Newsletter

Wielkie ryzyka wygranej Sądu Najwyższego

Postanowienie SN z 2 sierpnia wprowadza nas na nowy – głębszy i szerszy – poziom kryzysu ustrojowego i politycznego. Może to mieć niewyobrażalne dotąd konsekwencje dla całej UE

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Sprawa jest tak zawiła i złożona, że od szeregu praktykujących prawników słyszę, że mają problemy z jej zrozumieniem, czy że nie mieli pojęcia o istnieniu orzecznictwa TSUE, na którym SN oparł swoją decyzję. Ujmijmy rzecz metaforycznie: Sąd Najwyższy – w słusznym oporze wobec władzy, zagrażającej praworządności – obudził wielkiego smoka. Bestia spała wiele lat, dając jednym zapomnieć o swoim istnieniu, drugim – nigdy się o nim nie dowiedzieć. Teraz jednak się zbudziła i za chwilę może spustoszyć polską, a nawet europejską krainę. Może też ziewnąć i z powrotem zasnąć. Nie wiemy co się wydarzy, ale wielkie niebezpieczeństwo, do wczoraj uśpione, zostało zbudzone.

Różnica między śpiącym a zbudzonym smokiem

Historia zaczęła się dawno, bo w 1989 r., od sporu hiszpańskich rybaków z brytyjskim ministerstwem transportu (tzw. sprawa Factortame). Wyspiarski sąd wstrzymał wówczas – do czasu rozstrzygnięcia przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości – obowiązywanie przepisów zezwalających na rejestrację w Zjednoczonym Królestwie tylko tych statków, które były w większości własnością krajowych kapitalistów. Zrobił to ze względu na przewidywanie, że bez owego zabezpieczenia do czasu orzeczenia ETS nastąpią nieodwracalne zmiany, które uczynią wyrok nieskutecznym.

Ten precedens obrósł następnie orzecznictwem Trybunału, obejmującym m.in. takie sprawy jak Kücükdeveci, Simmenthal, Unibet, i stał się ogólnounijną praktyką. Stwierdzając niezgodność np. krajowych przepisów podatkowych z prawem unijnym, sądy (także polskie) ich nie stosują, albo wprost opierając się na regulacjach wspólnotowych, albo czasowo zawieszając te narodowe i kierując pytania do Trybunału. Wszyscy są zadowoleni: pozywający mają szybszą sprawiedliwość, sądy większą efektywność, rządy unikają płacenia odszkodowań za niesłuszne wyroki.

Dotąd o owym mechanizmie wiedziała garstka specjalistów i interesariuszy. Teraz dowiaduje się o nim ogół

Powiedzmy od razu o kluczowych niuansach. Orzecznictwo, o którym mowa (zwłaszcza w sprawach Simmenthal i Unibet) uprawnia każdy sąd krajowy w UE zarówno do niezastosowania krajowych przepisów, uznawanych za niezgodne z prawem unijnym, jak i do ich tymczasowego zawieszenia. Jeśli nie ma to wystarczającej podstawy prawnej, sąd jest zobowiązany ją na bieżąco stworzyć! Stąd kuriozalne na pierwszy rzut oka (i ja uległem początkowo temu złudzeniu) oparcie się przez polski SN na zabezpieczeniu powództwa z Kodeksu postępowania cywilnego, jest w pełni uprawnione. Czy się to nam podoba, czy nie.

Zasadniczy problem polega na tym, że dotąd o owym mechanizmie wiedziała garstka specjalistów i interesariuszy. Teraz dowiaduje się o nim ogół, rzadko będący w stanie zrozumieć (to raczej zarzut dla konstruktorów systemu niż dla obywateli) jego piekielnie skomplikowaną naturę. To woda na młyn gwałtownie rosnącego ostatnio w Polsce eurosceptycyzmu. Jeśli sprawa rozleje się na inne kraje UE, to wraz z kolejną falą ludowego gniewu na „knowające w zaciszach gabinetów”, zawłaszczające suwerenność narodów elity unijne.

SN otworzył więc swoim postanowieniem drogę do poważnej anarchizacji państwa i prawa. Wracając do początkowej metafory, to już byłby smok nie tylko zbudzony, ale siejący spustoszenie w kraju

Polski Sąd Najwyższy dokonał jednocześnie, jak się zdaje, fundamentalnego przełomu, stosując ten mechanizm nie tylko na polu prawa publicznego, ale też (w jego obrębie) wiążąc swoim postanowieniem ręce innym konstytucyjnym organom: prezydentowi i Krajowej Radzie Sądownictwa. A pośrednio także Sejmowi i Senatowi – ograniczył przecież ich władzę ustawodawczą na nowym polu. Komentatorom utrzymującym, że to nic nowego, warto zwrócić uwagę na „drobną” różnicę między zawieszaniem przepisów dotyczących ryb czy VAT-u, a faktyczną zmianą ustroju państwa. To różnica między śpiącym a zbudzonym smokiem.

Ale to tylko jeden wymiar przełomu, który obserwujemy. Drugi polega na stworzeniu precedensu – nie tyle prawnego, bo nie mamy tzw. systemu common law (prawa precedensowego) – co decyzyjnego i po prostu życiowego. Od teraz prawie każdy z blisko czterystu polskich sądów będzie mógł pójść śladami SN i zawiesić dowolną ustawę (ściślej: raczej jej fragment lub fragmenty), podlegającą reżimowi prawa unijnego, jeśli tylko będzie w stanie przedstawić wątpliwość co do jej zgodności z przepisami wspólnotowymi i ewentualnie sformułować pytania prejudycjalne do TSUE. Nie wydaje się to szczególnie trudne, a umożliwi zamrażanie regulacji wielu rodzajów na – niekrótki przecież – czas odrzucenia sprawy przez jedną z wyższych instancji.

Prosta droga do anarchizacji

Niektórzy obrońcy decyzji SN powiadają, że powinniśmy się raczej spodziewać sędziowskiej powściągliwości, poza tym są przecież kolejne instancje odwoławcze. Nie brzmi to przekonująco. Wśród dziesięciu tysięcy sędziów prawie zawsze (a teraz na pewno) znajdą się szczególnie niechętni rządowi, gotowi zrobić mu na złość. Panujące ostatnio nastroje już skłoniły część sędziów z najwyższych szczebli do instrumentalizacji prawa w imię „obrony demokracji”. Wystarczy przypomnieć próbę wstrzymania sejmowych uchwał przez Trybunał Konstytucyjny prof. Rzeplińskiego w trybie cywilnego zabezpieczenia powództwa, który dziesięć lat wcześniej TK uznał za „z oczywistych względów” niemożliwy do stosowania w tej materii. Kto postawi poważne pieniądze na to, że dziesięciotysięczna społeczność sędziowska powstrzyma swoją mniejszość antypisowskich zapalczywców przed paraliżowaniem działalności obozu władzy na wszelkie możliwe sposoby? Pójdźmy dalej: kto zaręczy, że sędziowie pisowscy nie zrobią tego samego następnym rządom (w scenariuszu trwałej legalizacji instrumentu użytego przez SN)? Oczywiście, są instancje. Ale odwołania trwają, a główne ryzyko nowej sytuacji polega nie na trwałym, ale na czasowym paraliżu właśnie. Jak to określił Waldemar Kuczyński: „Ten system, który tworzy PiS musi za każdą cenę zostać sparaliżowany, unieruchomiony, jeśli mamy zachować podstawy państwa prawa”.

SN otworzył więc swoim postanowieniem drogę do poważnej anarchizacji państwa i prawa. Wracając do początkowej metafory, to już byłby smok nie tylko zbudzony, ale siejący spustoszenie w kraju. Wobec tego blednie karkołomność samej decyzji: sądzenie własnej sprawy, zastosowanie w niej zabezpieczenia powództwa i cały szereg innych problemów. Można przyjąć, że taka instrumentalizacja prawa ma uzasadnienie wobec groźby systemowego podporządkowania trzeciej władzy rządzącej większości. Pozostają jednak systemowe skutki uboczne, których państwowiec nie może zbyć prostym: „wszystko, byle nie PiS”. Także dlatego, że mogą przetrwać obecną władzę.

