wykładniczy wzrostu i produktywności całego systemu. To wszystko możemy mieć – jeżeli wykorzystamy nasz SWOT zasobów i kompetencji, nie będziemy się oglądali na innych, tylko szli swoją drogą. Czyli np. AD2030 przy odpowiednim, ukierunkowanym i konsekwentnym wysiłku – rezultat byłby widoczny w skali makro gołym okiem – oczywiście in plus. Ale – samo nic się nie zrobi…

  6. JanOlgierd pisze:

    Gdy piszę o “efektorach” Przemysłu 4.0 – to nie musi być działanie fizyczno-kinetyczne – jak to jest w drukarkach 3D czy obrabiarkach 3D czy przy obróbce CNC nożem, laserem, wodą, plazmą, wiązką elektronów itd. To nawet nie musi być fizyczny transport, dystrybucja, magazynowanie, selekcja, kontrola itd. To może być np. zdalna obróbka danych przez “farmę” procesorów. Np. w Zgorzelcu znam taki klaster technologiczny, przyjmują zdalne zlecenia przetwarzania danych. Nawet nie wiedzą, co jest przetwarzane, bo dane są szyfrowane. Kluczem jest sieciocentryczność, która pozwala spięcie rozproszonej całości w jedno i na uzyskanie synergii całego systemu Przemysłu 4.0 przez działanie w czasie rzeczywistym. Gdy jest duża rozproszona baza zasobów Przemysłu 4.0 – spięta sieciocentrycznie, wtedy systemy zawiadujące optymalizują użycie tych zasobów i skracają drogi i koszty i zużycie materiałów i energii. Czyli np. maksymalizuje się efekt stabilności popyt-podaż dzięki prawu wielkich liczb [systemy wsparte AI “całkują” wszystko real-time] – i optymalizuje się rozdział prac i zajętość wszelkich zasobów szeroko rozumianego całościowo Przemysłu 4.0. Właściciel np. cząstkowej farmy Przemysłu 4.0 będzie przystępował wg umowy [zbioru zasad interakcji] do nadrzędnego mega-systemu całościowego [docelowo – systemu globalnego], wystawiając zasoby swojej farmy – czy produkcyjne, czy obróbki fizycznej [albo transportu – albo zautomatyzowanego magazynu – albo stacji ładowania – albo łączności] czy obróbki danych. A system będzie non-stop [24/7/365] przydzielał zlecenia – maszyna maszynom z maszynami. W sumie powstanie DE FACTO całościowy blockchain zliczający real-time wszelkie fizyczne zasoby, robiony przez AI – boczna ścieżka do całkowitego wyrugowania pieniądza, który jako pieniądz wirtualny [powiedzmy “fiducjarny” – generowany z powietrza] globalnie całkiem oderwał się od wartości – zwłaszcza wartości realnych. W tym sensie TAKI całościowy system blockchainu AI na bazie całego systemu zasobów zliczanych real-time – to WIELKA ZASADNICZA KOREKTA STEROWANIA GOSPODARKĄ – względem coraz bardziej chorego systemu finansowego. Patrząc w skali “makro” oderwanie sfery finansowej od realu spowoduje dość naturalną reakcję – czyli powrót rozliczeń i STEROWANIA do realu. Czyli de facto BARTER REALNY real-time – wyliczany wg dostępności i zużycia zasobów realnych [surowce, energia, know-how itd]. Jeszcze jedno – człowiek stanie się zasobem specjalnym. Bardziej nastawionym jako rodzic na INWESTOWANIE w “zasoby ludzkie” napędzające całość – na wszechstronne i rozwojowe wychowanie dzieci – po to, by jak najbardziej zwiększyć ich kreatywność – społeczeństwa “connected”. Plus dalej zostanie człowiek jako specyficzny ekskluzywny, luksusowy usługodawca – od barmana i kelnera po ludzkiego ogrodnika, dekoratora, krawca, kucharza i organizatora ślubów i imprez – wytwórcę produktów i usług wg zamówienia i gustu. Oczywiście w przyszłym wieku większość tych usług mogła by być zrealizowana przez AI [i to może lepiej] – ale człowiek jako istota społeczna będzie wolał człowieka jako dostawcę produktu lub usługi. Jako otaczający go “ludzki interfejs”, niejako bufor-poduszkę łagodzącą świat AI.

  7. kapitan pisze:

    jako inzynier praktyk zgadzam się z p.Marcinem.Bylem na kursie na temat serwonapędów w 1995 roku w Norymberdze w Centrum Szkoleniowym Simensa. To był szok. W roku 1997 zobaczyłem labolatorium napędów na PW,to był drugi szok o przeciwnym wektorze.Całek nauczą i nawet programowac nauczą i co tego.
    Do p.Jana Olgierda. Przemysł 4.0 to pikuś. Jak pan myśli jak będzie wyglądał przemysł 8.0. To będą jaja.
    Pozdrawiam
    Sam IBM wydaje na prace badawcze 5 mld dolarów rocznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz