Sułtan Erdogan i jego dżihad

Aktualności,

Póki co, skoro zdobycie Mosulu czy Aleppo okazało się nierealne, więc Erdogan obiecuje że zdobędzie Rotterdam i Berlin. Byle do referendum.

Tureckie groźby i inwektywy rzucane w ostatnich dniach pod adresem Holandii, a także Niemiec i w ogóle całej Europy, są niewątpliwie elementem kampanii wyborczej przed referendum w Turcji. Problem jednak w tym, że łatwiej rozniecić emocje niż je stłumić. Turecki prezydent Erdogan, dążąc do dyktatury w Turcji, podnosi coraz wyżej poprzeczkę oczekiwań swoich zwolenników, paradoksalnie z tego powodu, że brakuje mu sukcesów. Liczy też że tradycyjna uległość Europy wobec Turcji utrzyma wśród jego zwolenników złudzenie, iż jest on silnym liderem, którego wszyscy się boją.

Gdy zaczynała się wojna domowa w Syrii Erdogan zapowiadał, że odprawi namaz w meczecie Omajadów w Damaszku. Dziś już wiadomo, że będzie mógł to zrobić tylko jeśli znów zaprzyjaźni się z Assadem. W latach 2011-2012 Turcja po wybuchu Arabskiej Wiosny pretendowała do roli lidera regionu, który miał znaleźć się pod rządami partii pokrewnych erdoganowskiej AKP, wywodzących się z nurtu Bractwa Muzułmańskiego. Dziś wszystkie te partie zostały już odsunięte od władzy. W listopadzie 2015 r. Turcja zestrzeliła rosyjski SU-24, a rok później musiała prosić rosyjskie lotnictwo o wsparcie w nalotach na syryjskie Al Bab. Było to tuż po tym, gdy patronując rebelianckim dżihadystom w Aleppo sprzedała ich Rosjanom właśnie za pomoc pod Al Bab. Jesienią 2016 r. Erdogan zaczął podważać traktat z Lozanny z 1923 r. a tureckie media publikowały mapy nowych granic Turcji, która miałaby rozciągać się od bułgarskiej Warny i greckich Salonik po syryjskie Aleppo i iracki Mosul, Kirkuk oraz Erbil. Dziś kontrola Assada w Aleppo jest już skonsolidowana, a siły irackie są o krok od pełnej kontroli nad Mosulem. Ani Syria ani Irak nie biorą już na poważnie zagrożenia ze strony Turcji, która w pełni skompromitowała się pod małym Al Bab i na tym jej wojenka w Syrii się zakończyła. Ponadto po wyborach w USA Turcja zażądała od USA zaprzestania wspierania przez Amerykanów stworzonej przez syryjskich Kurdów koalicji SDF oraz wydania Fetullaha Gulena, podając to jako warunki normalizacji stosunków. Gulen dalej siedzi sobie spokojnie w Pensylwanii, a do SDF suną transporty ciężkiego sprzętu wojskowego z USA.

Wiara w moc Erdogana musi być jednak podtrzymywana i to nie tylko wśród Turków ale i Arabów sunnitów. I póki co udaje się to, choć przypomina to trzymanie trupa pod aparaturą podtrzymującą życie. Rolę tej aparatury pełnią płomienne tyrady Erdogana i jego ekipy. Powodują one, że ani Turcy ani nawet Arabowie spod znaku Bractwa Muzułmańskiego i innych organizacji dżihadystycznych na Bliskim Wschodzie nie przyjmują do wiadomości, że Erdogan ich zdradził i że nie ma żadnych sukcesów. Wewnątrz Turcji problemy gospodarcze takie jak spowolnienie wzrostu gospodarczego, wysokie bezrobocie i masowe wycofywanie się inwestorów po zepchnięciu Turcji do śmieciowego ratingu, przykrywane są jatką urządzaną przez armię tureckim Kurdom. To oczywiście podoba się nacjonalistycznym fanom Erdogana, ale w końcu może przestać wystarczać.

Turecki potencjał destabilizacji Europy jest ogromny, a Turcja przystąpiła też do kolejnego etapu – tworzenia proerdoganowskich partii na bazie mieszkających w Europie Turków

Coraz liczniejsi dżihadyści i nacjonaliści tureccy, karmiący się dziś propagandą serwowaną przez władzę, mogą zażądać w końcu efektów. Póki co, skoro zdobycie Mosulu czy Aleppo okazało się nierealne, więc Erdogan obiecuje że zdobędzie Rotterdam i Berlin. Byle do referendum.

Tyle, że wydaje się że Europa się obudziła i nie zamierza pozwolić na panoszenie się tureckiego reżimu, gdyż tu też nadchodzą wybory za wyborami. W Europie przebywa obecnie co najmniej 10 mln Turków, z czego większość ma podwójne obywatelstwo, a 2,5 mln głosuje w wyborach i tu i tam. Ale co najmniej jedną trzecią spośród nich tworzą grupy prześladowane w Turcji i w związku z tym protestujące przeciw tureckiej propagandzie reżimowej na terenie UE. Są to przede wszystkim Kurdowie, ale również guleniści, czy też zwolennicy świeckiej Turcji. Turecki potencjał destabilizacji Europy jest jednak ogromny, a Turcja przystąpiła też do kolejnego etapu – tworzenia proerdoganowskich partii na bazie mieszkających w Europie Turków. W Holandii taka partia (DENK) uzyskała 3 mandaty w 150-osobowym parlamencie.

Jeśli Europa ustąpi, to czeka ją katastrofa, jeśli nie, to problemy będzie miała Turcja. Za groźbami sankcji ekonomicznych wobec Holandii poszły tylko ruchy groteskowe takie jak deportacja 40 krów. Na realne kroki Turcja nie może sobie pozwolić, gdyż bardzo potrzebuje inwestorów i pieniędzy. Dlatego blefem jest też grożenie wznowieniem ataku na Europę strumieniem migrantów. Po pierwsze, bardziej działa tu zamknięcie szlaków bałkańskich niż deal z Turcją, po drugie potrzebuje ona pieniędzy, które otrzymuje.

Ale to potrząsanie szabelką i granie na islamskich emocjach, ogłaszanie przez tureckich liderów wojny islamu z chrześcijaństwem, może wywołać pożar, którego Erdogan już nie zdoła ugasić. A jeżeli będzie chciał, to sam może w nim spłonąć.