Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Czas na realizm zamiast mglistego „wstawania z kolan”

Jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu w polityce zagranicznej, jaki stał się udziałem tej władzy. Jeśli nie zmieni się paradygmat prowadzenia polityki zagranicznej, podobne kryzysy będą się zdarzać ponownie

Polski kompleks niższości ma dwie strony. Jedna to przekonanie, że zawsze powinniśmy ulegać, jeśli wydarza się jakakolwiek konfrontacyjna sytuacja, że powinno nam wystarczać, że nas chwalą i że nigdy nie wolno nam bronić własnego interesu. Druga to przekonanie odwrotne: że ustępować nie można nigdy, że każdy kompromis jest zdradą, że jesteśmy najwspanialsi, każdemu możemy się postawić bez względu na konsekwencje, a wszystko dlatego, że racja moralna jest po naszej stronie. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej polskiej polityce zagranicznej przyświecało to pierwsze przekonanie. Od dwóch lat można odnieść wrażenie, że rządy Prawa i Sprawiedliwości naznaczone są tym drugim. I nawet, jeśli jest to odreagowywanie po poprzednich dwóch kadencjach, to nie czyni to takiej polityki ani trochę roztropniejszą.

Trzeba jednoznacznie uznać, że nowelizacja była błędem, z wielkim prawdopodobieństwem nie przyniesie żadnych korzyści, których nie dałoby się osiągnąć innymi środkami (procesy cywilne, stworzenie dobrej machiny narracyjnej, dobrze zaplanowane działania wizerunkowe itd.), natomiast może przynieść znaczne szkody

Można w niej też dostrzec rękę Jarosława Kaczyńskiego, który zawsze uważał polityczny realizm za ideę zgubną i godną potępienia, choć zarazem nie odżegnywał się od niego w praktycznym działaniu. Szaleńczą szarżę na wszystkich niemal zasadniczych dla polskiej polityki zagranicznej kierunkach można odczytywać jako owoc jego przeświadczenia, że warto ponieść nawet olbrzymie koszty w krótkim okresie, żeby w długim wyjść z tej próby wzmocnionym. Takie rozumowanie ma jednak zasadniczą wadę: przewidywanie efektów jakiegokolwiek działania w długim okresie jest obarczone ogromnym błędem i niemal niemożliwe. Ponadto na efekty w dłuższym okresie składają się rezultaty obecnie prowadzonych działań. Jeśli te są dla państwa negatywne, to negatywny będzie też efekt w średnim oraz długim okresie. Nie da się zbudować solidnego domu z kartonowych cegieł.

Nowelizacja była błędem

Tak prowadzona polityka ma w sobie niewiele z racjonalności, ale za to wiele z mesjanizmu: udręczona Polska nabierze odporności, zaś nasza nieustępliwość zjedna nam szacunek i za wiele lat ostatecznie wstaniemy z kolan. Jak konkretnie ma do tego dojść – nie wiadomo. Ale dojdzie na pewno – wystarczy wierzyć.

Tymczasem trudno dziś mieć wątpliwości: jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu w polityce zagranicznej, jaki stał się udziałem tej władzy. A być może w ogóle jednego z najpoważniejszych w historii III RP. Nie jesteśmy w stanie w pełni zdiagnozować sytuacji, nie znamy wszystkich faktów, z konieczności część diagnozy to tylko hipotezy.

Diagnozę możemy podzielić na trzy części.

Część pierwsza to pytanie: po co to było? Pytanie, które w obecnej sytuacji nie ma już może większego znaczenia, bo stało się to, co się stało, ale na które mimo wszystko trzeba sobie odpowiedzieć, żeby nie powtarzać w przyszłości błędów.

Intencje, które stały za nowelizacją ustawy o IPN, są czyste: walka z kłamstwem o udziale polskiego państwa i narodu jako całości w zagładzie Żydów podczas II wojny światowej, plus w szczególności z określeniem „polskie obozy śmierci”. Jednak przekucie tej intencji w obowiązujące prawo jest już naznaczone typową dla polskiej klasy politycznej magiczną wiarą w moc ustaw oraz przeświadczeniem, że w polityce wystarczy mieć rację, aby osiągać zakładane cele.

O wątpliwościach wobec ustawy pisałem już szerzej w innym miejscu, tu więc krótko.

Po pierwsze – wątpliwości budzi już sama idea stosowania sankcji karnej za słowa, choćby najbardziej kłamliwe i jątrzące.

Po drugie – nawet w przypadku najprecyzyjniej sformułowanych przepisów będą się pojawiały wątpliwości co do kwalifikacji danej sytuacji, a skoro tak, to powstaje niebezpieczeństwo skrępowania swobody dyskusji. Po trzecie – ustawa będzie całkowicie nieskuteczna w ściganiu zagranicznych oszczerców, co zresztą przyznają półgębkiem także przedstawiciele władzy. O wspomnianych wątpliwościach Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegało Ministerstwo Sprawiedliwości już bardzo dawno temu, w pierwszej połowie 2016 roku. Urzędnicy MSZ zaczynają o tym dziś nieoficjalnie przypominać, a urzędnicy MS odpowiadają, że zarzuty zbili – co jednoznacznie wskazuje, że ustawa zaczęła być w kręgach władzy uznawana za gorący kartofel i zaczyna się coś, co w angielskim nazywa się ładnie blame game.

Patrząc z perspektywy powyższych uwag i obecnego kryzysu, trzeba jednoznacznie uznać, że nowelizacja była błędem, z wielkim prawdopodobieństwem nie przyniesie żadnych korzyści, których nie dałoby się osiągnąć innymi środkami (procesy cywilne, stworzenie dobrej machiny narracyjnej, dobrze zaplanowane działania wizerunkowe itd.), natomiast może przynieść znaczne szkody.

Konflikt ze wszystkimi

Część druga diagnozy to pytanie, w jakiej jesteśmy sytuacji. Otóż jesteśmy w sytuacji, w której optymalne wyjście w zasadzie już nie istnieje. Część pola manewru odebraliśmy sobie sami, część odebrali nam inni.

Jednoznaczne wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN nie wchodzi w grę, byłoby to bowiem ewidentne ustępstwo pod naciskiem, co otwierałoby drogę do podobnych szantaży w innych sprawach

Jeśli spojrzeć na szerszy obraz sytuacji Polski, problematyczne, nienajlepsze lub wprost złe są nasze relacje z większością istotnych dla nas partnerów: Niemcami, Francją, oczywiście Rosją, Litwą, Ukrainą, z centralnym aparatem Unii Europejskiej. Nie zbudowaliśmy trwalszego sojuszu państw Europy Środkowej, a już na pewno nie w sprawach politycznie dla nas istotnych. Teraz w ciągu tygodnia praktycznie zniweczony został ogromny wysiłek zbudowania specjalnych, dobrych stosunków z Izraelem, zapoczątkowany z wielkim zaangażowaniem za prezydentury Lecha Kaczyńskiego (zresztą już wówczas wbrew nastrojom części tzw. prawicy), a na dodatek widać wyraźny zgrzyt w relacjach z USA, naszym najważniejszym strategicznym partnerem. To, mówiąc najdelikatniej, nie jest sytuacja szczególnie korzystna. I nie ma większego znaczenia, z czyjej winy wzajemne stosunki we wspomnianych kierunkach wyglądają tak, jak wyglądają. W ogóle pojęcie winy w relacjach międzynarodowych w większości przypadków nie ma znaczenia. Liczy się stan faktyczny.

Niestety, po stronie izraelskiej wydaje się zachodzić proces identyczny jak momentami, w innych kwestiach, po stronie polskiej, czyli rywalizacja na radykalizm na użytek rynku wewnętrznego. Pojawiające się w Knesecie propozycje uchwał czy ustaw, uderzających w Polskę, wydają się absurdalne, wziąwszy pod uwagę, że w ogólnie niechętnej Izraelowi Unii Europejskiej Polska była jednym z niewielu jego przyczółków dyplomatycznych, i wydawałoby się, że niszczenie tej relacji nie leży w interesie Tel Awiwu. Atakowanie Polski jest, na pierwszy rzut oka, całkowitą głupotą z izraelskiego punktu widzenia, o ile stoi za tym wyłącznie bieżąca potrzeba polityczna. Być może ta spirala zacznie w którymś momencie zwalniać, ale jeżeli Kneset faktycznie uderzy w Polskę konkretnymi regulacjami, przywrócenie nawet częściowo dawnego stanu wzajemnych stosunków będzie niemożliwe.

Kryzys z roszczeniami w tle

Sprawa odszkodowań za mienie żydowskie, utracone w czasie II wojny światowej, która z kolei może, choć nie musi być motywacją działań amerykańskich, nie wydaje się bezpośrednio związana z krachem relacji polsko-izraelskich. Mamy tu raczej do czynienia ze złym dla nas zbiegiem okoliczności: Amerykanie podchwycili okazję, co nie znaczy, że gdyby jej nie było, problem by się nie pojawił.

Tu możliwe są dwie rozbieżne interpretacje. Pierwsza – że ważniejsza dla Waszyngtonu jest kwestia ustawy o IPN, podnoszona pod naciskiem żydowskiego lobby, podczas gdy przegłosowana przez Senat USA ustawa 447 o wspieraniu organizacji żydowskich w próbach uzyskania odszkodowania za mienie utracone w czasie II wojny światowej, choć dla Polaków bardzo drażniąca, nie będzie mieć w praktyce znaczenia, nawet gdyby weszła w życie. Jest tylko rodzajem placebo dla organizacji żydowskich w Stanach Zjednoczonych. Druga – że jest odwrotnie i to właśnie sprawa odszkodowań za utracone mienie jest właściwym motorem działań Waszyngtonu.

Pewną nadzieję daje to, że strona polska toczy z amerykańską dyskretne rozmowy. Pytanie brzmi, czy dla Waszyngtonu ostatecznie ważniejsze okaże się usatysfakcjonowanie wpływowego lobby w kraju czy strategiczny sojusz z Warszawą. Można się obawiać, że ten ostatni zostanie uznany w Waszyngtonie za zagwarantowany nawet, gdyby ustawa S 447, przyjęta już w grudniu przez amerykański Senat, została ostatecznie uchwalona i podpisana przez Donalda Trumpa lub gdyby wzmógł się nacisk na rezygnację z zapisów ustawy o IPN. Amerykanie są bezwzględnymi graczami i widzą, że Polska straciła oparcie w tak wielu miejscach, że wejście w ostry spór z USA nie wchodzi już w grę. Tu jesteśmy sobie winni sami. Konfrontując się z najważniejszymi graczami w UE, odebraliśmy sobie możliwość dywersyfikacji sojuszy.

Przy tym wszystkim – i na tym polega tragizm naszej sytuacji – jednoznaczne wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN nie wchodzi w grę, byłoby to bowiem ewidentne ustępstwo pod naciskiem, co otwierałoby drogę do podobnych szantaży w innych sprawach.

Jak zmniejszyć straty?

To prowadzi do kwestii trzeciej: co robić. Jak już pisałem, czytelne i jasne ustępstwo nie wchodzi w grę. To problem w przypadku relacji z Izraelem, bo tam gra toczy się na polu wewnętrznym, zatem żaden z graczy nie odpuści, nie mogąc pokazać swoim kibicom, że coś ugrał. Z kolei na naszym wewnętrznym polu PiS zapędził się tak bardzo w polityce spod znaku nieoddawania ani guzika, że dziś nawet kosmetyczne złagodzenie ustawy o IPN mógłby go politycznie drogo kosztować. Taka jest cena wpojenia swojemu elektoratowi przekonania, że jedyną słuszną polityką jest nieczynienie nigdy żadnego ustępstwa. W ten sposób samemu ogranicza się swoją swobodę działania.

Zarazem analiza sytuacji pokazuje, że choć z nowelizacji całkowicie wycofać się nie można, to utrzymanie jej w obecnej postaci jest również złym wyjściem.

Dziś w krótkim okresie istnieją dwa rozwiązania. Pierwsze to weto prezydenta Andrzeja Dudy, połączone z natychmiastowym przedstawieniem przez niego nowego projektu, zaspokajającego potrzeby elektoratu, nie mającego cech kapitulacji, a zarazem wytrącającego z ręki politykom izraelskim argument o nieprecyzyjności prawa. Czy taki projekt jest możliwy? Być może. Czy Andrzej Duda zachowa się w taki sposób? Wątpię. Wiązałoby się to z ogromnym kosztem politycznym, który musiałby wziąć niemal całkowicie na siebie, nawet gdyby był to manewr uzgodniony z Jarosławem Kaczyńskim.

Istnieje też możliwość, że prezydent znajdzie pretekst, aby skierować ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, który z kolei – będąc przecież w praktyce organem partii rządzącej – zaleci zmiany wychodzące naprzeciw zastrzeżeniom krytyków ustawy. To mógłby być najbardziej optymalny wariant rozwoju wypadków, bo minimalizowałby osobiste straty prezydenta, tworząc pozór istnienia obiektywnych przyczyn, dla których ustawa musi się zmienić, zaś organem wskazującym zapisy przeznaczone do zmiany stałby się formalnie niezawisły sąd konstytucyjny.

Nie łudźmy się – wszystko to jest już tylko damage control, niczym ponadto

Wciąż jednak najbardziej prawdopodobny wydaje się wariant próby przeczekania burzy i minimalizacji strat. Tu dobrze zadziałał premier. Jego wyważone, a zarazem stanowcze wystąpienie, nagrane po polsku i angielsku, było dobrym posunięciem (choć wpadka z fatalnym błędem w tłumaczeniu polskiej wersji to koszmar), podobnie jak zaproszenie zagranicznych korespondentów do muzeum w Markowej. Jednak na tym nie może się skończyć. Współpracownicy premiera powinni jak najprędzej wymusić powstanie sprawnej struktury, zajmującej się profesjonalną promocją polskich racji. Taki mechanizm w bazowej postaci może być gotów nawet w ciągu kilkunastu dni. Problemem może być podłączenie do niego rwących w stronę autonomii poszczególnych elementów administracji, o partii rządzącej nie mówiąc.

Druga kwestia to kontynuowanie spokojnych dyplomatycznych wysiłków na rzecz tłumaczenia naszych racji. Powołanie na ambasadora RP w Izraelu Marka Magierowskiego nosi wszelkie znamiona akcyjności, ale jest dobrą decyzją. Szkoda, że podejmowaną dopiero teraz.

Nie łudźmy się jednak – wszystko to jest już tylko damage control, niczym ponadto. I jeśli nie zmieni się paradygmat prowadzenia polityki zagranicznej jako – po pierwsze – instrumentu utwardzania i zbierania elektoratu w kraju oraz – po drugie – narzędzia do osiągania mgliście zarysowanych celów w rodzaju „podmiotowości” czy „powstania z kolan”, pojmowanych w kategoriach niemalże eschatologicznych zamiast konkretnych, sic et nunc – podobne kryzysy będą się zdarzać ponownie.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy”

Komentarze

8 odpowiedzi na “Czas na realizm zamiast mglistego „wstawania z kolan””

  1. HeS pisze:

    @Autor

    Mogę tylko powiedzieć, że nie zgadzam się z tezami Autora w całości.
    Dobre relacje z Izraelem są nam kompletnie niepotrzebne.
    Nie bardziej niż dobre relacje z Indiami, Chinami czy Hiszpanią.
    Dla nas obecnie liczą się tylko stosunki z USA i mamy okazję do wykonania “prawdziwego testu”.
    Jeśli Amerykanie “sprzedadzą” nas Żydom, to musimy skorygować nasze partnerstwo z USA.

  2. Georealista pisze:

    Szkalowanie i agresja względem Polaków. To musi zaboleć – ale szkalujących. Polacy i Polska jako państwo muszą się skonsolidować względem tego ataku. To elementarna racja stanu bez żadnych “ale”. Ten atak musi kosztować wiele agresorów. Czyli – wizy dla obywateli państwa położonego w Palestynie. W razie protestów w USA – dla obywateli USA. Trzeba to robić mądrze – czyli robić kroki na zimno, bez fanfar, za to boleśnie. I co najważniejsze – bez palenia mostów. Czyli odwracalnie – jak się nawrócą i przeproszą. Tak samo lukratywne kontrakty wojskowe – zawiesić rozmowy z Raythyronem i Lockheed-Martinem o Wiśle i Homarze i innych kontraktach. Za to zintensyfikować rozmowy nt zakupu europejskiego SAMP/T – Aster 30 Block 1 NT, radarów i elektroniku Thales, a osobno w drugiej fazie Aster 30 Block 2 BMD. Zawiesić rozmowy nt zakupu Izraelsko-amerykańskiego SkyCeptora – właśnie na rzecz Aster 30 Block 2 BMD – z pełnymi udziałami i pełnym transferem technologii. Rozpocząć rozmowy co do zakupu od Francuzów przeciwpancernych pocisków MMP – zamiast Spike II. I tak dalej. Co do Homara i innych systemów rakietowych, zawiesić rozmowy z USA – zwrócić się Turcji – do Roketsana. Muszą poczuć boleśnie w USA i w kraju palestyńskim, że robią sobie strzał w kolano. I wtedy przybiegną grzecznie z przeprosinami. Prosta zagrywka negocjacyjna, przy okazji kontrakty zostaną na nowo zrewidowane co do udziału transferu technologii i ceny – na korzyść Polski. Najgłupsze co można zrobić – a co suflują wrogie agentury wpływu z Berlina i Moskwy – to spalić mosty i skupić się na emocjonalnych wytryskach. Nie tędy droga – trzeba mówić twardo, bardzo twardo, ale grzecznie – i nie palić mostów. Po prostu pokazywać swoje nieustępliwe stanowisko. Samo tylko anulowanie czasowe polskiego obywatelstwa, przyznanego ok 20-30 tysiącom obywateli państwa palestyńskiego [podkreślam – anulowanie czasowe – celem “wyjaśnienia poprawności nadania obywatelstwa “] – i łatwy biznes owej nacji leży w ramach Unii Europejskiej. Jak skruszeją – można przywrócić za jakieś koncesje polityczne, ekonomiczne, prawne – ale WARUNKOWO – tak, żeby czuli rączkę na pulsie. To jest polityka. W razie, gdyby takie działania jak wyżej nie dały rezultatu, można zrobić następna fazę, ale już taką, po której i w Waszyngtonie i w państwie położonym w Palestynie będą mieli pełne gacie. Czyli grzecznie, ale asertywnie – rozmowy na poziomie państwowym o szeroko rozumianym sojuszu z Chinami, Turcją, Iranem, innymi graczami. Z intensyfikacja Nowego jedwabnego szlaku, przyśpieszeniem CPL/CPK, gazem i ropą z Iranu, szersza współpraca z przemysłem zbrojeniowym Turcji itd. Żeby Waszyngton poczuł, że nie jest zbawcą Polski, że są inni, lepsi i bardziej sensowni. Po to, by zaczęli się zastanawiać, jakie właściwie mają aktywa wewnątrz UE po Brexicie UK? I dlaczego właściwie tracą głównego sojusznika na kontynencie – i na własne życzenie fundują sobie rozpad ICH NATO, w którym są liderem. Bo Polska i bez USA i bez NATO – ale z Chinami i Turcją i Iranem i innymi – poradzi sobie dużo, dużo lepiej – i korzystniej. To nie tak, że nie ma NATO i USA po naszej stronie i “leżymy” wobec atomowych gróźb Moskwy. Wystarczą jedne wielkie ćwiczenia Chin przy granicy z Rosją – w odpowiedzi na groźby Kremla wobec Polski, a na Kremlu będą biegali z pełnymi gatkami w panice – i bardzo, bardzo dobrze zrozumieją te “subtelna aluzję” Chin. Podobnie z Berlinem – przecież dla Berlina to Chiny są problemem nr 1 jako konkurent w wyścigu technologicznym, który o zgrozo wykupuje najlepsze niemieckie firmy technologiczne, czego przykładem Kuka. Trzeba na nowo spozycjonować polską politykę zagraniczną, by lepiej obsługiwała nasze interesy – zwłaszcza perspektywicznie, długofalowo. Robić twardo swoje, spokojnie, konsekwentnie, bez bicia emocjonalnej piany, co najważniejsze – bez robienia nieodwracalnych kroków i bez palenia mostów, za to nawet wracając do stolika ze starymi graczami – już w nowej, lepszej pozycji – i bynajmniej nie porzucając nowych układów. Kluczem jest to, że i dla Chin i dla USA silna Polska, suwerenna wobec Moskwy i Berlina – wystarczająco silna względem ich planów zbudowania konkurencyjnego imperium euroazjatyckiego od Lizbony do Władywostoku – taka Polska jest zwyczajnie OBU SUPERMOCARSTWOM – i to naraz – żywotnie i strategicznie potrzebna. I trzeba z tego odcinać kupony do końca. Bez pychy, bez unoszenia się, bez wody sodowej – ale asertywnie, spokojnie i bez strachu. Bo alternatywą dla OBU supermocarstw jest “game over” w ich grze o hegemonię globalną. A te grę chcą rozegrać wyłącznie we dwójkę – trzeci, i to silniejszy konkurent euroazjatycki im obu absolutnie niepotrzebny. To musimy wykorzystać do końca. Nie “na hurra!” i nie emocjonalnie – raczej na zimno, po analizie i po kalkulacji SWOT i koszt-efekt i wg chińskiej strategii “przechodzić na drugi brzeg rzeki czując kamienie pod stopami”.

  3. Georealista pisze:

    W strategii negocjacyjnego przyciśnięcia USA i państwa położonego w Palestynie – dla zajęcia nowej zbalansowanej pozycji – istotne jest też zabezpieczenie operacji finansowych. Gdy parę lat temu USA zamknęły dostęp Iranowi do SWIFT – było to bardzo bolesne uderzenie. Obecnie od 2015 sytuacja zmieniła się diametralnie – Chiny wprowadziły alternatywny system rozliczeń międzynarodowych CISPA. Dlatego właśnie znacznie większe przeorientowanie się na Chiny i zbalansowanie USA i państwa w Palestynie jest REALNE od strony ekonomicznej. Nie mówiąc o tym, że dla Chin otwarcie rynku dla Polski może być sprawą jednej decyzji Xi w ciągu jednego dnia, a to by bardzo mocno zbalansowało tak przy okazji presję Berlina [w rękawiczkach Brukseli] względem Polski – w ramach pozornie bezalternatywnego rynku UE. I na koniec taka zasadnicza refleksja – wystarczy popatrzeć na listę typu TOP10 największych spółek publicznych pod względem kapitalizacji -[w sensie: podmiotów giełdowych] – dawniej królował City Bank, Bank of America itd. – dzisiaj na topie są mocarne banki chińskie. Świat się zmienił – więc tak czy inaczej musimy się orientować na nowe źródło siły i prosperity – w Azji. Przystępowanie do AIIB sojusznikow USA – i to także “żelaznego sojusznika” jak UK [ba – nawet państwa położonego w Palestynie, które chce się załapać na prosperitę] najlepiej o tym świadczy. Więc bez sentymentów – myślmy o sobie i nie dajmy się żadnym presjom – nasze karty w tej grze negocjacyjnej – konkretnie wobec USA i kraju położonego w Palestynie – są zwyczajnie DUŻO SILNIEJSZE. To dedykuję z góry różnym agentom wpływu, którzy na 100% będą próbowali obracać kota ogonem, robić emocjonalne wrzutki, wyśmiewać, robić szantaże emocjonalne typu “o jejku, co to będzie, za chwilę będzie koniec i katastrofa Polski” itd. Przy spokojnych, przemyślanych, ale zdecydowanych ruchach – na pewno zyskamy nowe korzystniejsze zbalansowanie globalne i lepszą pozycję polityczną, ekonomiczną i militarną – i wobec starych – i wobec nowych graczy. I tu – i tu. Czas po prostu zaktualizować naszą pozycję – na lepszą – inaczej potem, po czasie, będziemy sobie tylko przysłowiowo “pluli w brodę” za niewykorzystanie szans na lepszą zmianę. Bo patrząc całościowo i po zsumowaniu “za i przeciw” i wg SWOT i kalkulacji koszt-efekt – to teraz jest najlepszy moment i najlepsza szansa na zmianę. Schowanie głowy w piasek, czy skulenie się w kącie z nadzieją na “przeczekanie” i na “litość” albo “zrozumienie” albo na “jakoś to będzie” – to błędy największe – dawania wolnego pola innym graczom, którzy wykorzystają naszą bierność.

  4. Georealista pisze:

    Najistotniejsze długoterminowo jest uświadomienie sobie stawki gry. Jest nią przetrwanie. Potencjał środków zniszczenia jest tak olbrzymi, że nawet mimo kroków rozbrojeniowych, pozwala wielokrotnie unicestwić Ziemię i ludzi. Zakładając, że wielcy gracze będą świadomie dążyli – w swoim interesie – do minimalizacji zniszczeń – i tak liczbę ofiar przyszłej konfrontacji militarnej [umownie: III wojny światowej] można będzie liczyć na miliardy. Co wynika i z siły środków rażenia, jak i z globalnej projekcji tych środków. Nim pułapka Tukidydesa doprowadzi do konfrontacji obu głównych pretendentów, pułapka Kindlerbergera doprowadzi do chaosu i szeregu wojen lokalnych w ramach osłabnięcia obecnego hegemona, rozpadu globalnego systemu bezpieczeństwa – i dążeń do wykorzystania okazji dla wzmocnienia w powstałej pustce – nowe lokalne “potęgi” będą walczyły o własne wzmocnienie i ekspansję, czy prewencyjne pognębienie konkurentów. Fazę chaosu pułapki Kindlerbergera Polska musi przetrwać dzięki własnej sile -ale i posiłkując się obu supermocarstwami. Faza konfrontacji obu supermocarstw jest krytyczna dla Polski. Nie wchodząc w długie wywody, można wynikowo ocenić, że główna konfrontacja militarna supermocarstw nastąpi za ok. 2 dekady. Co wynika głównie z tempa rozwoju Chin, tempa doganiania poziomu technologicznego względem USA, ale i kontrakcji USA, bo na pewno pogoń i wzrost Chin wymuszą mobilizację wielostronnych działań USA, w tym działań dla wzrostu technologicznego. Dla Polski jest istotne, aby do tego momentu – tj. momentu pełnoskalowej konfrontacji supermocarstw, być w pełni przygotowanym. Czyli stanąć na własnych nogach. Jest to możliwe pod jednym zasadniczym warunkiem – przy koncentracji środków i działań na obronie, bez rozpraszania sił na ubogie, lustrzane i symetryczne [a raczej – asymetryczne – bo słabsze] naśladownictwo sił zbrojnych wielkich państw, które nastawiają się na zewnętrzną projekcję siły i zajmowanie zewnętrznego terytorium. Polska winna nastawić się na budowanie systemów maksymalnie asymetrycznych, niekorzystnych dla agresora, odstraszających w kalkulacji koszt-efekt. Podstawa to jeden krajowy system A2/AD dla terytorium całej Polski plus saturacja sieciocentrycznie C4SRI efektorów przeciwrakietowych i zarazem przeciwlotniczych – bo “nasze niebo”, nad którym panujemy, oznacza w praktyce operacyjnej, że agresor nie zdecyduje się na inwazję lądową. Bo sama saturacja kierowanych pocisków ppanc i innych środków [np. amunicji krążącej, artylerii z amunicją precyzyjna itd], jest zbyt asymetryczna kosztowo dla agresji lądowej przeciwnika bez szeroko rozumianej przewagi w powietrzu. Kluczem jest saturacja ilościowa i jakościowa na “obronie nieba” – skupienie się na najważniejszym systemie – obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej. [plus WRE]. Z uwagi na szykanowanie Polski przez USA i państwo w Palestynie, najkorzystniejszym ruchem byłoby postawienie pomostowo na europejskie Aster 30 Block 1 NT, a docelowo na Aster 30 Block 2 BMD [ten będzie operacyjny od 2020]. Zasięg tego drugiego efektora pozwoliłby ustanowić strefę buforową, dającą głębię strategicznego bezpieczeństwa [i czasu reakcji] na 500-1000km od granic Polski. Efektor antyrakietowy z natury charakteryzuje największa manewrowością i “inteligencją”, stąd nietrudno przystosować go do roli efektora ataków na cele powierzchniowe o znaczeniu strategicznym: radary, wyrzutnie rakiet [np. Iskander, ale także Kalibr], w tym wyrzutnie w ruchu, samoloty na lotniskach, centra łączności, sztaby itd. Najistotniejsza jest precyzja uderzenia – w zasadzie wystarczy w tych przypadkach uderzenie kinetyczne [hipersoniczne]. Stąd program Homar będzie można anulować. Także anulować kosztowny program Orka, nie wnoszący istotnego wzmocnienia czy obrony, czy ataku. Także program Harpia nie ma sensu, skoro pod szczelnym parasolem wewnątrz bańki antydostępowej, będą mogły operować F-16, przenoszące JASSM-ER, których F-35 nie przeniesie. JASSM-ER, odpalony o powiedzmy 500-700 km od granic Polski [zakładam, że będziemy mieli Aster 30 Block 2 BMD jako efektor tej strefy antydostepowej], pozwoli na uderzenia na 1500-1700 km od granic Polski. Zasięg samych Aster 30 Block 2 BMD można oszacowac na o. 1000 km – i to jest zasięg precyzyjnych uderzeń punktowych, w zasadzie kinetycznych, jakie oferuje ten efektor dla celów ofensywnych. Oparcie się o efektory Aster 30 Block 1 i Block 2 jest w obecnej sytuacji najlepszym sposobem na pozyskanie suwerenności w kluczowym elemencie uzbrojenia – PEŁNEJ suwerenności technologicznej i produkcyjnej. Na to nie powinny być szczędzone pieniądze – to system strategiczny i “gardłowy”. Pozyskanie PAC-3MSE w małej ilości, ze słabym transferem technologii, jest niecelowe, zresztą zbyt kosztowne do parametrów bojowych. A SkyCeptor byłby zbyt drogi i pewnie obarczony “czarnymi skrzynkami”, z racji obstrukcji ze strony USA i kraju położonego w Palestynie. Natomiast wejście jako pełnoprawny współwłaściciel do produkcji i rozwoju Aster 30 Block 1 i Block 2, przy odpowiednio wysokiej kwocie, pozwoli jednocześnie Polsce twardo kupić poparcie Paryża jako lewara wobec Berlina. Co zresztą Paryż podchwyci nader skwapliwie, nie chcąc być junior-partnerem Berlina. Sumując: wszystkie środki przeznaczyć na saturacyjny system obrony przeciwrakietowej i zarazem [przy okazji] przeciwlotniczej. Liczony na ok. 1000 efektorów minimum, natomiast pożądane to 3-4 tys efektorów, zarówno dla saturacji obrony, jak i do wykorzystania dla powierzchniowych ataków precyzyjnych na stałe i mobilne cele strategiczne na lądzie i na morzu. Z góry zaznaczam, że powoływanie się na to, że “inni tego nie mają i nie planują” – nie ma sensu. Musimy zbudować nasze zdolności militarnie dokładnie do realizacji naszego celu strategicznego – czyli przetrwania w saturacyjnej obronie – reszta jest tylko konsekwentną realizacją bez oglądania się na innych. Kończąc: saturacja rzędu 4-5 tys efektorów głównych bańki A2/AD, pozwoli na saturacyjne uderzenie prewencyjne w strefie o promieniu 1000 km, co wyeliminuje już na ziemi większość środków rażenia jądrowego przeciwnika w Obwodzie Kaliningradzkim i w strefie Białorusi, natomiast takie uderzenie prewencyjne nie nadszarpnie zdolności obrony, pozostawiając min. 3 tys efektorów do obrony w razie reakcji przeciwnika. Tu oczywistym kluczem do uzyskania saturacji efektorów jest uzyskanie własnych wielkoskalowych zdolności produkcyjnych w oparciu o pełną, suwerennie dysponowana i rozwijaną technologię. Jest to “operacyjny” długofalowy cel nr 1 dla rządu RP i MON.

  5. Meoria pisze:

    Stawia Pan bardzo trafne diagnozy, ale sytuacja nie jest – moim zdaniem – tragiczna, pozostaje groteskowa. Rząd “dobrej zmiany” ma od dawna kiepskie notowania w świecie, bowiem ów świat zdążył przez lata poznać polityczną logikę, którą kierują się działacze szeroko rozumianego obozu Jarosława Kaczyńskiego. Sejmowe “buble”, włączając kontrowersyjną nowelizację, to nic innego, jak tylko świadectwo intelektualnych ograniczeń partyjnych działaczy i decydentów. Hiperpoprawny patriotyzm i socjalistyczne upaństwowienie egzystencji obywateli, wraz ze stymulowaniem w medialnych emulgatorach “słusznego wzburzenia” wśród “ludu”, to jedynie prymitywne narzędzie wykorzystane w celu przesłonięcia – wspomnianych wyżej – intelektualnych ograniczeń. Nie ma i nie będzie zatem “dyplomatycznego sprytu”, umiejętnego rozgrywania delikatnych kwestii czy po prostu politycznego realizmu. Obóz “dobrej zmiany” stosuje bowiem środki, które kompromitują cele. Polska – by ująć rzecz kolokwialnie – dostaje po łbie, nie dlatego, że rządzący krajem postulują to, co postulują, ale dlatego, że w większości są niedouczeni, nie mają nawet najprostszych językowych kompetencji albo pozostają jedynie politycznymi rentierami. Świat doskonale wie, jak sobie radzić z takim partnerem. Mądry zawsze wygra z głupim. A głupiemu zostaje tylko – wspomniany przez Pana – “damage control”.

  6. Georealista pisze:

    W samej grze negocjacyjnej najistotniejsze jest to, aby decydenci i stratedzy po drugiej stronie stołu zaczęli patrzeć na siebie, na swoje aktywa – wg wyceny z naszej strony. I wg alternatyw, które Polska realnie posiada. Dobitne uświadomienie do końca po drugiej stronie stołu, że hegemon słabnie i NIE STAĆ GO na utratę Polski W ŻADNYM WYPADKU. I że Izrael to balast i obciążenie polityczne i ekonomiczno-finansowe, a Polska – niedoinwestowany gracz, cenny dla USA. Idąc do końca – w razie wyboru “Polska czy Izrael” – racja stanu USA każe bezwzględnie wybrać Polskę. I to trzeba twardo komunikować – rzecz jasna najpierw kanałami poufnymi, ale w razie potrzeby – także oficjalnie, by zwiększyć pozycje Polski. W polityce nie unikniemy konfrontacji – to nie jest towarzystwo miłych sąsiadów, lecz odwrotnie – wilcze stado i gra o sumie zerowej – czyli moja korzyść kosztem twojej. Dlatego właśnie trzeba skończyć z sentymentalizmem i uprawiać twarda real-politik oparta o wspólnotę interesów. A we wspólnocie i wadze interesów strategicznych, żywotnych zasadniczo dla USA, wypadamy zdecydowanie lepiej dla USA, niż Izrael – który jest w istocie dużym problemem i obciążeniem dla Waszyngtonu. Uświadamianie tego decydentom w Waszyngtonie jest naszą podstawą operacyjną dla polityki względem USA.

  7. selador pisze:

    Nieprawdopodobne jaką Żydzi mają bezczelność i parcie na okradanie każdego – z ofiarami włącznie. Pomijając wszelkie moralne aspekty, od których włos się na głowie jeży – pojawia się pytanie czysto prawne: JAKIM PRAWEM ŻYDZI DOMAGAJĄ SIĘ JAKICHKOLWIEK ODSZKODOWAŃ? Jeśli od sprawcy – TOŻ JUŻ DOSTALI MILIARDY MAREK OD NIEMIEC! Jeśli od państwa Polskiego – to JAKIM PRAWEM ONI MOGĄ SIĘ DOMAGAĆ, A POLACY, CYGANIE (ROMOWIE) CZESI, CZY LITWINI – NIE..? Rasizm, jaki epatuje z działań tego narodu jest PORAŻAJĄCY…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz