Newsletter

Ciężka nieodpowiedzialność polskiej dyplomacji

Planowana przez USA i Polskę międzynarodowa konferencja ws. Bliskiego Wschodu nie przyczyni się do poprawy sytuacji w tym regionie, a Warszawa znów zostanie uznana za amerykańskiego konia trojańskiego w Europie

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Przy okazji wizyty m.in. w Egipcie i Arabii Saudyjskiej, sekretarz stanu USA Mike Pompeo zapowiedział, że w dniach 13-14 lutego w Warszawie odbędzie się międzynarodowa konferencja na temat Bliskiego Wschodu. Zdaniem amerykańskiej administracji, jej celem ma być rozmowa „o pokoju, wolności i bezpieczeństwie na Bliskim Wschodzie”, a także o możliwościach powstrzymania Iranu przed „dalszą destabilizacją swojego najbliższego otoczenia”. Choć Pompeo o szczegółach nie mówił, wiemy, że do Warszawy mają przyjechać przywódcy z całego świata.

Po amerykańskiej inwazji na Irak w 2003, do której Polska ochoczo przystąpiła pomimo sprzeciwu większości państw Europy Zachodniej, Warszawa zyskała miano konia trojańskiego Ameryki w Europie

Co kryje się za oficjalnymi oświadczeniami?

Przede wszystkim konferencja, którą chcą zorganizować Amerykanie, z definicji nie może promować pokoju i stabilności, jeżeli jednym z jej głównych celów jest powstrzymanie regionalnych ambicji Iranu. Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa wycofały się z porozumienia nuklearnego z Teheranem, które w 2015 r. sfinalizował Barack Obama, a teraz żądają także, by Iran wycofał swoje siły z Syrii i zaprzestał finansowania swoich sojuszników w Libanie czy Katarze. Wszystko to ma na celu przechylenie równowagi sił w regionie na korzyść Izraela oraz Arabii Saudyjskiej, z którą Trump podpisał wielomiliardowy kontrakt na dostawę broni. Jeżeli więc do stołu siada się z zamiarem pognębienia jednego z głównych rozgrywających w regionie, to oczywiste jest, że nie będzie z tego ani stabilności, ani pokoju.

Gdyby USA rzeczywiście chciały rozmawiać o stabilności i pokoju na Bliskim Wschodzie, konferencja odbyłaby się w zupełnie innych warunkach – nie przeciwko Iranowi i nie w Polsce. Teheran zostałby zaproszony do stołu, a dyskusja toczyłaby się w niewielkim gronie. Głos miałyby państwa, które nie tylko są zainteresowane zakończeniem wojny w Syrii i ustaleniem stref wpływów w regionie, ale mają także w tej sprawie coś do powiedzenia. Są to USA, Rosja, Iran, Turcja, Izrael, Arabia Saudyjska, Jordania i Irak. Spotkanie odbyłoby się np. w Omanie, który słynie ze swoich talentów dyplomatycznych, dyskrecji oraz umiejętności zbliżania ze sobą nieprzejednanych wcześniej wrogów. Słowem, posiada wszystkie cechy, których nie posiada polska dyplomacja.

Tymczasem konferencja w Warszawie tak naprawdę ma na celu zgrupowanie kolejnej „koalicji chętnych”, która opowie się za nałożeniem sankcji na Iran. W wymiarze regionalnym doprowadzi to do kolejnych tarć między USA i Arabią Saudyjską a Iranem oraz do przedłużenia wojny w Syrii. Niestety, również dla Polski żyrowanie tego amerykańskiego przedsięwzięcia będzie miało opłakane skutki.

Koń trojański Ameryki

Po amerykańskiej inwazji na Irak w 2003, do której Polska ochoczo przystąpiła pomimo sprzeciwu większości państw Europy Zachodniej, Warszawa zyskała miano konia trojańskiego Ameryki w Europie. Sytuacja miała miejsce w przededniu przystąpienia Polski do UE, więc zachowanie Warszawy zrobiło fatalne wrażenie na naszych europejskich partnerach. Okazało się, że nie mieliśmy racji, bowiem Europa, podobnie jak Polska, do dziś odczuwa skutki wojny w Iraku.

Dzisiaj cała Unia Europejska zastanawia się, w jaki sposób obejść sankcje nałożone przez Amerykanów na Iran. Teheran przestrzega porozumienia podpisanego w 2015 roku i nie ma dziś możliwości wyprodukowania bomby atomowej. Mimo to administracja Trumpa dąży do konfrontacji, bowiem uważa, że Iran wywiera destabilizujący wpływ na inne państwa regionu. Dlaczego Polska jej w tym sekunduje, podważając jedność Unii? Jedynym logicznym wytłumaczeniem może być chęć poprawienia wizerunku naszego kraju, który w oczach polityków amerykańskich został mocno nadszarpnięty sporem z Komisją Europejską o praworządność oraz uchwaleniem ustawy o IPN z zapisami dot. Holokaustu. Organizując konferencję wspólnie z Amerykanami – podobnie jak kiedyś walcząc u ich boku w Afganistanie czy Iraku – mamy więc szansę zaprezentować się jako ich lojalny sojusznik.

To z kolei – w mniemaniu polskich polityków – zwiększy szansę na stałe stacjonowanie wojsk amerykańskich w Polsce. A jak dobrze wiemy, jest to najważniejsza kwestia, o którą nasza klasa polityczna zabiega w relacjach z Amerykanami.

Nietrudno się domyślić, że lutowa konferencja będzie stanowić propagandową pożywkę dla zwolenników polskiego rządu

Jednak zabawa w dobrego przyjaciela Ameryki będzie dla nas niezwykle kosztowna. Odbywa się ona w chwili, gdy w Europie dzieją się rzeczy niezwykle ważne dla przyszłego układu sił na kontynencie – Niemcy i Francja podpisują kolejny traktat pogłębiający współpracę dwustronną, rosną obawy przed wpływami chińskimi w Europie, trwają przygotowania do najważniejszych od lat euro wyborów. Unia Europejska powoli dostrzega, że jeżeli chce liczyć się na arenie międzynarodowej, musi stać się samodzielnym „biegunem” – takim jak USA, Chiny czy Rosja. W interesie Polski jest być jak najbliżej centrum tego bieguna, bo tylko w ten sposób będziemy mogli załatwiać sprawy o kluczowym dla nas znaczeniu. Im dalej od niego się ustawimy, tym bardziej bezsilni i osamotnieni będziemy na arenie międzynarodowej.

Z tego punktu widzenia organizowanie konferencji, której efektem będzie dalsze podsycanie konfliktu na Bliskim Wschodzie, ale też pogłębianie podziałów wewnątrz Europy, to więcej niż niezręczność. To ciężka nieodpowiedzialność i działanie na szkodę własnych interesów.

Wstawanie z kolan

Nietrudno się jednak domyślić, że lutowa konferencja będzie stanowić propagandową pożywkę dla zwolenników polskiego rządu. Na portalach sprzyjających rządowi pojawią się głosy o tym, jak bardzo cenionym sojusznikiem Waszyngtonu jest Warszawa. Będzie mowa o dyplomatycznej suwerenności, jaką Polska wreszcie zyskała po długich latach „podległości” w czasach  poprzedniego rządu. USA odwdzięczą się, rzecz jasna, deklaracjami o poparciu dla regionalnych projektów, takich jak Trójmorze.

Nie zmienia to jednak faktu, że całe przedsięwzięcie zakończy się fiaskiem. Nie będzie w nim brał udziału ani jeden przywódca państwa, które jest w stanie decydować o tym, co dzieje się w Syrii. Nie będzie ani jednego ważnego przywódcy europejskiego – ani Merkel, ani Macrona. Nie przyjedzie Putin ani Xi Jinping. Będziemy my, Amerykanie i garstka delegacji, których nic nie kosztuje nieodpowiedzialna zabawa na koszt Waszyngtonu. Dla nas te koszty będą niestety wymierne.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej