Newsletter

Czas na realizm zamiast mglistego „wstawania z kolan”

Jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu w polityce zagranicznej, jaki stał się udziałem tej władzy. Jeśli nie zmieni się paradygmat prowadzenia polityki zagranicznej, podobne kryzysy będą się zdarzać ponownie

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Polski kompleks niższości ma dwie strony. Jedna to przekonanie, że zawsze powinniśmy ulegać, jeśli wydarza się jakakolwiek konfrontacyjna sytuacja, że powinno nam wystarczać, że nas chwalą i że nigdy nie wolno nam bronić własnego interesu. Druga to przekonanie odwrotne: że ustępować nie można nigdy, że każdy kompromis jest zdradą, że jesteśmy najwspanialsi, każdemu możemy się postawić bez względu na konsekwencje, a wszystko dlatego, że racja moralna jest po naszej stronie. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej polskiej polityce zagranicznej przyświecało to pierwsze przekonanie. Od dwóch lat można odnieść wrażenie, że rządy Prawa i Sprawiedliwości naznaczone są tym drugim. I nawet, jeśli jest to odreagowywanie po poprzednich dwóch kadencjach, to nie czyni to takiej polityki ani trochę roztropniejszą.

Trzeba jednoznacznie uznać, że nowelizacja była błędem, z wielkim prawdopodobieństwem nie przyniesie żadnych korzyści, których nie dałoby się osiągnąć innymi środkami (procesy cywilne, stworzenie dobrej machiny narracyjnej, dobrze zaplanowane działania wizerunkowe itd.), natomiast może przynieść znaczne szkody

Można w niej też dostrzec rękę Jarosława Kaczyńskiego, który zawsze uważał polityczny realizm za ideę zgubną i godną potępienia, choć zarazem nie odżegnywał się od niego w praktycznym działaniu. Szaleńczą szarżę na wszystkich niemal zasadniczych dla polskiej polityki zagranicznej kierunkach można odczytywać jako owoc jego przeświadczenia, że warto ponieść nawet olbrzymie koszty w krótkim okresie, żeby w długim wyjść z tej próby wzmocnionym. Takie rozumowanie ma jednak zasadniczą wadę: przewidywanie efektów jakiegokolwiek działania w długim okresie jest obarczone ogromnym błędem i niemal niemożliwe. Ponadto na efekty w dłuższym okresie składają się rezultaty obecnie prowadzonych działań. Jeśli te są dla państwa negatywne, to negatywny będzie też efekt w średnim oraz długim okresie. Nie da się zbudować solidnego domu z kartonowych cegieł.

Nowelizacja była błędem

Tak prowadzona polityka ma w sobie niewiele z racjonalności, ale za to wiele z mesjanizmu: udręczona Polska nabierze odporności, zaś nasza nieustępliwość zjedna nam szacunek i za wiele lat ostatecznie wstaniemy z kolan. Jak konkretnie ma do tego dojść – nie wiadomo. Ale dojdzie na pewno – wystarczy wierzyć.

Tymczasem trudno dziś mieć wątpliwości: jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu w polityce zagranicznej, jaki stał się udziałem tej władzy. A być może w ogóle jednego z najpoważniejszych w historii III RP. Nie jesteśmy w stanie w pełni zdiagnozować sytuacji, nie znamy wszystkich faktów, z konieczności część diagnozy to tylko hipotezy.

Diagnozę możemy podzielić na trzy części.

Część pierwsza to pytanie: po co to było? Pytanie, które w obecnej sytuacji nie ma już może większego znaczenia, bo stało się to, co się stało, ale na które mimo wszystko trzeba sobie odpowiedzieć, żeby nie powtarzać w przyszłości błędów.

Intencje, które stały za nowelizacją ustawy o IPN, są czyste: walka z kłamstwem o udziale polskiego państwa i narodu jako całości w zagładzie Żydów podczas II wojny światowej, plus w szczególności z określeniem „polskie obozy śmierci”. Jednak przekucie tej intencji w obowiązujące prawo jest już naznaczone typową dla polskiej klasy politycznej magiczną wiarą w moc ustaw oraz przeświadczeniem, że w polityce wystarczy mieć rację, aby osiągać zakładane cele.

O wątpliwościach wobec ustawy pisałem już szerzej w innym miejscu, tu więc krótko.

Po pierwsze – wątpliwości budzi już sama idea stosowania sankcji karnej za słowa, choćby najbardziej kłamliwe i jątrzące.

Po drugie – nawet w przypadku najprecyzyjniej sformułowanych przepisów będą się pojawiały wątpliwości co do kwalifikacji danej sytuacji, a skoro tak, to powstaje niebezpieczeństwo skrępowania swobody dyskusji. Po trzecie – ustawa będzie całkowicie nieskuteczna w ściganiu zagranicznych oszczerców, co zresztą przyznają półgębkiem także przedstawiciele władzy. O wspomnianych wątpliwościach Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegało Ministerstwo Sprawiedliwości już bardzo dawno temu, w pierwszej połowie 2016 roku. Urzędnicy MSZ zaczynają o tym dziś nieoficjalnie przypominać, a urzędnicy MS odpowiadają, że zarzuty zbili – co jednoznacznie wskazuje, że ustawa zaczęła być w kręgach władzy uznawana za gorący kartofel i zaczyna się coś, co w angielskim nazywa się ładnie blame game.

Patrząc z perspektywy powyższych uwag i obecnego kryzysu, trzeba jednoznacznie uznać, że nowelizacja była błędem, z wielkim prawdopodobieństwem nie przyniesie żadnych korzyści, których nie dałoby się osiągnąć innymi środkami (procesy cywilne, stworzenie dobrej machiny narracyjnej, dobrze zaplanowane działania wizerunkowe itd.), natomiast może przynieść znaczne szkody.

Konflikt ze wszystkimi

Część druga diagnozy to pytanie, w jakiej jesteśmy sytuacji. Otóż jesteśmy w sytuacji, w której optymalne wyjście w zasadzie już nie istnieje. Część pola manewru odebraliśmy sobie sami, część odebrali nam inni.

Jednoznaczne wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN nie wchodzi w grę, byłoby to bowiem ewidentne ustępstwo pod naciskiem, co otwierałoby drogę do podobnych szantaży w innych sprawach

Jeśli spojrzeć na szerszy obraz sytuacji Polski, problematyczne, nienajlepsze lub wprost złe są nasze relacje z większością istotnych dla nas partnerów: Niemcami, Francją, oczywiście Rosją, Litwą, Ukrainą, z centralnym aparatem Unii Europejskiej. Nie zbudowaliśmy trwalszego sojuszu państw Europy Środkowej, a już na pewno nie w sprawach politycznie dla nas istotnych. Teraz w ciągu tygodnia praktycznie zniweczony został ogromny wysiłek zbudowania specjalnych, dobrych stosunków z Izraelem, zapoczątkowany z wielkim zaangażowaniem za prezydentury Lecha Kaczyńskiego (zresztą już wówczas wbrew nastrojom części tzw. prawicy), a na dodatek widać wyraźny zgrzyt w relacjach z USA, naszym najważniejszym strategicznym partnerem. To, mówiąc najdelikatniej, nie jest sytuacja szczególnie korzystna. I nie ma większego znaczenia, z czyjej winy wzajemne stosunki we wspomnianych kierunkach wyglądają tak, jak wyglądają. W ogóle pojęcie winy w relacjach międzynarodowych w większości przypadków nie ma znaczenia. Liczy się stan faktyczny.

Niestety, po stronie izraelskiej wydaje się zachodzić proces identyczny jak momentami, w innych kwestiach, po stronie polskiej, czyli rywalizacja na radykalizm na użytek rynku wewnętrznego. Pojawiające się w Knesecie propozycje uchwał czy ustaw, uderzających w Polskę, wydają się absurdalne, wziąwszy pod uwagę, że w ogólnie niechętnej Izraelowi Unii Europejskiej Polska była jednym z niewielu jego przyczółków dyplomatycznych, i wydawałoby się, że niszczenie tej relacji nie leży w interesie Tel Awiwu. Atakowanie Polski jest, na pierwszy rzut oka, całkowitą głupotą z izraelskiego punktu widzenia, o ile stoi za tym wyłącznie bieżąca potrzeba polityczna. Być może ta spirala zacznie w którymś momencie zwalniać, ale jeżeli Kneset faktycznie uderzy w Polskę konkretnymi regulacjami, przywrócenie nawet częściowo dawnego stanu wzajemnych stosunków będzie niemożliwe.

Kryzys z roszczeniami w tle

Sprawa odszkodowań za mienie żydowskie, utracone w czasie II wojny światowej, która z kolei może, choć nie musi być motywacją działań amerykańskich, nie wydaje się bezpośrednio związana z krachem relacji polsko-izraelskich. Mamy tu raczej do czynienia ze złym dla nas zbiegiem okoliczności: Amerykanie podchwycili okazję, co nie znaczy, że gdyby jej nie było, problem by się nie pojawił.

Tu możliwe są dwie rozbieżne interpretacje. Pierwsza – że ważniejsza dla Waszyngtonu jest kwestia ustawy o IPN, podnoszona pod naciskiem żydowskiego lobby, podczas gdy przegłosowana przez Senat USA ustawa 447 o wspieraniu organizacji żydowskich w próbach uzyskania odszkodowania za mienie utracone w czasie II wojny światowej, choć dla Polaków bardzo drażniąca, nie będzie mieć w praktyce znaczenia, nawet gdyby weszła w życie. Jest tylko rodzajem placebo dla organizacji żydowskich w Stanach Zjednoczonych. Druga – że jest odwrotnie i to właśnie sprawa odszkodowań za utracone mienie jest właściwym motorem działań Waszyngtonu.

Pewną nadzieję daje to, że strona polska toczy z amerykańską dyskretne rozmowy. Pytanie brzmi, czy dla Waszyngtonu ostatecznie ważniejsze okaże się usatysfakcjonowanie wpływowego lobby w kraju czy strategiczny sojusz z Warszawą. Można się obawiać, że ten ostatni zostanie uznany w Waszyngtonie za zagwarantowany nawet, gdyby ustawa S 447, przyjęta już w grudniu przez amerykański Senat, została ostatecznie uchwalona i podpisana przez Donalda Trumpa lub gdyby wzmógł się nacisk na rezygnację z zapisów ustawy o IPN. Amerykanie są bezwzględnymi graczami i widzą, że Polska straciła oparcie w tak wielu miejscach, że wejście w ostry spór z USA nie wchodzi już w grę. Tu jesteśmy sobie winni sami. Konfrontując się z najważniejszymi graczami w UE, odebraliśmy sobie możliwość dywersyfikacji sojuszy.

Przy tym wszystkim – i na tym polega tragizm naszej sytuacji – jednoznaczne wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN nie wchodzi w grę, byłoby to bowiem ewidentne ustępstwo pod naciskiem, co otwierałoby drogę do podobnych szantaży w innych sprawach.

Jak zmniejszyć straty?

To prowadzi do kwestii trzeciej: co robić. Jak już pisałem, czytelne i jasne ustępstwo nie wchodzi w grę. To problem w przypadku relacji z Izraelem, bo tam gra toczy się na polu wewnętrznym, zatem żaden z graczy nie odpuści, nie mogąc pokazać swoim kibicom, że coś ugrał. Z kolei na naszym wewnętrznym polu PiS zapędził się tak bardzo w polityce spod znaku nieoddawania ani guzika, że dziś nawet kosmetyczne złagodzenie ustawy o IPN mógłby go politycznie drogo kosztować. Taka jest cena wpojenia swojemu elektoratowi przekonania, że jedyną słuszną polityką jest nieczynienie nigdy żadnego ustępstwa. W ten sposób samemu ogranicza się swoją swobodę działania.

Zarazem analiza sytuacji pokazuje, że choć z nowelizacji całkowicie wycofać się nie można, to utrzymanie jej w obecnej postaci jest również złym wyjściem.

Dziś w krótkim okresie istnieją dwa rozwiązania. Pierwsze to weto prezydenta Andrzeja Dudy, połączone z natychmiastowym przedstawieniem przez niego nowego projektu, zaspokajającego potrzeby elektoratu, nie mającego cech kapitulacji, a zarazem wytrącającego z ręki politykom izraelskim argument o nieprecyzyjności prawa. Czy taki projekt jest możliwy? Być może. Czy Andrzej Duda zachowa się w taki sposób? Wątpię. Wiązałoby się to z ogromnym kosztem politycznym, który musiałby wziąć niemal całkowicie na siebie, nawet gdyby był to manewr uzgodniony z Jarosławem Kaczyńskim.

Istnieje też możliwość, że prezydent znajdzie pretekst, aby skierować ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, który z kolei – będąc przecież w praktyce organem partii rządzącej – zaleci zmiany wychodzące naprzeciw zastrzeżeniom krytyków ustawy. To mógłby być najbardziej optymalny wariant rozwoju wypadków, bo minimalizowałby osobiste straty prezydenta, tworząc pozór istnienia obiektywnych przyczyn, dla których ustawa musi się zmienić, zaś organem wskazującym zapisy przeznaczone do zmiany stałby się formalnie niezawisły sąd konstytucyjny.

Nie łudźmy się – wszystko to jest już tylko damage control, niczym ponadto

Wciąż jednak najbardziej prawdopodobny wydaje się wariant próby przeczekania burzy i minimalizacji strat. Tu dobrze zadziałał premier. Jego wyważone, a zarazem stanowcze wystąpienie, nagrane po polsku i angielsku, było dobrym posunięciem (choć wpadka z fatalnym błędem w tłumaczeniu polskiej wersji to koszmar), podobnie jak zaproszenie zagranicznych korespondentów do muzeum w Markowej. Jednak na tym nie może się skończyć. Współpracownicy premiera powinni jak najprędzej wymusić powstanie sprawnej struktury, zajmującej się profesjonalną promocją polskich racji. Taki mechanizm w bazowej postaci może być gotów nawet w ciągu kilkunastu dni. Problemem może być podłączenie do niego rwących w stronę autonomii poszczególnych elementów administracji, o partii rządzącej nie mówiąc.

Druga kwestia to kontynuowanie spokojnych dyplomatycznych wysiłków na rzecz tłumaczenia naszych racji. Powołanie na ambasadora RP w Izraelu Marka Magierowskiego nosi wszelkie znamiona akcyjności, ale jest dobrą decyzją. Szkoda, że podejmowaną dopiero teraz.

Nie łudźmy się jednak – wszystko to jest już tylko damage control, niczym ponadto. I jeśli nie zmieni się paradygmat prowadzenia polityki zagranicznej jako – po pierwsze – instrumentu utwardzania i zbierania elektoratu w kraju oraz – po drugie – narzędzia do osiągania mgliście zarysowanych celów w rodzaju „podmiotowości” czy „powstania z kolan”, pojmowanych w kategoriach niemalże eschatologicznych zamiast konkretnych, sic et nunc – podobne kryzysy będą się zdarzać ponownie.