Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

5G zamiast rakiet

Najważniejszą bronią pierwszej wojny światowej były karabiny i armaty, drugiej – czołgi i samoloty. W trzeciej miały to być rakiety balistyczne – ale może się okazać, że w tej roli wystąpi… technologia 5G. Co więcej, może ta wojna już trwa, a my po prostu przegapiliśmy jej wybuch

English version

W rozgrywającej się na naszych oczach rywalizacji stawką jest nie tylko dostęp firmy Huawei do tego czy innego rynku, i nie tylko bezpieczeństwo wrażliwych danych pana Kowalskiego, nawet jeśli (zupełnym przypadkiem) nasz Kowalski to akurat polski  minister obrony. Wynik wielkiej gry pomiędzy rządami ChRL i USA zapewne w znacznym stopniu zdeterminuje globalny układ sił politycznych, gospodarczych i  militarnych (a może i cywilizacyjnych) na resztę stulecia. Warto wobec tego przyjrzeć się wyjściowym pozycjom oraz strategii głównych antagonistów.

Zagrożony hegemon

Pierwszy z nich – do jeszcze całkiem niedawna niemal powszechnie uważany za superhegemona, którego przewaga nad resztą świata nie miała precedensu w historii ludzkości – to Stany Zjednoczone. Tę pozycję zawdzięczają kombinacji czynników historycznych (m.in. korzyściom gospodarczym i strategiczno-politycznym z rezultatów dwóch wojen światowych), geograficznych (korzystne położenie, z relatywnie bezpiecznymi granicami lądowymi, ułatwiające kontrolowanie kluczowych szlaków morskich, plus spore bogactwo ważnych strategicznie surowców i żyznej ziemi), a wreszcie społeczno-kulturowych (dynamika i innowacyjność „młodego” społeczeństwa o mentalności imigrantów-pionierów, przywiązanie do zasad wolności gospodarczej i osobistej, plus korzyści z efektywnego, liberalnego w swym duchu, modelu edukacji, wymiaru sprawiedliwości i polityki). Siłę gospodarki oraz opartą na niej siłę wojskową wypada uznać za proste konsekwencje wymienionych przewag, które (wspomagane splotem dość szczęśliwych okoliczności) pozwoliły USA (i szerzej, reprezentowanemu i promowanemu przez nie modelowi cywilizacyjnemu) odesłać w niwecz imperium radzieckie oraz przynajmniej na moment zająć wspomnianą wcześniej pozycję globalnego hegemona.

Nie od rzeczy będzie dodać do tej układanki jeszcze potęgę wywiadowczą, którą Amerykanie zaczęli doceniać stosunkowo późno (bo de facto dopiero u schyłku II wojny światowej), ale gdy wreszcie postanowili gonić w tym względzie Stary Świat, to dzięki niemal nieograniczonym zasobom finansowym oraz świetnemu zapleczu naukowo-eksperckiemu wyprzedzili go bardzo szybko

Nie od rzeczy będzie dodać do tej układanki jeszcze potęgę wywiadowczą, którą Amerykanie zaczęli doceniać stosunkowo późno (bo de facto dopiero u schyłku II wojny światowej), ale gdy wreszcie postanowili gonić w tym względzie Stary Świat, to dzięki niemal nieograniczonym zasobom finansowym oraz świetnemu zapleczu naukowo-eksperckiemu wyprzedzili go bardzo szybko. I potęgę technologiczną: te same dwa czynniki, czyli pieniądze i ludzie, rychło spowodowały, że to USA (w kontrolowanej współpracy z mniejszymi sojusznikami, jak np. Japonią) narzucały rytm wdrażania nowinek w tym zakresie, czerpiąc z tego oczywiste korzyści i multiplikując przewagi strategiczno-konkurencyjne, trochę analogicznie jak w przypadku kontroli głównych rynków finansowych czy czerpania korzyści z taniego kredytu, udzielanego Stanom przez resztę świata, używającą dolara jako waluty rozliczeniowej i rezerwowej.

Życie (polityczne zwłaszcza) nie znosi jednak stagnacji. Naiwne marzenia o ostatecznym triumfie USA (a przy okazji amerykańskiego systemu wartości, liberalnej gospodarki i liberalnej demokracji) oraz o „końcu historii” rychło diabli wzięli. Nie było specjalnym zaskoczeniem, że nowego wyzwania Ameryce nie zdoła rzucić Rosja ani islamscy radykałowie, śniący o Nowym Kalifacie.

Rzecz jasna, trzeciej wojny światowej USA nie stoczą też z Iranem.

Prawdziwe wyzwanie dla USA przychodzi bowiem ze strony Chińskiej Republiki Ludowej. Od symbolicznej (i dla Zachodu, i dla Chin) daty 4 czerwca 1989 roku – Państwo Środka, choć wciąż pod rządami „tej samej, ale nie takiej samej” partii komunistycznej, wykonało nieprawdopodobny skok jakościowy. Jego symboliczną ilustracją jest (niedoceniany i mało znany poza gronem specjalistów) incydent z roku 2006, gdy chiński okręt podwodny typu 039 Song zmylił elektroniczne systemy defensywne eskorty i niespodziewanie wynurzył się w bezpośrednim sąsiedztwie lotniskowca USS „Kitty Hawk”, w odległości skutecznego ataku torpedowego. Dla wielu ekspertów był to sygnał zmiany bardziej wymowny, niż np. kolejne etapy autonomicznego, chińskiego programu kosmicznego.

Chiny od lat nie są już krajem, który dzięki nieprzebranym zasobom taniej siły roboczej zarabia na masowej produkcji towarów, wymyślonych przez innych. Nie są już także jedynie wielkim rynkiem korzystnego zbytu dla zachodnich producentów. W konsekwencji swojego bezprecedensowego rozwoju gospodarczego stały się asertywnym graczem politycznym, z naturalnymi tego konsekwencjami w sferze twardego i miękkiego bezpieczeństwa. I nie zmienia tego fakt, że ów dynamiczny rozwój wciąż opiera się na fundamentach w wielu punktach chwiejnych. Koszty środowiskowe, problemy z dysproporcjami społecznymi i demograficznymi, wciąż nie do końca rozwiązany problem korupcji aparatu administracyjnego, brak wystarczającego bezpieczeństwa surowcowego – to tylko przykładowe rafy, o które chiński wzrost może się w pewnej chwili rozbić. Ale Chińczycy z optymizmem brną do przodu.

I nie jest przypadkiem, że smok rzucił wyzwanie lwu akurat na polu innowacyjności technologicznej i zdolności narzucania swoich rozwiązań reszcie świata.

Warunki pokoju

Tworzy się więc w „ludowych” Chinach coś, co przy odrobinie dobrych wiatrów może okazać się naprawdę nową jakością: kulturowo-społeczno-polityczno-ekonomicznym modelem, konkurencyjnym wobec zachodniego. ZSRR podjął niegdyś taką próbę, ale jego wzorzec, w roli uniwersalnej oferty, zbankrutował ideologicznie gdzieś w latach 60. XX wieku, a gospodarczo w 80.

Stany bronią swojej, wygodniejszej dla nich, pozycji. Chiny atakują. Przy czym, najwyraźniej w pewnym momencie uświadomiły sobie, że zgodnie z klasycznymi regułami sztuki wojennej atak w miejscu wybranym przez przeciwnika i z zastosowaniem wypraktykowanych przez niego technik i taktyk ma zazwyczaj marne szanse powodzenia; lepiej jest zaskoczyć wroga, uderzając w miejscu i czasie dogodnym dla siebie, a przede wszystkim sprowokować walkę na taką broń, w której ma się naturalną przewagę

Model chiński wydaje się znacznie bardziej perspektywiczny niż dawny radziecki. Bazuje na bardzo ograniczonej demokracji, ale (jakby to obrazoburczo nie brzmiało) właśnie to dzięki tym ograniczeniom jest efektywniejszy: i w planowaniu strategicznym, i w rozwiązywaniu wielu bieżących problemów. Jednocześnie, dzięki docenieniu roli własności prywatnej oraz indywidualnej motywacji i  inicjatywy ekonomicznej, ma znacznie większy, niż w poprzedniej wersji autorytaryzmu, potencjał innowacyjności i wzrostu. Do tego dochodzi atrakcyjna, choć pewnie nie do końca szczera oferta wielobiegunowego ładu międzynarodowego, obietnica wsparcia finansowego przy rozbudowie infrastruktury, mniej asertywnego niż w modelu amerykańskim stosowania siły, wolnej konkurencji ekonomicznej, technologicznej i kulturowej w kontrze (sic!) do coraz wyraźniejszego protekcjonizmu zachodniego. Tego aspektu nie należy lekceważyć: chińska ekspansja nie opiera się bowiem tylko na czynniku ekonomicznym, jak wielu zdaje się wciąż sądzić. Nie będzie się też opierała (a przynajmniej nie w stopniu decydującym) na sile wojskowej. Raczej będzie oferować koktajl różnorodnych korzyści i wzorców, o składzie elastycznie modyfikowanym zależnie od miejsca i okoliczności, który to napój stopniowo i niepostrzeżenie uzależni jego konsumentów.

Kolejka chętnych do skosztowania nektaru rośnie. A ten serwowany jest (i będzie coraz powszechniej oraz intensywniej) w skali globalnej, nie tylko regionalnej.

Bierze się to być może trochę z cichego, chińskiego rewanżyzmu; z chęci odegrania się wreszcie na rasie białych barbarzyńców za wielowiekowe klęski i upokorzenia własnej cywilizacji (przynajmniej tak utrzymują niektórzy znawcy mentalności chińskiej elity politycznej). Ale z całą pewnością i przede wszystkim wynika to z dosyć oczywistej i pragmatycznej kalkulacji: Chiny są skazane na globalne aspiracje, bo samoograniczenie zepchnie je z powrotem w słabość, kryzysy i chaos.

Po pierwsze dlatego, że do żywienia swojego rozwoju potrzebują surowców rozmieszczonych poza regionem (bynajmniej nie tylko ropy). Po drugie, gdyż charakter aktualnej hegemonii amerykańskiej (m.in. oparcie jej na kontroli globalnych przepływów finansowych i na narzuceniu globalnych reguł gry ekonomicznej) nie daje pola dla „wyrwania” swojej lokalnej enklawy, przy pozostawieniu reszty świata bez zmian. Można grać o wszystko – lub o nic, przy czym to „wszystko” nie musi bynajmniej oznaczać nagłego zniknięcia USA i narzucenia całemu światu nowych warunków, tym razem czysto chińskich, w miejsce starych, amerykańskich. To zresztą byłoby bardzo mało realne. Chinom wystarczy jednak do szczęścia wymuszenie na Stanach, względnie wynegocjowanie z nimi (różnica, wbrew pozorom, naprawdę mało istotna) modyfikacji owych warunków i reguł tak, by w równym stopniu uwzględniały interesy nie tylko amerykańskie, jak to było dotychczas, ale i chińskie. Czyli – zastąpienie chwilowego ładu jednobiegunowego nowym „koncertem mocarstw”, lub, jak kto woli, ładem bipolarnym.

„Technologia, głupcze!”

Stany bronią swojej, wygodniejszej dla nich, pozycji. Chiny atakują. Przy czym, najwyraźniej w pewnym momencie uświadomiły sobie, że zgodnie z klasycznymi regułami sztuki wojennej atak w miejscu wybranym przez przeciwnika i z zastosowaniem wypraktykowanych przez niego technik i taktyk ma zazwyczaj marne szanse powodzenia; lepiej jest zaskoczyć wroga, uderzając w miejscu i  czasie dogodnym dla siebie, a przede wszystkim sprowokować walkę na taką broń, w której ma się naturalną przewagę. Na przykład dlatego, że samemu się tę broń zawczasu wymyśliło.

Tą właśnie bronią jest technologia 5G. Wcześniejsze generacje narzędzi telekomunikacyjnych były wymyślane, wdrażane i wykorzystywane w praktyce pod decydującą kontrolą amerykańską. Rozwój ekosystemu sieci różnego rodzaju był do tej pory dyktowany przez Zachód i służył jego interesom jako jednostce geopolitycznej i obszarowi cywilizacyjnemu. Tymczasem w pewnym momencie USA i jego sojusznicy zaspali – może ulegając złudnemu samozadowoleniu po upadku komunizmu, a może ujawniła się, o dziwo, przewaga systemu opartego na świeżo wyklętym centralnym planowaniu i na strategicznie ukierunkowanych, długofalowych rządowych inwestycjach (co, swoją drogą, też jest elementem wyzwania, jakie Chiny rzucają dziś i Ameryce, i liberalnemu aksjomatowi). Może jedno i drugie, tak czy owak to Chińczycy, którzy nie liczyli się przy wdrażaniu 3G i 4G, o dobrych parę lat wcześniej zaczęli prace nad kolejną generacją technologii, a w dodatku wpompowali w parę teoretycznie prywatnych firm miliardy publicznych juanów i dolarów. W efekcie w znacznym stopniu narzucili swoje reguły na nowym polu walki i zepchnęli USA do defensywy, do roli reaktywnej.

Zmiana uwarunkowań strategicznych, spowodowana czynnikami technologicznymi i społecznymi, podważa sens wielu prostych analogii historycznych

Dla jasności – 5G to tylko jeden z elementów tej zakrojonej na szeroką skalę operacji. Chińskie władze działają długofalowo, na bazie bardzo dobrego rozumienia procesów postępu technologicznego.  Strategiczny dokument Rady Państwa ChRL, opublikowany pod anglojęzycznym tytułem Made in China 2025, przedstawia szczegółowy katalog działań, które Chiny podejmują i zamierzają podjąć, by zbudować i utrwalić potęgę w dziedzinie „Nowego Przemysłu” – inwestując masowo w krytyczne technologie przyszłości, Sztuczną Inteligencję, komputery kwantowe, robotykę, technologie finansowe (np. blockchain), rozszerzoną/wirtualną rzeczywistość (augmented/virtual reality), edycję genów, nanotechnologię, biotechnologię, itp. Zaawansowane technologie informacyjne (w tym np. 5G) są jednocześnie jednym z najważniejszych elementów chińskiej doktryny militarnej.

Amerykanie, rzecz jasna, też w tym zakresie nie zasypiają gruszek w popiele. Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA z 2017 roku odnosi się wprost do utrzymania dominacji w dziedzinie wysokich technologii i konsekwentnych prac nad jej rozwojem. Kwestia rozwoju technologicznego jako czynnika definiującego środowisko operacyjne amerykańskich sił zbrojnych jest także obecna w strategii, przygotowanej przez Departament Obrony (symptomatyczny jest już sam podtytuł jego odtajnionego streszczenia: Summary of the 2018 National Defense Strategy of the United States of America. Sharpening the American Military’s Competitive Edge).

Chiński atak akurat na polu technologicznym – spektakularny i potencjalnie skuteczny – ma w tym kontekście niezwykle ważne znaczenie symboliczne. To sygnał do reszty świata, do potencjalnych nowych klientów i akolitów chińskiego Smoka, akcentujący jego jakościową zmianę i zapowiadający perspektywę dalszego wzrostu jego potęgi. Bo przecież to właśnie technologiczna innowacyjność stanowiła do wczoraj oczko w głowie i perłę w koronie amerykańskiego imperium.

Wojna po nowemu

Zmiana uwarunkowań strategicznych, spowodowana czynnikami technologicznymi i społecznymi, podważa sens wielu prostych analogii historycznych. Przez stulecia wojna oznaczała zespół działań kinetycznych, połączonych z użyciem fizycznej przemocy, mających na celu sparaliżowanie woli politycznej przeciwnika poprzez zadanie mu odpowiednio krwawych strat lub spowodowanie zniszczeń w infrastrukturze istotnej dla jego funkcjonowania. Dzisiaj analogiczne cele można także uzyskiwać „po staremu” – czyli dźgając ludzi bagnetami, strzelając do nich z karabinów i armat, względnie masakrując co popadnie bombami i rakietami. Ale można też (hipotetycznie) na przykład wywołać na ich terytorium, najlepiej w pobliżu ważnych obiektów, trzęsienia ziemi lub inne klęski żywiołowe. Można spowodować epidemie. Można wywołać społeczne bunty bądź masową panikę. Wreszcie – można sparaliżować sieci przesyłu informacji lub (jeszcze lepiej) przejąć nad nimi kontrolę w celu siania chaosu. Ten sam, odwieczny cel, czyli odebranie ośrodkom politycznym rywala możliwości wypełniania ich funkcji, zostaje wtedy osiągnięty bez użycia klasycznych środków wojskowych. W wielu wyobrażalnych scenariuszach taniej, skuteczniej i szybciej, niż poprzez np. rozjeżdżanie pól uprawnych i zagajników czołgami.

Cyberprzestrzeń, już od dłuższego czasu, jest powszechnie i oficjalnie uznawana za kolejne środowisko operacyjne w konfliktach, obok tradycyjnych, takich jak ląd, morze i powietrze. Od niedawna także obok mniej tradycyjnej w tej roli przestrzeni kosmicznej.

A prawda, jeszcze nie do końca zinternalizowana przez polityków i nawet niektórych ekspertów jest taka, że pomiędzy wymienionymi środowiskami nie występuje wcale relacja równoważności. Cyberprzestrzeń jest wśród nich najważniejsza z punktu widzenia strategii i sztuki operacyjnej. O ile kiedyś można było np. panować na morzach przy równoczesnej przewadze innego podmiotu na ważnych lądach, a potem nawet, od biedy, radzić sobie np. na lądzie mimo cudzej przewagi w powietrzu – o tyle obecnie praktycznie niemożliwe jest skuteczne działanie w którejkolwiek z pozostałych przestrzeni w sytuacji, gdy przeciwnik panuje nad cyberśrodowiskiem. A kluczowe dla cyberprzestrzeni jutra najprawdopodobniej okaże się to, jak i przez kogo zostaną określone uwarunkowania wdrażania technologii 5G.

Wielu analityków sądzi, że Stany Zjednoczone nie są dziś w stanie wygrać konfliktu militarnego z Chinami, gdyż amerykańskie lotniskowce i transporty wojskowe zostaną skutecznie zaatakowane w drodze z USA do baz operacyjnych, rozmieszczonych w bezpośrednim sąsiedztwie terytorium chińskiego. To zapewne prawda. Jeśli nawet „nie do końca”, to i tak „wygranie konfliktu” w tradycyjnym sensie, czyli na przykład okupowania przez US Army terytorium ChRL lub zadania strat wystarczających do złamania woli przeciwnika, wydaje się mało realistyczne. Analogicznie zresztą działa to w drugą stronę. Ale to oceny, nie uwzględniające jednego elementu. Mianowicie tego, że „złamanie woli” może się odbyć równie dobrze poprzez sparaliżowanie lub przejęcie systemów obiegu informacji, zarówno tych bezpośrednio niezbędnych do prowadzenia operacji wojskowych, jak i tych, odpowiedzialnych za sterowanie procesami produkcyjnymi, komunikacją, dystrybucją energii itd. A nawet temperaturą w lodówkach milionów Smithów w USA i Liu w Chinach. Warto w tym momencie przypomnieć po raz n-ty: powszechny Internet Rzeczy, czyli zdalne sterowanie poprzez sieć miliardami do tej pory całkowicie autonomicznych urządzeń różnego rodzaju, to dzięki 5G bardzo nieodległa perspektywa…

Amerykanie też mają do zaoferowania zarówno soczyste marchewki, jak i – w razie czego – nierzadko gruby kij

Szpiegostwo po trochę nowszemu

I jeszcze jedno. Zarówno współczesna hegemonia amerykańska, jak i chińskie próby jej podważenia, w znacznym stopniu bazują na potędze służb wywiadowczo-informacyjnych, w tym na ich zdolności do agregacji i przetwarzania ogromnej ilości danych, zbieranych z bardzo różnych źródeł: od sieci telefonii komórkowych i operatorów poczty elektronicznej, od systemów monitoringu publicznego i prywatnego, poprzez bazy danych instytucji finansowych i opieki zdrowotnej, po satelity szpiegowskie. Możliwości, tworzone przez 5G zwiększą w sposób skokowy skalę możliwości pozyskiwania danych przez agencje sektora intelligence (tak, tak, chodzi m.in. o szpiegujące nas nasze własne odkurzacze!) – ale i podejmowania konkretnych działań z wykorzystaniem kolejnych, włączanych do sieci urządzeń i całych systemów.

Gra o przewagę w cyberprzestrzeni toczy się więc i o to, czy Amerykanie z ich National Security Agency pozostaną dominującym aktorem na tym niezwykle ważnym polu, czy będą musieli przynajmniej podzielić się tortem. Niespełna rok temu, podczas kongresu Mobile World w Barcelonie, publicznie wyartykułował to Guo Ping, jeden z szefów Huawei: „Wycieki Snowdena rzuciły światło na to, jak przywódcy NSA starali się zebrać (…) każdy wysłany komunikat elektroniczny lub telefon wykonywany przez wszystkich na świecie, każdego dnia. Im więcej sprzętu Huawei jest instalowanych w sieciach światowych, tym trudniej jest NSA zebrać to wszystko. Huawei utrudnia (…) wysiłki szpiegowania każdego, kogo Amerykanie zechcą”.

Według „Ericsson Mobility Report” (listopad 2019) oparta o 5G sieć obejmie do 65% światowej populacji na koniec 2025 roku i będzie obsługiwać 45% globalnych przepływów danych z urządzeń mobilnych. Użytkownicy smartfonów mają konsumować około 24GB danych miesięcznie w 2025 roku (przy średniej 7,2GB w roku 2019). Całkowita liczba połączeń komórkowych urządzeń IoT jest szacowana na 5 miliardów na koniec 2025 roku (1,3 miliarda w roku 2019).

Harce na przedpolu

Stawka toczonej gry jest więc niezwykle wysoka, a jej ostateczny rezultat trudny do przewidzenia. Obie strony dysponują znaczącymi atutami. Po stronie chińskiej – jest to niewątpliwie przewaga, wynikająca z wcześniejszego rozpoczęcia prac nad elementami nowej technologii, co w efekcie sprawiło, że wielu krajowych operatorów telekomunikacyjnych na całym świecie już rozpoczęło prace przygotowawcze w oparciu o elementy dostarczane przez Chińczyków, zanim Amerykanie się ocknęli i zaczęli organizować bojkot Huawei. Trzeba także pamiętać, że praktycznie nikt nie buduje infrastruktury dla 5G całkowicie od zera, lecz powszechnie wykorzystuje się komponenty związane z wcześniejszymi technologiami – także zawierające urządzenia chińskiej proweniencji. Jeśli dodamy do tego przemyślnie skonstruowany chiński system wspierania pozornie komercyjnych inwestycji zagranicznych ogromnymi pieniędzmi pozostającymi w dyspozycji rządu i jego agend, a także wielopoziomowy system zachęt finansowych i lobbingu w innych niż telekomunikacja sektorach gospodarki i polityki, otrzymamy obraz dylematu, przed jakim staje znaczna część krajów na całym świecie. Na przykład Niemcom niedawno zagrożono restrykcjami w zakresie eksportu ich aut na rynek chiński, zaś Danii wycofaniem się z intratnej i ważnej dla rozwoju Wysp Owczych umowy handlowej.

Z drugiej strony, Amerykanie też mają do zaoferowania zarówno soczyste marchewki, jak i – w razie czego – nierzadko gruby kij. Tego narzędzia używają zresztą cały czas nie tylko wobec państw trzecich, ale i bezpośrednio wobec Chin. Mimo relatywnie dobrych wyników finansowych w ostatnim kwartale roku 2019, niedawno szefowie Huawei musieli przyznać, że rok 2020 będzie dla wiodącego w Państwie Środka giganta technologicznego „trudnym”. Wpływa na to zarówno skala sankcji amerykańskich, dziesiątkujących łańcuch dotychczasowych dostawców, jak i antychińskiej presji na ważnych dla koncernu rynkach Kanady i Europy (w tym, szczególnie, wciąż jeszcze lawirujących Niemiec czy Wielkiej Brytanii).

Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że pewną słabością Stanów w stosunkach z sojusznikami – która może Waszyngton drogo kosztować w ostatecznym rozrachunku – jest dominująca, amerykańska narracja w kwestii 5G. Bazuje raczej na odwołaniach do lojalności niż na refleksji nad realnymi ryzykami związanymi z dopuszczeniem chińskich firm do budowanych sieci czy samą siecią jako taką. Stany Zjednoczone, zamiast nacisku na potwierdzenie lub reanimację swojego przywództwa w wyścigu technologicznym (w stylu przywództwa zimnowojennego), wyraźnie chętniej posługują się groźbami, w rodzaju np. przerwania wymiany informacji wywiadowczych (co dla choćby Wielkiej Brytanii czy Kanady, których polityka bezpieczeństwa w dużym stopniu polega na kooperacji w ramach tzw. five eyes, byłoby poważnym problemem).

Odrębne Internety, odrębne światy

Obaj wielcy rywale tymczasem dość płynnie budują infrastrukturę 5G u siebie. W USA sieć jest względnie szybko wdrażana – choć, ze względu na specyficzne uwarunkowania przestrzenne, ekonomiczne i technologiczne, oczywiście nierównomiernie i obejmuje coraz więcej ośrodków miejskich. Prace prowadzą operatorzy: AT&T, Sprint, Verizon i T-Mobile, przy udziale firm z Europy: Ericssona i Nokii. Największa komercyjna sieć 5G funkcjonuje już jednak w Chinach, gdzie w listopadzie 2019 roku uruchomiono ją szybciej niż zakładały to pierwotne plany.

Bez wątpienia, ewentualne powstanie odseparowanych od siebie „Internetów” zwiększa ryzyko kolejnego konfliktu nowego rodzaju

ChRL, raz po raz zarzucając Donaldowi Trumpowi protekcjonizm, sama wprowadziła zresztą restrykcje w obszarze technologii. Objęły one m. in. kontrolę przepływu danych poza granice geograficzne oraz kontrolę hardware’u i sofware’u firm technologicznych. Zagraniczne firmy, by działać na rynku chińskim muszą współpracować z lokalnymi usługodawcami z sektora przechowywania danych czy budować własne zasoby na miejscu (w oparciu o chiński sprzęt). Dopuszczenie do udziału w swoim rynku Ericssona i Nokii, które (wedle informacji z listopada ubiegłego roku) podpisały dwa kontrakty na budowę sieci 5G, nie oznacza bynajmniej, że konkurencję w Chinach definiuje gra popytu i podaży oraz generalna opłacalność ofert. John Strand, szef duńskiej firmy konsultingowej Strand Consult stwierdził otwarcie: „Udział Ericssona i Nokii w chińskim rynku nie jest związany uwarunkowaniami wolnorynkowymi”.

Tymczasem dla praktycznie całej „reszty świata” kwestia wyboru firmy, która dostarczy im technologię 5G, stała się w obliczu amerykańsko-chińskiego zwarcia bardzo symbolicznym wyborem pomiędzy dwoma różnymi „systemami operacyjnymi”, na bazie których ma działać w przyszłości „ich świat”.

Wojna zaś, jak to wojna: nie tylko wyłania doraźnych zwycięzców i przegranych, ale zazwyczaj modyfikuje trendy i tworzy nowe realia. Wielu ekspertów artykułuje obawy, że rywalizacja amerykańsko-chińska doprowadzi do powstania różnych „Internetów”, które staną się obszarem wyłącznych wpływów danego państwa, gdyż te za pomocą rodzimych przedsiębiorstw będą tworzyć ekskluzywną infrastrukturę dla swych sieci. Co za tym idzie – może to oznaczać odbudowę znanych z historii stref wpływów mocarstw, ale ze znacznie wyraźniej zaznaczonymi granicami (choć niekoniecznie przy pomocy namacalnych murów czy szlabanów). Powstaje przy okazji ryzyko powstania bardzo ścisłych reżimów państwowej kontroli nad tą sfragmentowaną cyberprzestrzenią (notabene: kolejny argument przemawiający za tym, że państwo wcale nie znika, natomiast zmienia swą rolę w świecie sieci, gdzie musi konkurować z innymi podmiotami; swoją drogą, być może, w 5G leży szansa na stworzenie zupełnie nowego rodzaju mocarstwa – „pozaterytorialnego”?).

Bez wątpienia, ewentualne powstanie odseparowanych od siebie „Internetów” zwiększa ryzyko kolejnego konfliktu nowego rodzaju. Hipotetyczna cyberwojna, a raczej jej znacznie bardziej „gorąca” faza niż to, z czym mamy do czynienia już teraz, niestety wcale niekoniecznie będzie mniej dolegliwa dla cywilnych obywateli, niż znane wojny o klasycznym, kinetycznym charakterze.

Partnerem bloku jest Orange Polska

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, zastępca dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, przewodniczący Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu i wywiadu konkurencyjnego. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej; stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.
politolog, doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach; analityk w Fundacji Po.Int; specjalizuje się w studiach nad wpływem nowoczesnych technologii oraz zmian klimatu na system międzynarodowy i globalne środowisko bezpieczeństwa

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz