Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Brak lustracji dał przestrzeń PiS-owi

W 1997 roku Trybunał Konstytucyjny uchylił zastosowanie ustawy lustracyjnej do środowiska sędziowskiego – poza osobami, które chciały oczyścić się z zarzutów o agenturalność. Wówczas to popierałam, dziś uważam, że to dało PiS-owi pretekst do zmian w systemie sądowniczym

Dlaczego brak lustracji i dekomunizacji miałyby mieć wpływ na odchodzenie od demokracji liberalnej w Polsce?

Na to pytanie mam odpowiedź ogólną, i szczegółową, dotyczącą sądownictwa. W terminologii, która pojawi się w mojej najnowszej książce „Ritual Sacrifices? Transitional Justice and the Fate of Post-Authoritarian Democracies”, lustracja różni się od dekomunizacji. Dekomunizacja to usunięcie ze stanowisk publicznych osób, które uczestniczyły w rządach komunistycznych w sposób całkowicie jawny – np.  funkcjonariusze, członkowie administracji.

Dekomunizacja niekoniecznie jest pomocna w demokratyzacji, ponieważ w systemie komunistycznym wiele osób wykonuje funkcje techniczne, które są przydatne także w systemie demokratycznym, np. kieruje infrastrukturą przemysłu, czy zajmuje się meteorologią. Takich osób nie ma sensu zwalniać.

Gdyby lustrację przeprowadzono na początku transformacji, to cała struktura sądów by się zmieniła. Ale ponieważ ludzie nie zostali zwolnieni, struktura pozostała ta sama. Sądy są zhierarchizowane, w związku z czym nawet sędziowie w podeszłym wieku mają duży wpływ na to, co się w tych instytucjach dzieje

Ale i nikt tego nie chciał robić, nawet w najbardziej radykalnych projektach nie było pomysłu, by pozbawiać praw publicznych np. wszystkich członków PZPR.

Tak, ale np. w Czechach dekomunizacji podlegał każdy, kto pełnił nawet minimalne funkcje kierownicze, choćby był kierownikiem poczty czy dyrektorem szkoły. Gdzieś tę linię trzeba wytyczyć, bo z drugiej strony byli przecież ludzie wydający rozkazy czy zajmujący się podtrzymywaniem ustroju. Więc to jest pierwsza kategoria: dekomunizacja. Z drugiej strony jest lustracja, która polega na usuwaniu z posad osób, które współpracowały w sposób tajny. Takie osoby mogą być szantażowane przez tych, którzy posiadają dowody ich uwikłania we współpracę ze służbami. Szeroko zakrojona lustracja ma sens, bo bez niej nie wiadomo, kto ma na kogo haka. Argument ten jest bardzo generalny i stosuje się nie tylko do Polski czy krajów postkomunistycznych, ale do wszystkich systemów autorytarnych, które się demokratyzują.

Z sądownictwem jest kłopot, bo musi ono spełniać kryteria rządów prawa, a jednym z nich jest to, że sądownictwo ma być niezależne. Zwalnianie sędziów z jakiegokolwiek powodu wchodzi w kolizję z tą zasadą. W związku z tym, kiedy pojawiła się ustawa lustracyjna w Polsce w 1997 roku, Trybunał Konstytucyjny uchylił jej zastosowanie do środowiska sędziowskiego – poza osobami, które chciały oczyścić się z zarzutów o agenturalność. Wówczas to popierałam, bo system sądowniczy jest bardzo delikatny. Teraz uważam jednak, że to dało pretekst obecnym rządom Prawa i Sprawiedliwości do przeprowadzenia zmian w systemie sądowniczym.

Jakie znaczenie to miało 25 lat po upadku komunizmu? Gdyby nie było tego pretekstu, to byłby inny.

Tu nie chodzi tylko o ludzi, ale też o instytucje. Gdyby lustrację przeprowadzono na początku transformacji, to cała struktura sądów by się zmieniła. Ale ponieważ ludzie nie zostali zwolnieni, struktura pozostała ta sama. Sądy są zhierarchizowane, w związku z czym nawet sędziowie w podeszłym wieku mają duży wpływ na to, co się w tych instytucjach dzieje.

Taka sama jest zresztą sytuacja z uniwersytetami – m.in. dlatego wyjechałam robić doktorat na Columbia University zamiast pozostać w Polsce. Ileż można czytać Marksa 10 lat po upadku komunizmu? Oczywiście teraz przeprowadzenie lustracji i dekomunizacji byłoby bardzo trudne i ma mało sensu. Nie mówię też, że PiS przeprowadza lustrację czy dekomunizację: oni po prostu chcieli wprowadzić odpowiedzialność zbiorową i zwolnić wszystkich sędziów pewnej generacji, dlatego zrobili to, obniżając wiek emerytalny.

Dlaczego w Polsce miałoby spotykać się to z większym zrozumieniem niż w innych krajach w regionie?

Ponieważ w innych krajach lustracja i dekomunizacja dotknęła środowisko sędziowskie w większym stopniu. Mimo że idea rządów prawa jest zakorzeniona w Europie Środkowo-Wschodniej, to tradycje sędziowskie są bardzo odmienne. W Czechach i w Słowacji prawo naturalne ma silną pozycję. Nawet jeśli coś było zgodne z zapisami prawa z czasów komunistycznych, ale naruszało prawo naturalne, to i tak można było za to sądzić. Z kolei na Węgrzech było odwrotnie – jeśli coś nie było prawem, to sądzić za to nie było można.

W Czechach i w Słowacji prawo naturalne ma silną pozycję. Nawet jeśli coś było zgodne z prawem za czasów komunistycznych, ale naruszało prawo naturalne, to i tak można było za to sądzić. Z kolei na Węgrzech było odwrotnie – jeśli coś nie było prawem, to sądzić za to nie było można

Daleko posunięty legalizm.

Legalizm, czy też, jak mówi się na to w USA, formalizm. Polska mieści się gdzieś pomiędzy tymi dwoma biegunami, może bliżej legalistycznej tradycji. Czechom ich podejście ułatwiło całkowite odnowienie środowiska sędziowskiego i umożliwiło np. karanie członków straży granicznej, którzy wykonując swoje obowiązki strzelali do osób próbujących uciec na Zachód.

Można odnieść wrażenie, że  sprawiedliwość transformacyjna jest sprzeczna z zasadą nulla poena sine lege, czyli z zasadą rządów prawa. Coś musi być więc nie tak albo ze sprawiedliwością transformacyjną albo z rządami prawa. Czy nie da się ich pogodzić?

Da się pogodzić, jeśli zrezygnuje się z sankcji kryminalnych i skoncentruje na ujawnianiu prawdy, czyli otwieraniu archiwów byłych służb bezpieczeństwa. We wspomnianej powyżej książce polecam też jako bardzo skuteczny mechanizm Komisji Prawdy i Pojednania, które funkcjonowały w Ameryce Łacińskiej i Afryce Południowej.

Podejście „naturalistyczne” pomogło Czechom przeprowadzić lustrację i dekomunizację, gdy u nas ich nie było.

Wydaje mi się, że po 1997 roku lustracja poszła w Polsce raczej sprawnie, choć oczywiście były zatory na początku. W sądach był problem, gdy Krajowa Rada Sądownictwa dostała nakaz, by się sama zlustrowała – na co odpowiedziała, że nie ma mowy. To, że w Polsce nie było lustracji i dekomunizacji środowiska sędziowskiego spowodowało, że Julia Przyłębska, która zaczęła swoją karierę w okresie PRL, mogła kontynuować ją po 1989 roku i nawet zostać prezesem Trybunału Konstytucyjnego.

Ale Julia Przyłębska nie należała do PZPR i nie współpracowała z SB. Trudno byłoby sobie jednak wyobrazić ścięcie do gołej ziemi całego sądownictwa wywodzącego się z okresu PRL, bo przecież to byli wszystko ludzie wtedy wykształceni.

Gwoli usprawiedliwienia Polski dodam, że taki sam problem pojawił się w Stanach Zjednoczonych Ameryki po wojnie o niepodległość. Kongres nawet uchwalił ustawę, pozbawiającą prawa do wykonywania zawodu sędziów współpracujących z Brytyjczykami. Niestety, to prawo zostało podważone ostatecznie przez Sad Najwyższy, ponieważ nie było wystarczającej liczby prawników. Niekoniecznie mówię, że trzeba było przeprowadzić gruntowną lustrację, ale przynajmniej gruntownie sprawdzić przeszłość osób zasiadających  w  najwyższych sądach.

Z jednej strony można zakładać, że skoro nie było lustracji i dekomunizacji, to teraz można je przeprowadzić, ponieważ ludzie potrzebują sprawiedliwości transformacyjnej. Ale z drugiej strony partia, która ma na sztandarach tego typu hasła, wybiera do Trybunału Konstytucyjnego Stanisława Piotrowicza, który był członkiem PZPR. Skoro ludziom to nie przeszkadza, to być może nie o to chodzi.

Jedną rzeczą jest być członkiem PZPR, a inną – donosić na kolegów z pracy i członków rodziny. Pan mówi o dekomunizacji, a ja o lustracji. Utrata reputacji w przypadku ujawnienia współpracy z SB jest znacznie większa niż w przypadku bycia członkiem PZPR. Wielu ludzi należało do Partii. Jeśli niechęć do osób, które współpracowały tajnie, jest większa niż do jawnych członków Partii, to brak lustracji jest potencjalnie groźniejszy dla demokracji niż brak dekomunizacji.

W Czechach i Słowacji było dużo przypadków sprawiedliwości transformacyjnej (np. lustracji i dekomunizacji). A jednak i tam mamy podobne procesy do w Polsce i Węgrzech – w Czechach też mówi się o „democratic backsliding”, czyli „cofaniu się demokracji”.

Jest wiele sposobów budowania demokracji, poczynając od tego, czy parlamenty są dwuizbowe, czy system jest prezydencki, jak wygląda trójpodział władzy. Jest też bardzo dużo sposobów na rozmontowywanie tych demokracji i powracanie do autorytaryzmu. Z zatroskaniem przyglądam się temu, co się dzieje w Czechach, ale uważam, że mechanizm jest inny. Mechanizm w Polsce jest bardzo podobny do mechanizmu na Węgrzech.

Czechom ich podejście ułatwiło całkowite odnowienie środowiska sędziowskiego i umożliwiło np. karanie członków straży granicznej, którzy wykonując swoje obowiązki strzelali do osób próbujących uciec na Zachód

Wcale nie mówię, że gdyby dekomunizacja i lustracja zostały w pełni przeprowadzone, to w Polsce nie mielibyśmy do czynienia z tym zjawiskiem. Ale być może byłoby trudniej przekonać do tych zmian. Zauważyłam, że gdy w Polsce miały miejsce kolejne zmiany w sądownictwie, opinia publiczna bardzo wolno uczyła się tego, do czego są w ogóle sądy, jak one działają, co robi Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy. Trudno jest ludzi zachęcić do protestowania przeciwko szkodliwym zmianom, jeśli ludzie nie rozumieją, na czym one polegają.

A może byłoby równie trudno, ponieważ zarzuty wobec środowiska sędziowskiego nie dotyczą wielu kwestii, np. zbytniej elitaryzacji?

Środowisko sędziowskie jest wszędzie konserwatywne i elitarne, ponieważ jest dobrze wykształcone. Zarzut, że sędziowie są elitarni, wybrani drogą niedemokratyczną, czy przemawiają ex cathedra, jest dość uniwersalny na świecie. Myślę, że to by nie wystarczyło. Rozmontowanie systemu sądowniczego jest łatwym sposobem na stopniowe przechodzenie do systemu autorytarnego. Mój kolega na wydziale, Zhaotian Luo, i Adam Przeworski nazywają to „authoritarian backsliding by stealth”, czyli zbliżanie się niepozornymi krokami do autorytaryzmu.

Taki sam problem pojawił się w Stanach Zjednoczonych Ameryki po wojnie o niepodległość. Kongres nawet uchwalił ustawę, pozbawiającą prawa do wykonywania zawodu sędziów współpracujących z Brytyjczykami. Niestety, to prawo zostało podważone ostatecznie przez Sad Najwyższy, ponieważ nie było wystarczającej liczby prawników

Dlaczego obywatelom to nie przeszkadza? Przecież nawet jeśli potraktujemy zmiany w systemie sądowniczym jako pewną formę odłożonej dekomunizacji, to jest to walka z ludźmi, a nie z tym, co stanowiło o istocie systemu sądowniczego w PRL. Uzależnianie go od władzy wykonawczej czy decyzji partyjnych raczej przybliża nas – przy zachowaniu wszelkich proporcji – do tego, jak wyglądała w praktyce niezależność sędziowska za komunizmu, niż oddala.

Przeszkadza, ale nie na tyle aby przeważyć użyteczność „500 plus” i innych bonusów płynących z głosowania na PiS.

Można odnieść wrażenie, że pojęcie praworządności przeżywa pewien kryzys w Polsce. Albo nie jest ona traktowana jako ważna wartość, albo rozumiana jest przez zwolenników poszczególnych ugrupowań tak różnorodnie, że trudno jest mówić o konsensusie wokół tego pojęcia. Może z samą praworządnością jest coś nie tak, może należałoby ją na nowo rozumieć? Jak przywrócić jej znaczenie?

Poprzez edukację do demokracji, poprzez uczenie wartości liberalnych w szkole od najmłodszych lat. W USA nawet siedmiolatki maja pojęcie na temat tego czym jest konstytucja. Uczmy się na starszych, wypróbowanych przykładach.

politolog, wykłada na University of Chicago. W swoich badaniach skupia się na sprawiedliwości transformacyjnej, partiach politycznych i władzy ustawodawczej oraz stosowaniu teorii gier do politologii porównawczej, zwłaszcza w odniesieniu do postkomunistycznych państw europejskich. Autorka książki „Skeletons in the Closet: Transitional Justice in Post-Communist Europe”.
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem", "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku" oraz "Mała degeneracja". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz