Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Białoruś, czyli masa upadłościowa

Zbudowane przez Łukaszenkę postsowieckie państwo właśnie wchodzi w stan upadłości. Bez reform, których reżim nie chce – bankructwo jest nieuchronne. Kiedy to nastąpi, masę upadłościową najprawdopodobniej przejmie Moskwa

O co toczy się gra między Mińskiem a Moskwą? Aleksiej Wieniediktow, szef stacji radiowej Echo Moskwy, w grudniu ubiegłego roku przeprowadził długi wywiad z Alaksandrem Łukaszenką, odsłaniający kulisy negocjacji w sprawię „pogłębienia” integracji Białorusi i Rosji. Dziennikarz ujawnił, że w trakcie rozmowy białoruski prezydent zdradził powody swego sprzeciwu wobec całego planu. Miało pójść o to, że spodziewał się co najmniej funkcji wiceprezydenta nowego państwa, a otrzymał propozycję objęcia funkcji spikera Dumy, co było zdecydowanie poniżej jego aspiracji.

Jeśliby te informacje potwierdziły się, to mielibyśmy odpowiedź na pytanie postawione na początku. Niepodległościowa narracja, w której zagustował w ostatnich miesiącach Alaksandr Łukaszenka, byłaby jedynie czymś w rodzaju licytacji, mającej na celu podniesienie własnej wartości w oczach Kremla przed powrotem do stołu rokowań, które mają, o czym mówił niedawno białoruski ambasador w Moskwie, Władimir Siemaszko, znów zacząć się jesienią, czyli po wyborach prezydenckich.

W kategoriach wstępu do negocjacji, czy raczej zakreślenia swego stanowiska, trzeba też traktować słowa tego ostatniego, że pierwotna propozycja integracyjna Moskwy sprowadzała się do przekazania 95% pełnomocnictw „na wyższy poziom”, co w gruncie rzeczy równałoby się „podniesieniu rąk do góry”. Na zachętę Mińsk może dostać 500 mln dolarów kredytu, który Łukaszenka zaczął właśnie negocjować z rosyjskim Sbierbankiem.

Zagrożenie Majdanem, które rośnie na Białorusi w obliczu wyraźnie manifestowanego przez społeczeństwo niezadowolenia z rządów Łukaszenki, będzie wpychało reżim w objęcia Moskwy. Tym bardziej, że Unia Europejska już zagroziła nową falą sankcji

Scenariusz białoruskich władz na wybory jest już jasny. Początkowo dały się one zaskoczyć pojawieniem się trzech poważnych i konkurencyjnych kandydatów (Siarhiej Cichanouski, Wiktar Babaryka i Waleryj Cepkała), ale szybko przeszły do kontrofensywy. Cichanouski nie mógł zarejestrować swej kandydatury, bo znalazł się w areszcie, a kampania jego żony, kandydującej w zastępstwie męża, zaczęła kuleć po tym, jak został on ponownie, tym razem na dłużej, aresztowany w wyniku dość bezczelnej prowokacji z udziałem ściągniętej z Mińska do Grodna prostytutki. Los Cichanouskiego podzieliła duża liczba jego współpracowników. Z Wiktarem Babaryką sprawa była trudniejsza, bo to kandydat o znacznie poważniejszej pozycji. Mińsk obawiał się, że uderzenie w byłego prezesa banku, który należy do Gazpromu, wzbudzi gniewne pomruki w Moskwie. Ale kiedy okazało się, że Kreml nie będzie interweniował, powołany do zmienionego przez Łukaszenkę rządu generał KGB Iwan Tertel przystąpił do działania. W efekcie Babaryka oraz kierujący jego kampanią syn Edward, a także wielu współpracowników z czasów, kiedy kierował on bankiem, zostało aresztowanych. Niewykluczone, że jego kandydatura zostanie zarejestrowana, ale kampanii nie będzie mógł prowadzić. Podobnie jak Cepkała, którego kandydatury władze najprawdopodobniej nie zarejestrują, kwestionując zebrane przez sztab podpisy (dostarczono ich 160 tys. wobec wymaganych 100 tys.) W międzyczasie władze odrzuciły większość wniosków partii i ruchów obywatelskich, w tym działających na rzecz sztabu Babaryki, których przedstawiciele chcieli zasiadać w komisjach wyborczych. Oznacza to, że będziemy mieli do czynienia z wyborami w stylu lat poprzednich, kiedy oficjalne wyniki, najdelikatniej mówiąc znacznie odbiegały od społecznych nastrojów.

Teraz tylko skala fałszerstw i manipulacji będzie większa. Badania przeprowadzone w internecie wskazują, że wśród jego użytkowników poparcie dla Łukaszenki niewiele przekracza 3% (Babaryka ma ponad 50%). Inne sondaże, których wyniki przeciekły do opinii publicznej, wskazują, że urzędujący prezydent może liczyć na 20-25% głosów. Nie przeszkodzi to jednak – jak można sądzić z wielu publicznych deklaracji Łukaszenki, który mówi wprost, że władzy nie odda – w przeprowadzeniu głosowania według własnego scenariusza. Zagrożenie Majdanem, które rośnie na Białorusi w obliczu wyraźnie manifestowanego przez społeczeństwo niezadowolenia z rządów Łukaszenki, będzie wpychało reżim w objęcia Moskwy. Tym bardziej, że Unia Europejska już zagroziła nową falą sankcji, o ile głosowanie 9 sierpnia nie będzie przebiegało w zgodzie z demokratycznymi standardami, a sytuacja gospodarcza ulega szybkiemu pogorszeniu. Łukaszenka ratuje się zaciąganiem kolejnych kredytów i plasowaniem obligacji na europejskim rynku (pod koniec czerwca rząd pożyczył 1,25 mld dolarów), ale już teraz obsługa zadłużenia zagranicznego, nie mówiąc o spłacie, kosztuje statystyczną białoruską rodzinę złożoną z 4 osób rocznie 600 dolarów, a to niemało w kraju, w którym średnia pensja miesięczna wynosi poniżej 500 dolarów.

Zbudowane przez Łukaszenkę postsowieckie państwo bezpieczeństwa socjalnego właśnie wchodzi w stan upadłości. Bez reform, których reżim nie chce – bankructwo jest nieuchronne. Kiedy to nastąpi, masę upadłościową najprawdopodobniej przejmie Moskwa, choć młodzi i aktywni wybiorą zapewne emigrację.

historyk i manager. Obecnie pracuje w prywatnym biznesie. Wcześniej dziennikarz. Publikował na łamach m.in. „Życia”, „Nowego Państwa”, „Wprost”, „Życia Gospodarczego”, „Rzeczypospolitej”. Członek kolegium redakcyjnego „Polityki Polskiej” oraz „Kwartalnika Konserwatywnego” (1997-2000). W latach 1997-2001 doradca ministra Szefa Kancelarii URM oraz ministra finansów.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz