Newsletter

Uniknąć cienia Marszałka

Ziemkiewicz szuka w postawach, poglądach i czynach Piłsudskiego źródeł naszej współczesnej polityki. I nie chodzi tylko o zwyczajowe przykładanie do polityki PiS-u szablonów polityki sanacyjnej

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Ziemkiewicz szuka w postawach, poglądach i czynach Piłsudskiego źródeł naszej współczesnej polityki. I nie chodzi tylko o zwyczajowe przykładanie do polityki PiS-u szablonów polityki sanacyjnej

Czy wyciąganie słynnych dwóch trumien Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego z krypty ma jeszcze jakikolwiek sens? Jeśli ma służyć tylko kolejnej historycznej przebierance – żadnego. Stąd nie dziwię się, jeśli ktoś podejdzie do nowej książki Rafała Ziemkiewicza „Złowrogi cień Marszałka” z dystansem. Kto czytał choćby „Jakie piękne samobójstwo”, ten łatwo może się domyślić, że krytyczna wobec Ziuka pozycja, napisana przez „nowoczesnego endeka”, będzie w dużej mierze opierała się na przeciwstawieniu mu chłodnego myślenia Pana Romana. Powinno być dla niego także jasne, że książka ta będzie zapewne zawierała liczne odniesienia do współczesności.

I tak jest rzeczywiście. „Złowrogi cień Marszałka” nie jest kolejną, krytyczną biografią, centralnej w dużej mierze dla naszej nowożytnej historii postaci, jaką był Józef Piłsudski. Ziemkiewicz szuka w jego postawach, poglądach i czynach źródeł naszej współczesnej polityki. I nie chodzi tylko o zwyczajowe (choć często słuszne) przykładanie do polityki, zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwości, szablonów polityki sanacyjnej. Wpływ, jaki na nas wywiera Marszałek ma być o wiele głębszy – i wszechogarniający, do tego stopnia, że nie są od niego wolni także politycy Platformy Obywatelskiej i post-KOR-owski „salon”.

Walić z całej siły w kierunku bramki

W książce towarzyszymy Piłsudskiemu od kolebki aż po grób – a nawet dalej, bo i w czynach jego ideowych „dzieci”, które jeszcze przez kilka lat po jego śmierci rządziły Polską. Wychowany w rodzinie gorliwej patriotki i życiowego nieudacznika miał mieć Piłsudski, zdaniem RAZ-a, od dzieciństwa pęd do wielkich czynów i męskiej bezkompromisowości. Od małego wykazujący się charyzmą, która w połączeniu z przekonaniem o własnej wielkości („siebie zawsze stawia na pierwszym planie (…), a durni wierzą mu i zachwycają się nim” – jak pisał o nim w młodzieńczych latach rodzony brat Bronisław) wynosi go na piedestał. W konspirację angażuje się, gdyż ma dość „wychodkowej atmosfery”, panującej pod zaborami. I to wystarczy mu za uzasadnienie kolejnych, skazanych na porażkę, a jednocześnie groźnych dla osób postronnych, działań bojowych w ramach Polskiej Partii Socjalistycznej. Obrazowo RAZ pokazuje różnicę między insurekcjonizmem Dmowskiego, ludowców i części socjalistów, a Piłsudskiego. O ile ci pierwsi na boisku przygotowywaliby pieczołowicie kolejne akcje, które mogłyby z czasem zaowocować bramką, o tyle piłsudczycy uważaliby, że „należy z każdego punktu pola, z każdej piłki, jaka się tylko nadarzy, nawet nie tracąc czasu na przerzucanie jej na wygodniejszą nogę, walić z całej siły w kierunku bramki przeciwnika. Bo w ten sposób napełni się go trwogą, a we własnej drużynie od tej nieustannej strzelaniny nastąpi takie wzmożenie bojowego ducha, że po prostu zmieciemy przeciwników z boiska samym entuzjazmem”.

To właśnie owa „dyktatura moralna” jest w oczach RAZ-a największą winą Piłsudskiego. Do niej dąży każdy polityk w Polsce, nie tylko Jarosław Kaczyński, ale także Donald Tusk czy wcześniej Lech Wałęsa i Adam Michnik

To się nie mogło udać – więc dlaczego się udało? Ziemkiewicz wskazuje na paradoksalność sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się w 1918 roku. Niepodległość odzyskaliśmy dzięki odpowiedniej koniunkturze, niesamowitemu zbiegowi okoliczności – a także poniekąd dzięki temu, że, jak pisał Stanisław Cat-Mackiewicz, „dobrze się stało, że były Legiony w Austrii (…) i wojsko polskie na wschodzie, którego nie chciała lewica, i dobrze było, że istniał Komitet Narodowy w Paryżu, którego nie chcieli aktywiści, i »Wehrmacht« w Warszawie, którego nie chcieli pasywiści”. Tylko dlaczego cała chwała (a przynajmniej jej większość) spadła na Józefa Piłsudskiego, który przecież nie był nawet dowódcą „swoich” Legionów, a tylko – i to nie przez cały czas – I Brygady? Wzięło się to z tego „stawiania siebie na pierwszym planie”. Piłsudski, wpierw jako mianowany przez Radę Regencyjną naczelny dowódca Wojska Polskiego, mianował sam siebie Tymczasowym Naczelnikiem Państwa. Na tym urzędzie zatwierdził go Sejm Ustawodawczy, uznając najwyraźniej, że „tak będzie lepiej”.

Wystarczy mieć rację

Czytając książkę Ziemkiewicza można odnieść wrażenie, że owo „tak będzie lepiej” stoi za tajemnicą sukcesu Piłsudskiego. „Tak będzie lepiej”, wypowiadane (niekoniecznie dosłownie) przez ludzi rozsądnych, takich jak austro-węgierscy dowódcy, którzy pobłażali niesubordynowanemu cywilowi („Komendantowi”), jak Roman Dmowski, uznającego u zarania Niepodległości Piłsudskiego za odpowiednią osobę, by kierować krajem w trudnych czasach powstawania jego państwowości, czy w końcu prezydent Stanisław Wojciechowski i premier Wincenty Witos, którzy z obawy przed wybuchem wojny domowej w końcu ustąpili w czasie zamachu stanu, jakiego dokonał Piłsudski w maju 1926 roku. To rozpychanie się łokciami miało zbawienne skutki dla Polski w „gwiezdnym czasie”, kiedy Piłsudski był Naczelnikiem Państwa – i jako taki potrafił rozsądnie przeprowadzić nasz kraj przez najtrudniejszy okres, za co zresztą RAZ go mocno chwali (także za Bitwę Warszawską, wchodząc w spór z odmawiającymi Piłsudskiemu zasług w tej materii). Nie wpłynęło jednak pozytywnie na czas pokoju, kiedy zgodnie z polskim duchem należałoby budować republikę, w której przywódca jest tylko „pierwszym wśród równych”, w której silne państwo nie oznacza państwa omnipotentnego, a wolność nie jest przywilejem.

U nas panuje poczucie, że prędzej nasz prezydent przejedzie po pijaku ciężarną zakonnicę na pasach, niż przegra wybory, i że będziemy rządzić co najmniej do 2031 roku, bo nie mamy z kim przegrać

Tymczasem Piłsudski i jego totumfaccy – w imię sprawowania „dyktatury moralnej” – postanowili urządzić wszystko na modłę wojskową. W połączeniu z przeświadczeniem, że w polityce wystarczy mieć rację, a wszystko się ułoży, dało to, zdaniem Ziemkiewicza, katastrofalne skutki i ponowną utratę niepodległości. To właśnie owa „dyktatura moralna” jest w oczach RAZ-a największą winą Piłsudskiego. Do niej dąży każdy polityk w Polsce, nie tylko Jarosław Kaczyński, ale także Donald Tusk czy wcześniej Lech Wałęsa i Adam Michnik. Oczywiście ciągoty do autorytaryzmu miał w XX-leciu międzywojennym nie tylko Piłsudski, z nielicznymi wyjątkami była to tendencja ogólnoeuropejska. Jednak to u nas, w wyniku zadziałania komunistycznej, ideowej zamrażarki, one przetrwały. W republice decyzję się żmudnie uciera, a polityka to sztuka kompromisów i świadomość, że co prawda rządzę dziś ja, ale jutro może być to ktoś inny. Ale nie, u nas panuje poczucie, że prędzej nasz prezydent przejedzie po pijaku ciężarną zakonnicę na pasach, niż przegra wybory, i że będziemy rządzić co najmniej do 2031 roku, bo nie mamy z kim przegrać. A nawet gdybyśmy mieli, to nie możemy, bo jeśli przegramy, Polska upadnie i już się nie podniesie, zwłaszcza jeśli znajdzie się w „ich” rękach. Jeśli debata publiczna i walka polityczna już na metapoziomie jest ustawiona w taki sposób, trudno się dziwić, że prowadzi ona do doboru negatywnego nowych elit i braku rozeznania sensowych pomysłów.

Książka Ziemkiewicza to wciągająca publicystyka historyczna, jednak nie można traktować jej jak podręcznika. Jak każda pozycja RAZ-a jest mocno subiektywna. Mimo że bywa on wobec endecji krytyczny, stara się ją w innych miejscach wybielać. Przykładowo: nie przekonuje mnie wywód, podważający jakikolwiek związek między negowaniem wyboru Gabriela Narutowicza na prezydenta przez endecję a jego śmiercią. RAZ wskazuje na to, że poglądy Eligiusza Niewiadomskiego nie przystawały do racjonalistycznej wizji narodowo-demokratycznej. To prawda, ale zaledwie parę stron wcześniej krytykuje on endeków w Zgromadzeniu Narodowym, którzy wystawiając kandydaturę Maurycego Zamoyskiego na prezydenta „zachowali się dokładnie przeciwnie (…), niżby wynikało z nauki Dmowskiego, który wielokrotnie napominał, że w polityce nic nie znaczy słuszność lub brak słuszności, a o wszystkim decyduje siła, lub jej brak”. Gdy do tego dochodzi jednoczesna krytyka kampanii antynarutowiczowskiej, autor gubi się – źródłem tego wszystkiego jest pewna mitologizacja endecji, której Dmowski był najwybitniejszym przedstawicielem. Jednocześnie, na ruch masowy składała się także szemrana ćwierćinteligencja w postaci Niewiadomskiego, czy także zwykła tłuszcza, dla której głównym elementem pociągającym u narodowców był np. antysemityzm, jakkolwiek subtelnie by go wykładali liderzy ówczesnej prawicy.

Coraz bardziej otwarcie można mówić o tym, że państwo, jakie Marszałek budował, niekoniecznie było przyjemnym miejscem do życia

Dzisiaj również propisowskie media do znudzenia przypominają niegdysiejsze członkostwo Ryszarda Cyby (zabójcy działacza Prawa i Sprawiedliwości Marka Rosiaka) w Platformie Obywatelskiej, podobnie jak lewica wypominała Niewiadomskiemu „luźne związki z Ligą Narodową”. Dorota Kania mówiła zaś o tym, że jego atak na biuro PiS-u był „efektem pewnej reżyserii, która zaczęła się już 10 kwietnia 2010”. O ile to drugie jest dowodem na kompletny odlot, o tyle to pierwsze już niekoniecznie – znając proporcje (ani Cyba, ani Niewiadomski nie dostali żadnych odgórnych rozkazów), wszystko było efektem atmosfery przesiąkniętej nienawiścią, którą produkowała jedna ze stron sporu politycznego. Wykorzystywanie jednak śmierci człowieka jako młota na przeciwników politycznych to jest coś paskudnego – i tu rzeczywiście widać pewne analogie.

Jest ich zresztą więcej; Ziemkiewicz zatrzymał się na porównaniu na poziomie ogólnym, i miał do niego prawo. Sądzę, że wskazywanie podobieństw między III RP, w której nadal żyjemy, a sanacją, powinno stać się modną i pouczającą zabawą towarzyską. O ile PO starała się być jak BBWR, o tyle PiS coraz bardziej upodabnia się do późniejszego OZN-u, bardziej scentralizowanego i nacjonalistycznego. I dziś widać w kolejnych „centralnych” pomysłach etatystyczną megalomanię, a w polityce zagranicznej i obronnej echa przedwojennej „mocarstwowości”. Im dalej nam od komunizmu, tym łatwiej uniknąć „cienia Marszałka” – który, jak można przeczytać na okładce książki, „odzyskał Polskę [nie sam jeden, pamiętajmy – przyp. red.], zniszczył polskość”. Coraz bardziej otwarcie można mówić o tym, że państwo, jakie Marszałek budował, niekoniecznie było przyjemnym miejscem do życia. Współczesna Polska wcale być nie musi taka być.