Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Bezsensowna praca przynosi rozpad i śmierć. Jak uratować świat od entropii?

Zbudowaliśmy system gospodarczy i technologiczny, który aktywnie produkuje entropię – proch, nicość, śmierć. Istnieje wyjście z tej sytuacji

Praca w naszej epoce stała się procesem generującym śmierć.

Potencjalnie – jest ona tworzeniem, budowaniem, nadawaniem sensu. W wyniku pracy mogą powstawać różne rzeczy, dobre i niedobre, ale zawsze zawiera ona możliwość tego, co francuski filozof Bernard Stiegler nazywa zbiorową samorealizacją – wspólnego uczenia się, zmieniania świata na lepsze.

Nowe amerykańskie sondaże wskazują na poziom wypalenia (95% pracowników rozważa odejście ze swojego miejsca pracy), który już nawet nie jest alarmujący – to dziejąca się na naszych oczach katastrofa

A jednak dziś ten potencjał często nie jest realizowany. Badacze stwierdzają zastraszająco wręcz wysoki poziom alienacji pracy we współczesnym świecie. Antropolog David Graeber używa dobitnego określenia – bullshit jobs („gównopraca”, w polskim oficjalnym tłumaczeniu – „Praca bez sensu”). Opisuje miejsca i warunku pracy, gdzie odbywa się aktywność nie tylko bez sensu, ale wręcz czynnie szkodliwa działalność z punktu widzenia ludzkiej duszy i godności. Profesor zarządzania, Peter Fleming natomiast mówi – z całą świadomością grozy tej metafory – że współczesne miejsce zatrudnienia zorganizowane jest na kształt obozu pracy. Ludzie nienawidzą swojej pracy, czują się nieszczęśliwi i ubezwłasnowolnieni, nie identyfikują się z nią, nawet jeśli jest stałym etatem – co jest zresztą coraz rzadszym zjawiskiem. Złe zarządzanie odbiera sytuacji pracy sens, wysysa wiedzę i możliwość nadania pracy przez pracownika jakiegokolwiek osobistego rytmu, sensu, kształtu. Badania mówią o wysokim stopniu demoralizacji pracowników różnych branż, także tych, którzy do niedawna uważani byli za „samodzielnych profesjonalistów”. Nowe amerykańskie sondaże wskazują na poziom wypalenia (95% pracowników rozważa odejście ze swojego miejsca pracy), który już nawet nie jest alarmujący – to dziejąca się na naszych oczach katastrofa. Być może łatwiej ją zrozumieć – i ogarnąć jej grozę – gdy pomyślimy o niej w kategoriach entropii.

Kiedy praca przynosi nicość

Bernard Stiegler opisuje świat w kategoriach mniej lub bardziej złożonych systemów – całości składających się z elementów będących w różnych relacjach ze sobą, lecz niedających się sprowadzić tylko do swoich części. Całość to więcej niż suma części – jak głosi maksyma wyprowadzana od Arystotelesa. Jednak systemy, zwłaszcza otwarte, wchodzące w interakcje z otoczeniem – potrzebują energii do przetrwania. W trakcie tych interakcji system traci energię. To zjawisko znane jest jako entropia.

To dynamika kreująca nieporządek, w którym energia jest zużywana i nieodwracalnie tracona. Powoduje ona utratę złożoności i różnorodności, a w końcu – śmierć systemu poprzez wyczerpanie, pozbawienie potencjału odnowy. Entropia jest procesem nieodwracalnym. We współczesnym świecie – także tym społecznym i gospodarczym – jej procesy, jak głosi Stiegler, nasilają się. Doświadczamy ich powszechnie i niemal codziennie. W czasie pracy niemal każda i każdy z nas aktywnie produkuje entropię – proch, nicość, śmierć.

Jak to możliwe w działaniu tak ze swej natury twórczym, jakim jest ludzka praca? Jej twórcza dynamika zawiera w sobie dwa wymiary: otium (produktywny czas wolny) i negotium (sprawy światowe, interesy). Praca buduje nowe wartości o tyle, o ile zawiera w sobie wkład ludzkiej wiedzy i doświadczenia, rodzące się w otium. Stiegler argumentuje, że ten pierwszy wymiar został całkowicie poddany i włączony w ten drugi, w negotium. Stało się to możliwe dlatego, że za organizację pracy coraz częściej odpowiadają algorytmy, wykorzystywane przez potężne i wydajne maszyny liczące. Algorytmy wszystko upodabniają do siebie, czynią masowym i powtarzalnym – poprzez parametryzację, przeliczanie („przemiał”) na pozbawione treści jednostki numeryczne – a jednocześnie pozbawionym wewnętrznych więzi. To jest sama istota entropii.

Najlepszy prorok to taki, którego przepowiednie się nie sprawdzają – bo ludzie biorą je sobie do serca i zaczynają działać inaczej

W takich warunkach nihilizm przestał być jedynie filozofią, ale stał się strukturalną przypadłością naszej cywilizacji ekonomicznej i technologicznej. Świat choruje na nihilizm. Dlaczego niektóre rzeczy w ogóle się dzieją, czemu je ludzie robią? Zastanawiamy się często z przyjaciółmi przy kawie, jak to jest możliwe, kto i w imię czego podejmuje decyzje o wycince drzew, o betonowaniu placów, niszczeniu zabytków, o dewastacji wszelkich więzi i rabunku dobra wspólnego? To na pewno się komuś opłaca, ale często sprawia wrażenie, jakby było robione na zasadzie „bo tak”.

Jednocześnie coraz częściej na szczytach struktur społecznych pojawiają się mniejsze i większe postaci – swego rodzaju liderzy chaosu, których nazywam surferami entropii. Te osoby czasami promowane są przez różne ośrodki władzy, ale są też nieraz wybierane w demokratyczny sposób. Charakteryzują się tym, że czynnie uczestniczą w procesie rozpadu. Wygłaszają najczarniejsze, najbardziej odrażające prognozy przyszłości – i mówią, że należy się do nich dostosować. Na tym ich zdaniem polega dojrzałość (podczas gdy psychologia społeczna mówi, że dojrzałość to zdolność to poświęcania niektórych celów i ambicji dla ważnych przyjętych przez siebie wartości). Roztaczają ohydne wizje – i za to uzyskują swoją prawomocność jako liderzy. W świecie surferów entropii ci, którzy proponują alternatywne rozwiązania, są deprecjonowani jako idealiści i nazywani niedojrzałymi. Na lidera nadaje się ten, który głosi, że roboty zabiorą pracę, że nie będzie już czasu wolnego, że wszystko będzie się rozliczać indywidualnie na platformach, że koniec z umowami o pracę. Prorok prochu i czarnej dziury w tym świecie budzi respekt. Nie czyni tego żaden Mahatma Gandhi, żadna Joanna d’Arc – mogą być wśród nas, ale nie dowiemy się tego, bo wizja, jaką promuje kultura nihilizmu, nie pozwala nam ich zobaczyć. Lider to nie jest człowiek, jaki by nie był charyzmatyczny – to rola społeczna osadzona w wartościach kultury. Dlatego obecnie wypływają postaci, które 10, 20, 50 lat temu nie miałyby absolutnie żadnych szans. To jest ich 5 minut, to jest ich ekosystem. Nie podaję przykładów, bo każda i każdy z nas zna ich aż nadto wiele. W systemach żywych, znajdujących się w analogicznej sytuacji, też istnieją organizmy pełniące podobną rolę – i nie są nimi ani orły ani lwice.

Trzeba jednak zaznaczyć, że nie każdy, kto prorokuje negatywne scenariusze, jest surferem entropii. Czasem to ostrzeżenie. Najlepszy prorok to taki, którego przepowiednie się nie sprawdzają – bo ludzie biorą je sobie do serca i zaczynają działać inaczej. Dobry prorok to ktoś, kto poczuwa się do odpowiedzialności, by ostrzegać przed złem (nawet jeśli takich jest bardzo mało, więcej jest Kasandr niż Janów Chrzcicieli). Od surfera entropii najłatwiej go odróżnić po owocach – to ten, kto mówi o możliwych złych scenariuszach, ale z troski o świat – i nie ma z tego żadnych prywatnych korzyści. Surfer entropii czerpie ze swoich deklaracji władzę i ziemskie dobra.  A przede wszystkim różni się od proroka sposobem, w jaki je ogłasza. Ktoś troszczący się o świat ostrzega, przekonuje, by się obudzić i nie iśc tą drogą. Mówi, że nie jest to dla nas dobre, że możemy inaczej. Surfer ogłasza je normatywnie, na ogół od razu z komentarzem, że trzeba się dostosować do tych przemożnych trendów i nauczyć się z nimi żyć, nawet jeśli na samą myśl żyć się odechciewa – lub gdy prowadzą do zagłady wspólnej planety.

Przeciw entropii

Francuski ekonomista Benjamin Coriat widzi nasze czasy jako epokę rozpadu żywego ekosystemu wywołaną przez działalność człowieka. Określenie „antropocen”, „epoka człowieka” jest kontrowersyjne, ale jego istota jest aż nazbyt widoczna: przyczyną zmian klimatycznych i pandemii jest szalejąca grabież planety. Jednak fakt, że jest to w jakiś sposób jednak „epoka człowieka” daje cień nadziei. Coriat twierdzi w swoich najnowszych publikacjach, że nie jesteśmy pozbawieni rozwiązań w obliczu antropocenu. Musimy zacząć rozwiązywać problemy naprawdę „po ludzku” – dbać o dobro wspólne, bronić go. Powinniśmy zacząć od wielkiego globalnego dobra naturalnego: lasów, biegunów, mórz itp., ale nie poprzestać na tym, lecz budować i troskliwie zarządzać organizacjami dobra wspólnego. Inny sposób życia na świecie umożliwi zarówno opanowanie katastrofy klimatycznej, jak zapobieganie epidemiom, jak przywrócenie pracy ludzkiej sensu a ludziom – dobrego życia jako części ich imaginarium i świata doświadczanego.

Organizacje (m.in. przedsiębiorstwa, organizacje pozarządowe, kościoły itp.) mogą zatem zarówno przyczyniać się do entropii, jak i mogą być nadzieją na ratunek. Rozwiązywanie problemów „po ludzku”, troskliwe zarządzanie dla dobra wspólnego, o którym pisze Coriat, to w języku podejścia systemowego negentropia. Według Erwina Schrödingera to właściwość organizmów żywych polegająca na odrywaniu się od dynamiki rozpadu i dezorganizacji. Negentropia jest charakterystyczną cechą systemów żywych. Kiedy organizmy się formują, budują potencjał – porządek, który obala i opiera się entropicznemu dryfowi w kierunku chaosu. Życie rozwija sposoby, aby powstrzymać śmierć i dezintegrację.  To – według holenderskiego badacza zarządzania Hugo Letiche’a – pomysły i idee, które dają nam energię i nadzieję, coś rzadkiego, innego, co aż dziw, że istnieje.

W świecie społecznym różnorodność przejawów kultury i świadomości jest równie ważna jak bioróżnorodność w ekosystemie

Alternatywa dla rozpadu

Negentropia jest szansą także dla wielkich systemów społecznych – wszakże również są to systemy żywe, choć wybitnie złożone.  Jak to możliwe w praktyce? Negentropii nie muszą wprowadzać – i na ogół nie wprowadzają – trendy i zjawiska centralne, najbardziej widoczne, lecz to, co dzieje się na marginesie. W naszych czasach marginesy te są odcinane i niszczone, lecz jednak mimo to zdarzają się działające fenomeny, które aż zadziwiają swoją żywotnością. W świecie organizacji i zarządzania są to tak zwane organizacje alternatywne, które bada obecnie bardzo wiele osób, z niżej podpisaną włącznie – badamy je empirycznie, a więc one istnieją naprawdę.

Są to różne pod względem statusu i formy organizacje, zdarzają się wśród nich spółdzielnie, małe firmy rodzinne, organizacje nieformalne, stowarzyszenia, fundacje. Nie zdarzają się wśród nich nigdy wielkie korporacje, organizacje zarządzane na zasadach shareholder value (wartość dla akcjonariuszy, na ogół bezosobowych i anonimowych funduszy inwestycyjnych, która ma być dostarczana inwestorom-właścicielom kapitału). Nie są duże ani dominujące, ale istnieją. Co więcej, praca tam daje satysfakcję, przynosi zadowolenie, przyczynia się do zacieśniania i budowania więzi społecznych. Można je określić mianem organizacji dobra wspólnego. Według definicji Benjamina Coriata, charakteryzują się współwystępowaniem trzech elementów: po pierwsze, ich zasoby są współdzielone przez społeczność w mniejszym bądź większym zakresie; po drugie – obowiązki i zobowiązania dla dobra wspólnego wiążą uczestników; po trzecie – zarządzanie oparte jest na wspólnych obowiązkach i prawach. Firma rodzinna mieści się w tym ujęciu o tyle, o ile pracownicy mają udziały we własności lub prawo do zawłaszczania swoich stanowisk pracy. Spółdzielnia mieści się w nim wręcz idealnie.

Organizacje silnie zarządzane będę konkurować ze sobą aż do entropijnej śmierci

Wracając do języka i imaginarium systemowego Bernarda Stieglera, angażowanie energii w takie organizacje może przynieść nam negantropocen, czyli wyjście z nihilizmu i entropii antropocenu poprzez nowy poziom uwagi i odpowiedzialności. Przede wszystkim organizacje te są odmienne od głównego nurtu, a do tego różnorodne wewnętrznie – a wszystko, co zwiększa różnorodność systemu zapobiega entropii. W świecie społecznym różnorodność przejawów kultury i świadomości jest równie ważna jak bioróżnorodność w ekosystemie. Nadzieję przynosi coś, co jest niespodziewane, nieprawdopodobne, inne, niezgodne z dominującymi schematami. Poza tym organizacje te, mając inne cele niż ciągły wzrost gospodarczy i nieustanną produktywność, dają nadzieję na stworzenie żywotnej i bardziej ekologicznej alternatywy dla obecnego systemu. Przełom – kiedy przyjdzie –  będzie systemowy, ale szansa nań może pojawić się nie za sprawą decyzji na najwyższych szczeblach (kto miałby je podejmować? surferzy entropii?), ale poprzez oddolne otwarcie okien na inne energie – poprzez działania zorganizowane na marginesach. Pierwszym niezbędnym krokiem do tego jest Stieglerowska dekomodyfikacja uwagi. Oznacza to uważną świadomość poza systemem produkowania i konsumowania – uważne bycie, niebędące ani pracą ani odpoczynkiem od pracy, niemające żadnej ceny. Na sam początek – pozwólmy sobie zwątpić, nie rozumieć, nie mieć odpowiedzi, argumentuje francuski badacz zarządzania i filozof Ghislain Deslandes. Taką praktykę w strukturach organizacji Deslandes nazywa słabym zarządzaniem. Jest to filozofia zarządzania oparta na umiejętności, którą romantyczny poeta John Keats określił jako zdolność negatywną – czyli dar niekategoryzowania od razu tego, co wokół się dzieje, pozostawiania miejsca na wahanie, zwątpienie. Nie przyniesie ona sukcesu w konkurencji z zarządzaniem silnym (takim jak np. forsuje Amazon, Uber czy chiński przemysł) – organizacje silnie zarządzane będę konkurować ze sobą aż do entropijnej śmierci. Natomiast przyniesie coś zupełnie innego – nadzieję na inną przyszłość, na zbudowanie innego wielkiego systemu społecznego, który też będzie miał swoje słabości i kiedyś zacznie się rozpadać ale odsunie od nas nieuchronność natychmiastowego rozpadu, zniszczenia biosfery, odsunie dynamikę entropijnej śmierci. „Sukces – to przeżyć” mawiał Leonard Cohen. To o wiele głębsze przesłanie, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Naprawdę jest sukcesem przeżyć jako cywilizacja, kultura, ludzkość, ekosystem planety. Nie ma większego i ważniejszego sukcesu.

Na początek – spójrzmy w niebo, zagapmy się na chmury i na ptaki. A potem spójrzmy na nasze dwie ręce. To jest na pewno pożegnanie czegoś, kogoś – a potem…

profesor tytularny nauk ekonomicznych i humanistycznych. Pracowała na licznych polskich, brytyjskich i szwedzkich uniwersytetach jako profesor nauk zarządzania. Zajmuje się m.in. badaniami wyobraźni organizacyjnej i organizatorskiej i dezalienacją pracy.

Komentarze

3 odpowiedzi na “Bezsensowna praca przynosi rozpad i śmierć. Jak uratować świat od entropii?”

  1. Marek Brzezowski pisze:

    Bardzo mądry, bardzo głęboki i bardzo ważny tekst. Rezonuje z wątpliwościami, które od dłuższego czasu nurtują mnie w odniesieniu do współczesnej cywilizacji. Możliwe, że trochę jak chrześcijaństwo dwa tysiące lat temu zaczynają się samorodnie tworzyć komórki nowej organizacji społeczeństwa. Społeczeństwa mniej zhierarchizowanego, mniej piramidalnego. I będą one funkcjonowały niejako obok głównego nurtu. Możliwe nawet, że ów główny nurt podejmie próby aktywnej walki z tym ruchem. Ale zapewne sam ostatecznie się wypali, może w sposób dosyć gwałtowny. Być może dożyliśmy czasów, kiedy poczwarka obecnej cywilizacji musi obumrzeć, by mógł narodzić się motyl bardziej przyjaznego porządku społecznego?
    Bardzo za ten tekst dziękuję.

  2. Musoniusz pisze:

    Tekst dotyka ważnego problemu, jednak efektowna terminologia jest użyta w sposób zaciemniający meritum. Nie jestem w stanie dopatrzyć się entropii w tej “entropii”.

    Autorka pisze:
    “Algorytmy wszystko upodabniają do siebie, czynią masowym i powtarzalnym – poprzez parametryzację, przeliczanie („przemiał”) na pozbawione treści jednostki numeryczne – a jednocześnie pozbawionym wewnętrznych więzi. To jest sama istota entropii.”

    Oczywiście można uznać że algorytmy wyjaławiają nas z pewnego rodzaju treści, jednak ciężko uznać że wynik ich pracy jest istotą entropii, jakby nie patrzeć jest to porządkowanie, kategoryzowanie, wynikiem jest konkret (bezduszny, ale konkret). To raczej przeciwieństwo entropii, rozumianej jako chaos, rozproszenie, nieuporządkowanie. Podejrzewam że kiedy mowa tutaj o entropii chodzi zwyczajnie o to, że ludzie zużywają dużo energii na rzeczy, w ocenie autorki (tutaj zdanie podzielam), bezsensowne czy wręcz szkodliwe.

    Osobiście, przyczyn problemu dopatruję się raczej w optymalizacji i ewolucji tej optymalizacji, czyli w procesach raczej porządkujących niż zwiększających entropię. W poczuciu dużej części ludzi praca nie jest bezsensowna jeśli przynosi zysk. Zysk jest wartością nadrzędną (niestety), i optymalizując proces pracy pod kątem maksymalizacji zysku często dochodzimy do punktu, w którym praca przestaje mieć “ludzki”, “przyzwoity” sens. Algorytmy na pewno ten proces ułatwiają, bo pozwalają wprowadzać zmiany bezrefleksyjnie, pod zasłoną zimnej, nieomylnej kalkulacji maszynowej.

    Jeśli chodzi o “wycinkę drzew, o betonowanie placów, niszczenie zabytków, o dewastację wszelkich więzi i rabunek dobra wspólnego”, niestety obawiam się że “bo tak” jest bardzo rzadko spotykanym powodem… Najczęściej to się po prostu komuś opłaca. Zwiększa zysk.

  3. Konfederatka pisze:

    Ja też dziękuję za ten tekst. Entropia jako taka, jako negatywne lecz nieuchronne zjawisko, nie jest niestety analizowana ani mierzona, choć powinna. Mamy na to wiele wiele dowodów w realnej, tzw. zielonej gospodarce/energii. Krytyczne analizy dopiero nieśmiało i na marginesach nurtów publikacyjnych zaczynają się pojawiać. Odniesienie entropii do relacji międzyludzkich i organizacyjnych w zarzadzaniu pracą – to bardzo ciekawe spojrzenie. Rozumiem, że entropia w tym obszarze to miara utraty kreatywności, pomysłowości i zdolności do inteligentnego rozwiązywania problemów przez człowieka. To daje do myślenia….
    Poza tematem: Poznałyśmy się osobiście wiele lat temu (lata 80.) , na gruncie prywatnym i przegadałyśmy razem wiele godzin, na Kasprowicza 🙂
    Gdybyś chciała odnowić kontakt ze mną – proszę daj znać, redakcja powinna mieć dostęp do moich danych. Alicja (“of Old Mill”)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz