Wizyta na kolacji

Aktualności,

Polska obecność na szczycie G20 nie była niczym szczególnym. Przez kolejne kilkanaście lat nie zasiądziemy przy stole ze światowymi graczami jak równy z równym.

Gdy 17 marca rozpoczynał się szczyt Grupy G20 w Baden Baden, wręcz można było utopić się w opiniach, które zapewniały że jest to wielki sukces polskiego rządu lub też odwrotnie, stwierdzających, że tak właściwie to nie ma się czym ekscytować, a wizyta premiera Morawieckiego ma charakter wyłącznie kurtuazyjny.

Dlatego warto przytoczyć kilka suchych faktów. Grupa G20 to nieformalna platforma współpracy 19 państw (wraz z Unią Europejską ), które posiadają najsilniejsze gospodarki na świecie. Łącznie państwa grupy G20 odpowiadają za około 80 proc. produkcji gospodarczej oraz ¾ światowego handlu. Powszechnie uważa się, że szczyty G20 to klub najbogatszych i najbardziej wpływowych państw świata, przez co polskie aspiracje do tego grona są oczywiste. Już od ponad dekady regularnie składaliśmy deklaracje, że Polska do tego grona powinna należeć.

Żeby jednak zrozumieć dobrze udział Polski na szczycie trzeba użyć pewnej metafory: podobna sytuacja zdarza się gdy kolega, który bierze udział w konferencji lub sympozjum zaprasza nas na kolacje, bo posiada dodatkową wejściówkę i zawsze warto porozmawiać w szerszym gronie. Miło nam, że zostaliśmy docenieni, ale pomimo tego wiemy, że to nie nasze nazwisko widnieje na zaproszeniu i gdyby nie kolega z czasów studiów, to w tym czasie siedzielibyśmy najpewniej w domu.

To właśnie trzeba podkreślić, gdy rozmawiamy o Baden Baden: Polska nie uczestniczyła w szczycie G20 jako pełnoprawny członek, tylko jako gość zaproszony przez Niemców, którzy jako gospodarze szczytu mają prawo do zaproszenia kilku państw, które według ich uznania powinny brać udział w obradach i wydarzeniach towarzyszących. Oprócz nas zaproszono m.in. Holandię, Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej czy Rwandę. Żeby uczestniczyć na równych zasadach, musielibyśmy stać się jedną z największych gospodarek na świecie, a w tym przypadku oznaczało by to wyprzedzenie Włoch, które w tej chwili posiadają gospodarkę kilkukrotnie większą od polskiej. Już same liczby bezwzględne robią wrażenie: Polskie PKB to około 470 mld dolarów, gdy włoska gospodarka może się pochwalić wynikiem prawie 1,8 tys. mld dolarów PKB. Podobnie kształtują się inne wskaźniki ekonomiczne, nawet gdy uwzględnimy trwający we Włoszech kryzys gospodarczy. Widać, że w ciągu 20 lat prawdopodobnie nie ma szans, żebyśmy przegonili gospodarkę najsłabszego kraju G20 z naszego rejonu geograficznego.

Na G20 oprócz nas zaproszono m.in. Holandię, Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej czy Rwandę.

Nie można jednak być w tej kwestii tylko i wyłącznie pesymistą: oczywiście, że udział naszego wicepremiera jest lepszy od jego absencji, gdyż mógł poruszyć wiele kwestii, które nie zostały by stwierdzone zarówno w bezpośrednich dyskusjach czy w kuluarach bez udziału Polski. To oczywiste, że warto mieć swoich przedstawicieli w tak ważnym gremium, niezależnie od tego z jakiego powodu się tam znaleźliśmy, bo wpływa to pozytywnie na pozycje Polski na arenie międzynarodowej.

Polski głos wybrzmiał i to w kwestiach, które rząd uznaje za kluczowe. Wicepremier Morawiecki poruszał takie kwestie jak współpraca z Chinami czy też problem unikania opodatkowania. Jednak najważniejszym tematem była mimo wszystko dyscyplina budżetowa, którą Rada Ministrów stara się zachować pomimo szeroko zakrojonych reform socjalnych. Prawdopodobnie celem Polski było podkreślenie, że pomimo rosnących lawinowo wydatków państwa będziemy wiarygodni dla kredytodawców. Agencje ratingowe od których w dużej mierze decydują, na jaki procent będziemy pożyczali pieniądze z zagranicy bacznie obserwują takie wydarzenia, dlatego od słów i postawy Mateusza Morawieckiego oraz reakcji partnerów może zależeć cena naszego długu w przyszłości.

Podsumowując: polska obecność na szczycie G20 nie była niczym szczególnym. Wiemy, że przez kolejne kilkanaście lat nie zasiądziemy przy stole ze światowymi graczami jak równy z równym. Pokazaliśmy jedynie, że aspirujemy do tego grona, realizując przy tym kilka pomniejszych celów politycznych takich jak zacieśnianie współpracy z Chinami czy manifestowanie, że jesteśmy krajem stabilnym finansowo. Czy jest się czym ekscytować? Na pewno nie. Sam szczyt potwierdza tezę, że przez kilka następnych lat Polskę czeka daleka droga, jeżeli chcemy być krajem liczącym się na arenie międzynarodowej. Po prostu musimy jeszcze poczekać, nim wejdziemy na kolacje jako kluczowy gość, a nie jako osoba towarzysząca.