Prognoza przekształcenia SN w partyjną maszynkę jawi się jako co najmniej wątpliwa, jeśli nie absurdalna

Wszystko to jest jednak ledwie drobnym zawirowaniem wobec historycznego orzeczenia TSUE, które nas w związku z pytaniami prejudycjalnymi Sądu Najwyższego czeka. Proste potwierdzenie wątpliwości SN rozleje anarchizującą falę na całą Unię. Wyższa kultura sądowa i prawna krajów zachodnich może skłonić sędziów Trybunału do bagatelizacji problemu. Jednak UE to nie tylko Europa Zachodnia, ale też stosunkowo młode demokracje liberalne Południa czy postkomunistyczny środek kontynentu. Legalizacja tam mechanizmu zastosowanego przez nasz Sąd Najwyższy może wywołać niewyobrażalne dziś skutki. To zabawa z puszką Pandory.

W tle jest słabo opisany i praktycznie nieobecny w polskiej debacie głównego nurtu, wielki spór naszych czasów. Spór między zjurydyzowaną kulturą polityczną, przyznającą wielką i rosnąca władzę sędziom, i hiperdemokratyczną reakcją na nią. Przez długie lata dawne elity rządziły w spokoju, wspomagane wysokim wzrostem gospodarczym i ogólną stabilnością, delegując coraz więcej władzy poza demokratyczne organa, w tym do sądów. Od kilku lat obserwujemy nowy „bunt mas”, domagających się większego wpływu na rzeczywistość, wymiany elit, bardziej solidarnej polityki. W sporze z elitami sędziowskimi jest nie tylko Kaczyński, ale także – choć na bardzo różne sposoby – Orbán, Trump, Macron i inni.

W tej sytuacji zwiększenie władzy sądów przez TSUE (w skali europejskiej bądź polskiej) byłoby dolaniem oliwy do ognia. Zwłaszcza, że również Unia Europejska jako taka cierpi dziś na najgłębszy (pomijając pomniejsze fluktuacje) kryzys legitymizacji w swojej historii. Partie i ruchy eurosceptyczne nigdy nie były tak silne. Potwierdzenie słuszności argumentów polskiego SN, a zwłaszcza rozciągnięcie tej wykładni na całą Unię przez TSUE byłoby wielką wodą na ich młyn. A więc strzałem w kolano, jeśli nie samobójstwem.

Kto zaręczy, że sędziowie pisowscy nie zrobią tego samego następnym rządom (w scenariuszu trwałej legalizacji instrumentu użytego przez SN)?

Dlatego wątpię, aby Trybunał na to poszedł. Spodziewam się bardziej wyważonego orzeczenia. Miejmy nadzieję, że także neutralizującego anarchizację w Polsce. Wykluczyć jednak tego czarnego scenariusza nie można, zwłaszcza że obecny prezes TSUE Koen Lenaerts zdaje się mieć ambicję przekształcenia tej instytucji w pełnokrwisty sąd konstytucyjny całej Unii. A nasz Sąd Najwyższy wziął na siebie część odpowiedzialności za ewentualną realizację tego najgorszego wariantu.

Powtórzmy: to czarny scenariusz. W najlepszym zwyczajnie nie wydarzy się nic szczególnie godnego uwagi. W umiarkowanie negatywnym, bałagan zostanie w ciągu kilku miesięcy zatrzymany przez TSUE. Ten tekst jest jednak o nowych ryzykach, nie o wszystkim.

SN nie zadbał natomiast w żaden sposób o jakiekolwiek zniechęcenie setek sądów niższych szczebli do anarchicznego paraliżowania państwa, o którym mowa. Wielokrotnie aktywny w swoim sprzeciwie wobec działań PiS, tym razem w żaden sposób nie pokazał, że widzi groźbę takich skutków ubocznych swojej decyzji i nie zrobił nic, aby je zneutralizować. Co gorsza, rzecznik SN, Michał Laskowski, publicznie stwierdził, że nie potrafi odpowiedzieć na pytanie o rozlanie się praktyki zawieszania dowolnych ustaw na cały kraj…

Jedyna idea – zatrzymać PiS

Wygląda więc na to, że budząc smoka przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, Sąd Najwyższy nie rozważył najbardziej podstawowych skutków swojego postanowienia, wykraczających poza bieżący spór polityczny – albo się nimi nie przejął. Te zaś – jak widać – mogą być arcypoważne. Nie pierwszy raz w poczynaniach naszych elit sędziowskich nie widać żadnej głębszej myśli państwowej ani odpowiedzialności za kraj; jedyna idea to „zatrzymać PiS”.

Czy zasadna? Obóz rządzący idzie niebezpieczną drogą: systemowo podporządkowuje sądownictwo władzy politycznej, brutalnie gwałci nieformalne reguły, działa na granicy prawa. Do – dawno ogłoszonego przez histerycznych krytyków – autorytaryzmu wciąż nam jednak daleko. Nadal żyjemy, w coraz bardziej koślawej i chwiejnej wprawdzie, ale demokracji liberalnej. Sądy powszechne działają (rząd co chwilę przegrywa przed nimi procesy), opozycja dokazuje, mediów nikt nie zamyka. PiS jest ostro skonfliktowany z sędziami jako takimi, efektywne podporządkowanie trzeciej władzy zajmie mu więc wiele lat (KRS nominuje rocznie ok. 500 sędziów, wobec dwudziestokrotnie większej liczebności całej ich społeczności) i nie wiadomo czy ostatecznie się powiedzie.

W sporze z elitami sędziowskimi jest nie tylko Kaczyński, ale także – choć na bardzo różne sposoby – Orbán, Trump, Macron i inni

Sąd Najwyższy przeszkodził swoim postanowieniem sierpniowym w ostatniej fazie przygotowywania narzędzi po temu, blokując usunięcie pierwszej prezes tego organu i niewielką mniejszość trzynastu innych sędziów. Większe znaczenie ma pierwsza kwestia. Antyrządowi histerycy powiedzą, że uniemożliwia PiS-owi sfałszowanie wyborów. Czy jednak partia z tak słabą pozycją wśród elit i tak silną wśród ludu byłaby w ogóle do tego skłonna? Czy byłaby do tego organizacyjnie zdolna? Śmiem wątpić. Dochodzi do tego pytanie, czy PiS jest w stanie efektywnie sterować większością, czyli więcej niż 60 sędziami SN. W Trybunale Konstytucyjnym niepewność co do postępowania kilku własnych nominatów skłoniła go do rządów praktycznie dwuosobowych (Przyłębska i Muszyński). Wobec tego prognoza przekształcenia SN w partyjną maszynkę jawi się jako co najmniej wątpliwa, jeśli nie absurdalna.

Tak czy inaczej, SN zablokował wymianę Pierwszej Prezes i – póki co – większości sędziów. Ta większość ma jednak znaczenie głównie ze względu na wybór szefa sądu właśnie: jak widać po sierpniowym postanowieniu, nawet kilku sędziów wystarczy do podjęcia fundamentalnej decyzji nie po myśli rządu. Od czasu uchwalenia prezydenckich projektów zmian w wymiarze sprawiedliwości mamy zaś pewność, że w SN pozostanie kilkudziesięciu sędziów ze starego składu – podczas gdy w myśl zawetowanych propozycji rządowych, obóz władzy mógł wymienić wszystkich. Mówiąc krótko: przesadzona jest zarówno teza o grożącym nam już teraz upadku państwa prawa, jak i o uniknięciu go dzięki ostatniej decyzji SN.

„Kasta sędziowska” w miejsce Michnika

Sprawa ma też aspekt wizerunkowo-polityczny. Kaczyński chciał wymienić prezes Gersdorf, prawdopodobnie łamiąc Konstytucję (czego jednak obecny TK raczej nie orzeknie). Nie udało mu się, to jego porażka. To prawie na pewno TSUE utrzyma w mocy. Ale jest też druga strona medalu: konflikt z sędziami jest dla szefa PiS bardzo wygodny politycznie: podtrzymuje bezcenną polaryzację, przykrywa bezmiar nieudolności, niekompetencji i korupcjogenności, umożliwia granie zdeterminowanego mocarza wbrew smętnej codzienności tych rządów, zwiera szeregi formacji i dezorganizuje przeciwnika. W istocie, „nadzwyczajna kasta” znakomicie zastąpiła środowisko Adama Michnika w roli głównego wroga publicznego a zarazem funkcjonalnego sojusznika, uzasadniającego sens rządów Kaczyńskiego w oczach jego wyborców. Mówiąc klasykiem: gdyby jej nie było, szef PiS musiałby ją wymyślić. Czy z tej perspektywy nie jest dla rządzących lepiej, że prezes Gersdorf, wraz z większością dawnych sędziów SN, pozostanie na stanowisku?

Samo postanowienie sierpniowe jest niewytłumaczalne normalnemu obywatelowi. Dla zwolenników „orania kasty” jest kolejnym dowodem jej sobiepaństwa. Dla „obrońców demokracji” jest ocaleniem ostatniego bastionu praworządności. Raczej nie wywróci ono PiS-u ani nie odwróci zmian w sądach.

Konflikt z sędziami jest dla szefa PiS bardzo wygodny politycznie: podtrzymuje bezcenną polaryzację, przykrywa bezmiar nieudolności, niekompetencji i korupcjogenności

Zdumiewa natomiast zachowanie kolejnych przedstawicieli Kancelarii Prezydenta i rządu, którzy publicznie podważają ważność postanowienia z 2 sierpnia. Jakkolwiek karkołomna i niebezpieczna, jest to decyzja w pełni legalna – wykazał to ostatnio na łamach Nowej Konfederacji mec. Andrzej Mikosz, zamiast powtarzać, odsyłam więc do jego artykułu. Od aktów Sądu Najwyższego nie ma odwołania, jak absurdalne by nie były. Z kolei logiczną konsekwencją nieuznawania omawianego postanowienia jest siłowe usunięcie „nielegalnej” prezes i pozostałej trzynastki sędziów. To byłaby zbrodnia stanu, z rozdziału XVII Kodeksu Karnego o „przestępstwach przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej”. Jednym z nich jest siłowe usunięcie (a także jego planowanie i usiłowanie) konstytucyjnego organu państwa (art. 128), które może orzec zwykły sąd, nie żaden – martwy i zbędny w obecnym kształcie – Trybunał Stanu.

PiS-owcy musieliby być szaleni, żeby się na takie ryzyko narażać. Albo więc postępują tak z bezmyślności, albo z cynicznej kalkulacji. Ta ostatnia może polegać chyba tylko na jednym: na przeciąganiu sprawy, podsycanej gromkimi deklaracjami i marsowymi minami, aby jak najdłużej grać spektakl „walki z kastą”, a konkretnie – jej ostatnim bastionem w SN, zawiadywanym przez złowrogą prezes Gersdorf. Natomiast radykalizacja opozycji każe przypomnieć, że im większa anarchizacja i chaos, tym bardziej prawdopodobne agresywne i opresyjne ruchy władzy, zgodnie z logiką stanów wyjątkowych. Radykalizm à la Waldemar Kuczyński – wcale dziś nieodosobniony – przybliża, a nie oddala to, z czym deklaruje walkę.

Sytuacja polityczna może się rozwinąć na kilka bardzo ryzykownych sposobów. Debata jest skrajnie spolaryzowana i oderwana od kluczowych niuansów. Pozostaje nie dać się zwariować i przypominać o faktach w nadziei, że liczba osób zachowujących zdrowy rozsądek będzie wystarczająco duża, żeby powstrzymać niebezpieczeństwa, jeśli się przybliżą.