Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Altruizm w czasach zarazy. Agape

Im wyraźniej widać, jak silna jest potrzeba solidarności w powiązanym ścisłą siatką zależności globalnym świecie, tym bardziej pogrążamy się w strategiach opartych na bezdusznym, krótkoterminowym egoizmie

Polecamy także inne teksty wokół tematu miesiąca: 

“Miłosna recesja. Eros” Jarema Piekutowski

“Jak nie zatruć patriotyzmu. Storge” Marek Wojnar

“O brataniu się z pracą. Philia” Krzysztof Sękowski

Czas poważnego kryzysu to także czas poszukiwania narracji, języka, który pozwoli wspólnocie zrozumieć, co się dzieje, uzgodnić siatkę wartości, a wreszcie podjąć  działania, dzięki którym sytuacja graniczna staje się rytuałem przejścia do nowej rzeczywistości. W przypadku trwającej pandemii COVID-19 tego języka nadal brakuje, a trwający stan zawieszenia pomiędzy starą a nową normalnością grozi postępującą erozją najcenniejszego w tej sytuacji kapitału: solidarności i zdolności do poświęceń.

W pewnym sensie społeczeństwa „utknęły” w fazie zawieszenia pomiędzy tęsknotą za „starą normalnością” a mglistą koncepcją „nowej”, niezdolne do spójnej interpretacji pandemicznego teatru zdarzeń, a co za tym idzie – wspólnego, ukierunkowanego  na przyszłość wysiłku

Rok po ogłoszeniu przez WHO pandemii COVID-19 nikt nie ma wątpliwości co do doniosłości tego zdarzenia – nie tylko w wymiarze biologicznym, ale i społecznym. Zarazem nadal nie widać jasnej drogi wyjścia, a rozpoczęcie programów masowych szczepień w wielu krajach zamiast stać się punktem zwrotnym wręcz pogłębiło społeczną niepewność, nie tylko (a nawet nie tyle) z powodu poziomu zaufania do nowych technologii, ale także – samej dynamiki pandemii i pojawiania się nowych wariantów patogenu, zdolnych potencjalnie wymknąć się szczepionkom. W pewnym sensie społeczeństwa „utknęły” w fazie zawieszenia pomiędzy tęsknotą za „starą normalnością” a mglistą koncepcją „nowej”, niezdolne do spójnej interpretacji pandemicznego teatru zdarzeń, a co za tym idzie – wspólnego, ukierunkowanego  na przyszłość wysiłku. Coraz bardziej deficytowym towarem staje się solidarność – czynnik o zasadniczym znaczeniu dla przyszłego kształtu poddawanych kryzysowej próbie wspólnot.

W refleksji nad społecznym wymiarem pandemii coraz częściej pojawia się ten właśnie wątek – braku ramy interpretacyjnej, która nadałaby spójność i sens doświadczeniom lockdownu, dystansowania społecznego i restrykcji oraz płynącym z nich konsekwencji w postaci samotności, niepewności jutra i rosnącego poczucia zagrożenia. W rezultacie zamiast wzrostu altruizmu, który w obliczu zmagań z chorobą zakaźną jest w gruncie rzeczy postawą pragmatyczną – trudno bowiem w pojedynkę zapewnić sobie bezpieczeństwo, gdy wszyscy wkoło chorują lub potencjalnie „roznoszą” patogen – pojawia się tendencja wręcz odwrotna, polegająca na głębokiej nieufności wobec dyskursu „heroicznego” i coraz powszechniejszym buncie przeciw nawoływaniu do poświęceń. Ten bunt przejawia się nie tylko naruszeniami obostrzeń, takimi jak ostentacyjne nienoszenie maseczek czy „nieposłuszeństwo obywatelskie” manifestowane na nielegalnych potańcówkach. Przybiera formy znacznie poważniejsze i wymagające namysłu; sceptyczne nastawienie wielu pracowników ochrony zdrowia do akcji takich, jak wiosenne „brawa dla medyków”, podyktowane było jaskrawym kontrastem pomiędzy oficjalnym „upomnikowieniem” a realnymi warunkami pracy, czasem połączonymi z całkiem licznymi aktami wynikłej z ludzkiego strachu wrogości. Fakt, że ludzie podejmujący na co dzień istotne ryzyko dla własnego zdrowia i życia w pracy dla innych unikają jak ognia wpadnięcia do szufladki bohaterów, mówi nam więcej o źródłach trudności z przezwyciężeniem obecnego kryzysu społecznego, niż wielu chciałoby przyznać.

Nieufność ta nie jest bynajmniej bezpodstawna. Stara normalność, do której powrót obiecują politycy, to nie tylko tak chętnie podkreślana prywatna sfera, uściski na przywitanie, rodzinne spotkania i imprezy masowe. To także powrót do rzeczywistości zdominowanej przez etos bezlitosności, żeby posłużyć się określeniem zaproponowanym przez Matthew Eggemeiera i Petera Fritza w ich ostatniej książce „Poślij Łazarza” (Send Lazarus). Rzeczywistości, która wytwarza nową racjonalność, premiując tych, którzy zdecydowali poświęcić się karierze czy samorozwojowi, ale nie – dobru najbliższych, o ludzkości nie wspominając. Być może przywiązanie do tych uwewnętrznionych przez większość z nas reguł świata późnego kapitalizmu jest jednym z hamulców wydłużających wspomniany na wstępie stan zawieszenia. Długie dyskusje nad odpowiedzialnością lekarzy i kształtem pandemicznej klauzuli dobrego Samarytanina pokazują, że wezwania do heroizmu to nie żadna zmiana paradygmatu.  Kto chciałby umierać za cudze egzotyczne wakacje?

Globalna gra narracjami w komunikacji publicznej od początku skupiała się na dyscyplinowaniu jednostek, postrzeganych jako „zagrożenie dla stabilności światowego rynku”, raczej niż budowaniu spójności społecznej wobec narastającego zagrożenia

Tym bardziej, że globalna gra narracjami w komunikacji publicznej od początku skupiała się na dyscyplinowaniu jednostek, postrzeganych jako „zagrożenie dla stabilności światowego rynku”, raczej niż budowaniu spójności społecznej wobec narastającego zagrożenia. W pierwszym okresie bardziej niż wirusa problematyzowano wywołany nim strach. Jedną z dominujących trosk roztrząsanych w mediach relacjonujących rozwój epidemii na całym świecie była groźba paniki, odbierającej ludziom rozum i dyktującej im irracjonalne zachowania. Miała się ona okazać groźniejsza od samej choroby, którą wówczas jeszcze powszechnie lekceważono. Świetnie punktowała to w wielu swoich wypowiedziach Deborah Coen, historyczka medycyny, pokazując, jak szeroki oddźwięk zdobywały historie takie jak ta o mężczyźnie, który zastrzelił siebie i swoją żonę podejrzewając (niesłusznie, jak się potem okazało), że oboje złapali wirusa. Media w moralizatorskim tonie relacjonowały, jak obywatele, spodziewający się nadejścia morowego powietrza, upychają w spiżarkach zapasy. W odpowiedzi portale internetowe prześcigały się w udzielaniu porad na temat zarządzania stresem. Ewentualny czas kwarantanny malowano jako szansę na pogłębienie więzi z domownikami i odrobienie zaległości w relacjach z dziećmi. Jak zauważała Coen, niezależnie od tego, czy przywoływano przypadek przemocy domowej, czy wykupienia hurtowych zapasów papieru toaletowego, przesłanie było jasne i konsekwentne: to nasze emocjonalne reakcje na kryzys były podejrzane. Bardziej niż sam kryzys.

Dopóki SARS-CoV-2 jawił się jako przejściowe zagrożenie, trochę bardziej uciążliwa grypa,  coś z czym ludzkość – a na pewno świat zachodni – poradzi sobie w perspektywie tygodni lub miesięcy, dopóty starano się tę pozornie chwilową anomalię wpisać w wyświechtane scenariusze charakterystyczne dla późnej nowoczesności, w których moralna doniosłość  łączy się swobodnie z niezobowiązującym charakterem wysuwanych twierdzeń. W buzujących życiem knajpach dyskutowano o nieuchronnej katastrofie ekologicznej i karze, jaka spotyka właśnie ludzkość za naruszenie naturalnego habitatu zwierząt. Z oburzeniem i wzgardą roztrząsano mokre targi, na których zagrożone gatunki padały ofiarą niepohamowanej konsumpcji. Osoby o zacięciu geopolitycznym mogły nad kubkiem kawy ze znaczkiem sprawiedliwego handlu dowodzić, że „chiński wirus” jest określeniem rasistowskim, a lęk przed wirusem jest emanacją obaw przed globalną dominacją Państwa Środka. Głośno zastanawiano się, czy warto zamykać granice i zamrażać gospodarkę, by ratować staruszków. I tak najgorszy los miał spotkać Afrykę, nad której nieuchronnie marnym położeniem użalały się alarmistyczne artykuły w czołowych pismach medycznych.

W Europie zmiana tonu nastąpiła wraz z przeciążeniem szpitali w Lombardii. Państwa wysokorozwinięte przekonały się, że nie są tak odporne, jak się tego spodziewały, a problem braku elementarnych zabezpieczeń, takich jak stroje barierowe dla medyków, to nie tylko wspomnienie z misji medycznej w kraju trzeciego świata. Rozpoznanie doniosłości tego zjawiska dokonało się w różnym czasie w różnych miejscach (a nawet w różnych grupach społecznych), jednak transformacji tej towarzyszyła niemal uniwersalnie radykalna zmiana narracji, uruchomienie arsenału wojennych metafor w walce z wirusem, a także namaszczenie bohaterów i bohaterek tego boju: przede wszystkim medyków, a także grup tzw. kluczowych pracowników, niezbędnych do codziennej obsługi branż, bez których trudno byłoby funkcjonować. Powstała więc dość zróżnicowana grupa kandydatów do heroizmu, obejmująca m.in. pracowników sklepów, firm sprzątających, sieci energetycznych, czy transportu publicznego. Wszyscy dość szybko mogli się przekonać, że oficjalne uznanie łatwo obraca się w pustą monetę, jest werbalną rekompensatą podwyższonego ryzyka, za którą niekoniecznie podąża troska o dobrostan, o rekompensacie finansowej nie wspominając. Ba! To na wielu tych pracowników zrzucono obowiązek pilnowania obostrzeń, narażając ich na konflikty z własnymi klientami.

W rezultacie nie doszło do pełnego uruchomienia oddolnego potencjału społecznego, jakim są zachowania altruistyczne, ich rytualizacji, która wedle szkockiej socjolożki kultury Lisy McCormick zwykle towarzyszy przezwyciężaniu sytuacji określanej jako kryzysowa. Badaczka, analizując sytuację w Wielkiej Brytanii, posłużyła się teorią dramatu społecznego Turnera by pokazać, że wytworzenie poczucia pilności i bezprecedensowości sytuacji, wzmocnione na Wyspach PR-owymi nawiązaniami budującymi analogię pomiędzy walką z wirusem a II wojną światową, zadziałało na krótką metę. O ile wiosną metafory wojenne uruchomiły wzorce solidarnych zachowań, co znalazło wyraz choćby w masowych zgłoszeniach ochotników gotowych wesprzeć Narodowy Fundusz Zdrowia (NHS), o tyle jesień przyniosła zmęczenie i poluzowanie dyscypliny społecznej. Przyczyn takiego stanu rzeczy autorka upatruje w chaosie organizacyjnym rządowej odpowiedzi na kryzys zdrowia publicznego, która daleka była od wyobrażeń o dobrze zorganizowanej operacji militarnej. Co gorsza, nadmierna pewność siebie i ostentacyjne zapewnianie o panowaniu nad sytuacją obróciły się szybko przeciw rządowi, a metafory wojenne okazały się mieczem obosiecznym.  Media szybko podchwyciły głosy lekarzy porównujących personel medyczny pozbawiony dostępu do testów i maseczek do „żołnierzy wysyłanych na wojnę bez hełmów”. Podobne zjawiska zaobserwować można było w Polsce i innych krajach Europy.

Kurczące się zasoby zaufania dodatkowo uszczupla nasilające się zjawisko szczepionkowego nacjonalizmu

Według Beryl Pong retoryka wojenna może być pomocna w zarządzaniu pandemicznym niepokojem, ponieważ chwilowa niepewność jest centralnym doświadczeniem czasu wojny – zakładamy, że wojna się skończy, ale nie wiemy kiedy i jak, więc żyjemy w zawieszonej teraźniejszości. McCormick zauważa jednak, że nie wystarczy, by władze publiczne wprowadziły wojenne ramy interpretacyjne, które nadały sens pandemii, gdyż nie podejmując swojej roli w tak zarysowanym scenariuszu bitwy, de facto roztrwoniły symboliczną moc tej metafory; jak w przypadku każdej wojny, o wiele łatwiej jest ją wypowiedzieć, niż doprowadzić do jej ostatecznego zakończenia.

Kurczące się zasoby zaufania dodatkowo uszczupla nasilające się zjawisko szczepionkowego nacjonalizmu. Pojawienie się szczepień przeciw COVID-19 stało się dla wielu państw nadzieją na powrót do normalnego funkcjonowania, a dla polityków – okazją do zatarcia złego wrażenia po roku trudnych, często społecznie kontrowersyjnych decyzji i mniej lub bardziej nieuchronnych porażek. Tak szybki sukces połączonych sił nauki, państw, które zainwestowały w nowe technologie i sektora prywatnego, który wprowadził je na rynek,   teoretycznie dawał szansę na nowe otwarcie. Harmonia nie trwała jednak zbyt długo. Wyścig szczepionkowy, porównywany czasem do wyścigu zbrojeń podczas zimnej wojny, okazał się bardzo realny, a nie tylko retoryczny. Trudności z produkcją na tak masową skalę wywołały konflikty międzynarodowe o pierwszeństwo dostępu i podział ograniczonej liczby dawek.  Rozpoczęcie programów masowych szczepień w wielu krajach zamiast stać się punktem zwrotnym, przyczyniło się wręcz do wzrostu niepokojów. Trudności Unii Europejskiej w zapewnieniu odpowiedniej do potrzeb podaży szczepionek stanowią silną pożywkę do wzrostu tendencji odśrodkowych, gdyż w obliczu świecących pustkami magazynów na plan dalszy schodzą kwestie takie, jak negocjacje cenowe czy skala odpowiedzialności producentów. W jeszcze trudniejszej sytuacji znajdują się kraje rozwijające się, które domagają się podjęcia zdecydowanych kroków i uwolnienia patentów, oskarżając państwa bogate o swoistą „obronę rynku przed ludźmi” i stawianie praw patentowych przed prawami pacjentów. Nakłada się na to dynamika samej pandemii, w tym niepokoje związane z nowymi wariantami patogenu, potencjalnie zdolnymi wymknąć się szczepionkom.

To jest być może największy paradoks trwającej pandemii: im wyraźniej widać, jak silna jest potrzeba solidarności w powiązanym ścisłą siatką zależności globalnym świecie, jak zadziwiająco praktyczny byłby teraz altruizm, realizacja bezwarunkowej miłości – agape, tym bardziej pogrążamy się w strategiach opartych na bezdusznym, krótkoterminowym egoizmie.  Oby chwilowo.

 

Polecamy także inne teksty wokół tematu miesiąca: 

“Miłosna recesja. Eros” Jarema Piekutowski

“Jak nie zatruć patriotyzmu. Storge” Marek Wojnar

“O brataniu się z pracą. Philia” Krzysztof Sękowski

 

Współpracownik „Nowej Konfederacji”, ekspert ds. zdrowia, kierownik Zakładu Dydaktyki i Symulacji Medycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz