Newsletter

Czy islam współgra z wolnością?

Ewentualna porażka Tunezji, Iraku i Algierii w drodze do demokracji, pogrążanie się Indonezji w systemie islamu politycznego, a także dalsze staczanie się Turcji ku krwawej tyranii każą zadać pytanie, czy wolność w naszym rozumieniu jest kompatybilna z cywilizacją muzułmańską

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Ewentualna porażka Tunezji, Iraku i Algierii w drodze do demokracji, pogrążanie się Indonezji w systemie islamu politycznego, a także dalsze staczanie się Turcji ku krwawej tyranii każą zadać pytanie, czy wolność w naszym rozumieniu jest kompatybilna z cywilizacją muzułmańską

Prestiżowy, amerykański instytut Freedom House opublikował swój coroczny raport na temat wolności na świecie. Na pojęcie wolności składają się w nim dwa elementy: prawa polityczne i swobody obywatelskie. Pod pierwszym pojęciem kryją się takie elementy, jak: ocena procesu wyborczego, pluralizm polityczny i efektywność rządu. Natomiast drugi element obejmuje wolność ekspresji i wyznania, prawa do stowarzyszania się i tworzenia organizacji, praworządność, prawa jednostki i tzw. autonomię personalną.

Niewygodne pytanie

Liderem braku wolności na świecie pozostaje region MENA (Bliski Wschód i Afryka Płn.), w którym tylko 2 kraje zostały uznane jako „wolne”: Izrael oraz Tunezja. To drugie państwo jest jedynym krajem arabskim, sklasyfikowanym jako „wolny” i jednym z zaledwie dwóch o większości muzułmańskiej (obok Senegalu) tak ocenionych. Choć Freedom House tego niewygodnego pytania nie stawia, to powraca ono w sposób naturalny: czy islam da się pogodzić nie tylko z demokracją, ale po prostu z wolnością? Wbrew pozorom odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Sześć lat temu wybuchła tzw. Arabska Wiosna, która objęła w mniejszym lub większym stopniu prawie wszystkie kraje MENA i wśród wielu komentatorów wywołała entuzjazm. Miał to być dowód na to, że dla pragnienia wolności i demokracji nie ma znaczenia religia wyznawana przez większość mieszkańców. Obalono więc dyktatorów w Tunezji, Egipcie, Jemenie i Libii. Nieskutecznie próbowano to zrobić również w Syrii. Dziś w żadnym z tych krajów (poza Tunezją) sytuacja nie jest lepsza. Toczą się trzy wojny domowe: w Libii, w Syrii i w Jemenie. W krajach tych miliony mieszkańców stało się uchodźcami wewnętrznymi lub opuściło kraj. Zalęgły się też w nich komórki Al Kaidy oraz Państwa Islamskiego.

Na Bliskim Wschodzie nawet namiastki wyborów nie ma w Arabii Saudyjskiej i Katarze. W Syrii są całkowitą fikcją, a w Jemenie ostatnie wybory parlamentarne miały miejsce 14 lat temu

W wielu krajach Arabska Wiosna przyniosła pogorszenie sytuacji i spadek ratingu Freedom House. Chodzi m.in. o Jemen, w którym toczy się wielostronna wojna domowa, a także Bahrajn, gdzie powstanie szyickiej większości zostało stłumione interwencją wojskową Arabii Saudyjskiej. Pogorszenie nastąpiło również w Katarze, kraju, który usiłuje przedstawiać się jako oświecona monarchia i chce ocieplać swój wizerunek propagandową machiną o nazwie Al Jazeera. Angielskie wydanie tej telewizji, wraz z różnymi klonami typu AJ+, zintensyfikowało tropienie w świecie zachodnim (Europa i USA) rasizmu, ksenofobii, islamofobii, naruszania praw mniejszości, zagrożeń dla demokracji, wolności ze strony „skrajnej prawicy” itp. Tymczasem właścicielem tego propagandowego kombinatu jest kuzyn emira, mającego władzę absolutną. W Katarze nie ma partii politycznych, wyborów, a liczni gastarbeiterzy są traktowani jak niewolnicy.

Częściowo wolne

Formalnie we wszystkich arabsko-muzułmańskich państwach Afryki Północnej odbywają się wybory i tylko w Sudanie (znajdującego się w dziesiątce „najgorszych z najgorszych”) są one całkowitą fikcją. Na Bliskim Wschodzie nawet imitacji wyborów nie ma w Arabii Saudyjskiej oraz w Katarze. W Syrii są całkowitą fikcją, a w Jemenie ostatnie wybory parlamentarne miały miejsce 14 lat temu. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Bahrajnie i Omanie można mówić jedynie o namiastce wyborów, ponieważ ciało w nich wyłaniane ma kompetencje wyłącznie konsultacyjne, a i tak część członków mianuje monarcha. W Palestynie i Libanie ostatni raz odbyły się one odpowiednio 9 i 8 lat temu, co nie zmienia faktu, że kraje te są zaliczane, obok Jordanii, Turcji i Kuwejtu, do piątki „częściowo wolnych” w tym subregionie (nie dotyczy to jednak Strefy Gazy, ocenianej jako „nie wolna”).

Wbrew rozpowszechnionym opiniom, bardzo dobrym punktem odniesienia dla kompatybilności wolności i demokracji z islamem jest Irak. Kraj ten, choć konsekwentnie uzyskuje rating „nie wolny”, to jednak w ostatnich 15 latach zaliczył wyjątkowy, jak na ten region, awans. Z dziesiątki „najgorszych z najgorszych” dostał się na pozycję bliską przejścia do grupy „częściowo wolnych”. Irak jest jednym z nielicznych krajów muzułmańskich i arabskich, w których wybory odbywają się regularnie, a parlament ma kluczowe kompetencje. Wybory te nie są przy tym fałszowane, choć problemem jest to, że odbywają się w atmosferze przemocy. W Iraku, choć trudno mówić o pełnej wolności prasy i zgromadzeń, to jest lepiej niż w innych krajach regionu, z Turcją włącznie. Zaniżenie oceny wynika wyłącznie z toczącej się wojny z Państwem Islamskim i aktywności terrorystycznej. Sytuacja Iraku jest jednak dowodem na fałszywość tez entuzjastów Arabskiej Wiosny, krytykujących jednocześnie interwencję w Iraku w 2003 r.

W większości arabskich krajów muzułmańskich główną, nierojalistyczną siłą są salafici oraz Bractwo Muzułmańskie, czyli islamscy radykałowie. Powoduje to paradoks polegający na tym, że zwiększenie uprawnień parlamentu mogłoby mieć opłakane skutki, a tam gdzie są wprawdzie wybory, ale jest też silna władza królewska, jak np. w Maroku czy Jordanii, tam wolności jest więcej.

Irak jest jednym z nielicznych krajów muzułmańskich i arabskich, gdzie wybory odbywają się regularnie, a parlament ma kluczowe kompetencje. Wybory te nie są przy tym fałszowane, choć problemem jest to, że odbywają się w atmosferze przemocy

Na początku Arabskiej Wiosny do roli modelowego rozwiązania dla krajów, w których władzę obejmowały partie z nurtu Bractwa Muzułmańskiego, pretendowała Turcja. Kraj ten, rządzony od 2002 r. przez „umiarkowanie islamistyczną” Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (reprezentującą nurt pokrewny Bractwu Muzułmańskiemu), miał być dowodem na to, że islam można połączyć z wolnością i demokracją. Turcja nigdy nie była krajem wolnym, choć od 1983 r. władze pochodzą z wyborów. W 2005 r. kraj ten zbliżył się do ratingu „wolny”, utrzymując taki poziom oceny do 2011 r., po czym zaczął się ekspresowy zjazd w dół. Ciekawe, że zbiegło się to akurat z wybuchem Arabskiej Wiosny. W ostatnim raporcie Turcja uzyskała ocenę 4,5 (zagregowaną – 38) i jest na granicy oceny „nie wolny”. Ponadto w odrębnych raportach, dot. oceny wolności mediów i internetu, została sklasyfikowana jako „nie wolny”. Według innego raportu, autorstwa Committee to Protect Journalists, Turcja jest obecnie światowym liderem, jeśli chodzi o uwięzionych dziennikarzy. Jeżeli chodzi o zagregowany rating, to Turcja w ostatnich 10 latach zaliczyła największą (po Republice Środkowoafrykańskiej i obok Gambii) redukcję wolności, tracąc aż 28 punktów, przy czym tylko w ubiegłym roku straciła aż 15 punktów.

Powyższe dane pokazują, że same wybory nie tylko niekoniecznie poszerzają zakres wolności w krajach MENA, ale w określonych wypadkach mogą prowadzić do jej daleko idącej redukcji. Chodzi m.in. o to, że dyktatury (na przykład w Egipcie) były bardziej skłonne do respektowania praw mniejszości religijnych aniżeli demokratycznie wybrany, islamistyczny rząd. Chodzi jednak również o prawa kobiet, wolność prasy czy internetu. Znamienne jest to, że w rankingu wolności prasy Reporterów Bez Granic najlepiej w regionie MENA wypada Mauretania, rządzona przez ekswojskowego, który swój pucz zatwierdził w budzących wątpliwości wyborach. To też skłania do sceptycyzmu wobec wyborów, jako klucza do wolności w tej części świata.

Najgorsi z najgorszych

Jeśli spojrzymy na drugą stronę rankingu, czyli „najgorszych z najgorszych”, to również i w tym wypadku widać znaczący udział krajów muzułmańskich, zwłaszcza regionu MENA. Warto jednak podkreślić, że nie mają one monopolu na tyranię. Konkurencją w tej specyficznej rywalizacji są ciągle po pierwsze, reżimy oparte na połączeniu ideologii komunistycznej z azjatyckim despotyzmem, po drugie, afrykańskie, wieczne „prezydentury”. Część dyktatur w krajach muzułmańskich ma zresztą charakter świecki, a głównymi siłami, które są prześladowane, są islamistyczne ruchy, uznawane za kluczowe zagrożenie dla władzy. W 11 „najgorszych z najgorszych” wg Freedom House (Syria jest tu niejako wyjęta poza nawias z ujemnym zagregowanym ratingiem) są dwa reżimy islamskie (Arabia Saudyjska i Sudan), trzy reżimy świeckie w krajach muzułmańskich (Syria, Uzbekistan i Turkmenistan) oraz jedno muzułmańskie „państwo upadłe” (Somalia). Wśród 49 krajów i terytoriów sklasyfikowanych jako „nie wolne”, 29 to kraje muzułmańskie, przy czym w 8 spośród nich są to reżimy świeckie. Kraje muzułmańskie stanowią też połowę listy krajów „nie wolnych” w rankingu wolności mediów Freedom House. Również wśród 19 najgorzej ocenionych przez Reporterów Bez Granic krajów jest 12 krajów muzułmańskich.

Perspektywy dla regionu MENA nie są zbyt optymistyczne. Turcja, mimo ogromnego spadku w ocenie stanu swobód w tym kraju, zachowuje wciąż ogromny potencjał do dalszego obniżenia jej ratingu. Nie ma żadnych perspektyw, by jakiekolwiek znaczące reformy objęły bliskowschodnie monarchie arabskie. W Jordanii, Kuwejcie czy Maroku gwarantem stabilności jest silna władza królewska. Po doświadczeniach Arabskiej Wiosny eksperymentowanie z demokracją w Egipcie też nie wydaje się być najlepszym pomysłem, choć nie można wykluczyć tam nowych niepokojów. Ich podłożem jest to, że dorastająca młodzież bliskowschodnia mimo wszystko kontestuje autorytarne reżimy, w dużej mierze również z powodu frustracji ekonomicznej. Nie potrafi jednak stworzyć alternatywy, co wykorzystują siły ekstremistyczne, oferujące zmianę ze złego na gorsze.

Turcja nigdy nie była krajem wolnym, choć od 1983 r. władze pochodzą z wyborów. W 2005 r. kraj ten zbliżył się do ratingu „wolny”, utrzymując taki poziom oceny do 2011 r., po czym zaczął się ekspresowy zjazd w dół. Ciekawe, że zbiegło się to akurat z wybuchem „arabskiej wiosny”

Nic też nie wskazuje na to, by ewentualne zakończenie wojen domowych w Libii, Syrii i Jemenie doprowadziło do powstania w tych krajach choćby „częściowo wolnego” reżimu. W Iranie ewentualna zmiana może nastąpić dopiero po śmierci obecnego Najwyższego Przywódcy, a i w tym wypadku nie jest pewne, czy nie doprowadziłoby to do rozlewu krwi.

Krajami przedstawiającymi potencjał poprawy sytuacji są jedynie Tunezja, Irak i Algieria. Jednak i w tych 3 przypadkach równie dobrze może nastąpić regres. W Algierii, rządzonej od ponad półwiecza przez lewicowy, autorytarny reżim, a od 18 lat przez mocno już schorowanego prezydenta Bouteflikę, w 2017 r. odbędą się wybory parlamentarne. Znacznie ważniejsza może być jednak ewentualna śmierć prezydenta, która może otworzyć drogę zarówno ku większym swobodom, jak i wręcz przeciwnie. Warto bowiem pamiętać, że pierwsze wielopartyjne wybory w Algierii odbyły się w 1991 r. Zamiast uczynić z Algierii pioniera zmian, doprowadziło to do katastrofy – wybory bowiem wygrali islamiści, wojsko je unieważniło, a w kraju zaczęła się krwawa wojna domowa.

Niby-wolna Indonezja

Poza regionem MENA kraje muzułmańskie znajdują się też w Azji, Europie i Afryce. Jedynym krajem klasyfikowanym wśród nich jako „wolny” jest Senegal. Do niedawna na liście tej była również Indonezja, uznawana za największą muzułmańską demokrację. W kraju tym żyje bowiem 255 mln mieszkańców, czyli połowa całej populacji Unii Europejskiej. Pierwsze podejście tego kraju do demokracji miało miejsce tuż po uzyskaniu niepodległości, gdy w 1955 r. przeprowadzono wybory. Skończyło się to chaosem, a następnie dyktaturą, uważaną za jedną z najbardziej zbrodniczych na świecie. Obalony w 1998 r. dyktator Suharto może być odpowiedzialny za zamordowanie nawet 2 mln ludzi. Tranzycja ustrojowa okazała się w miarę sprawna i w 2006 r. Freedom House zaliczył już Indonezję, kraj niemający demokratycznych tradycji, do krajów wolnych. Stało się tak, mimo że oprócz rozliczenia starego porządku, Indonezja musiała uporać się m.in. z ruchami separatystycznymi. Choć większość Indonezyjczyków nie opowiada się za islamem politycznym, to już w wyborach w 1955 r. ponad 20% głosów zdobyła partia islamistyczna. Od lat 70. zintensyfikowały się też kontakty radykalnych grup islamskich z Indonezji z Arabią Saudyjską, co wpłynęło na rozwój salafizmu w tym kraju. W 2002 r. zaczęto wprowadzać prawo szariatu w prowincji Aceh, a w 2009 tylko weto gubernatora tej prowincji powstrzymało wprowadzenie kamienowania za cudzołóstwo.

W tym samym czasie swoją aktywność rozpoczęła terrorystyczna grupa salaficka, Dżemma Islamija. W 2013 r. częste uliczne akty agresji wobec niesunnickich mniejszości religijnych, w tym szyitów, sufich oraz sekty Amadija, a także ustawowe ograniczenia wolności wyznania, spowodowały ponowny spadek Indonezji do grupy krajów „częściowo wolnych”. Stało się tak, mimo że w odniesieniu do „praw politycznych” w tym kraju raporty Freedom House nie mają większych zastrzeżeń, a problem dotyczy „swobód obywatelskich”. W Azji są jeszcze 3 kraje muzułmańskie oceniane jako „częściowo wolne” (Pakistan, Bangladesz, Malezja), w których łącznie mieszka prawie pół miliarda mieszkańców. Niewiele jednak wskazuje na możliwość awansu tych krajów do grupy „wolnych”, a rola politycznego islamu jest tam jeszcze większa.

Zagrożenie dla demokracji?

Ewentualna porażka Tunezji, Iraku oraz potencjalnie Algierii w drodze do demokracji, pogrążanie się Indonezji w systemie islamu politycznego, a także dalsze staczanie się Turcji ku krwawej tyranii, każą zadać pytanie, czy wolność w naszym rozumieniu jest kompatybilna z cywilizacją muzułmańską. Nie chodzi przy tym jedynie o demokrację, wolne wybory etc., ale cały system swobód demokratycznych i praw człowieka. Warto wciąż jednak ostrożnie podchodzić do udzielania jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Stwierdzenie, iż islam odrzuca koncepcję wolności jednostki, i dlatego nie można do krajów muzułmańskich odnosić naszych kryteriów jej rozumienia, jest zbyt kuszące. Wciąż należy traktować to jako duże uproszczenie, a pytanie uznać za otwarte. Jeśli jednak odpowiedź będzie negatywna, to również wnioski muszą być daleko idące. Nie będzie z tego wynikało bowiem wyłącznie to, że Zachód powinien odstąpić od prób demokratyzowania świata muzułmańskiego, i to nie tylko siłą, ale również środkami „soft power”. Będzie z tego wynikało również to, że rozwój islamu w Europie stanowi zagrożenie dla demokratycznego porządku na naszym terenie.