Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

W oczekiwaniu na zmartwychwstanie lewicy

Lektura książki Rafała Wosia „Lewicę racz nam zwrócić, Panie!” utwierdza w przekonaniu, że taka lewica, jakiej chciałby autor, mogłaby się dogadać z partią Jarosława Kaczyńskiego

Na kolejne książki publicystyczne Rafała Wosia czekam tak, jak kiedyś na następne dzieła Rafała A. Ziemkiewicza (gdy jeszcze pisał je częściej). „Dziecięca choroba liberalizmu” czy „To nie jest kraj dla pracowników” miały w sobie wiele zarówno z cyklu dotyczącego współczesnej polskiej polityki, zapoczątkowanego „Polactwem”, jak i z późniejszej publicystyki historycznej RAZ-a, ze „Złowrogim cieniem Marszałka” na czele: mocną tezę wynikającą z jednoznacznych poglądów, przedstawioną wartkim językiem, rozwiniętą na setkach stron tak, by móc ją gruntownie uargumentować – a jednocześnie każdy z argumentów przedstawiony jest na tyle ogólnie, by nie przytłoczyć czytelnika nadmiarem faktów. To książki, z którymi można się nie zgodzić – ale wcześniej tonie się w nich na kilka dni, podczas lektury to kiwając z uznaniem głową, to kręcąc nią intensywnie w geście protestu.

Autor zapomina o strajkach w 1956, 1970 i 1976 roku, o tym, że nawet w jego wizji „Solidarność” powstaje w wyniku fali strajków, których bezpośrednią przyczyną były podwyżki cen wynikające z ich centralnego ustalania oraz reglamentacji wszelkiego rodzaju dóbr

Rafał Woś w „Lewicę racz nam zwrócić, Panie” prezentuje swoją wizję lewej strony sceny politycznej tak, jak chciałby ją widzieć, i jaka jest, jego zdaniem, możliwa. Czytelnikowi daje to możliwość zastanowienia się nad tym, jaka lewica jest w rzeczywistości potrzebna (o ile jest) – bez względu na to, czy sam się do niej przypisuje, czy jednak patrzy na to zjawisko nieco z boku (w takim stopniu, w jakim jest to możliwe, gdy mówimy o polityce). Nie odkryję Wenezueli, jeśli powiem, że publicysta (obecnie „Tygodnika Powszechnego”) jest socjalistą – i to starej szkoły. Sam siebie określa mianem „radykalnego reformisty” i jest w nim istocie. Kapitalizm to dla niego system fundamentalnie zły i lepiej by było (jego zdaniem), gdyby upadł. Obalenie kapitalizmu nie jest (na razie) możliwe; zbyt mało czasu minęło od upadku PRL, który skutecznie obrzydził ludziom słowo „socjalizm” – w związku z czym należy go naprawiać, by przynajmniej nie odgryzł sobie własnego ogona.

Najbardziej predystynowana do tego jest lewica, która ma w Polsce wbrew pozorom ugruntowaną tradycję. Od Tadeusza Kościuszki i gen. Jakuba Jasińskiego, przez Adama Mickiewicza, Gromady Ludu, po PPS, ale także część akowców: wielu naszych bohaterów narodowych walczyło nie tylko o niepodległość, ale także o realizację ideałów wolności (rozumianej po lewicowemu), równości i braterstwa. By zrozumieć, jaka ta lewica miałaby być dziś, warto bliżej przyjrzeć się ideałowi polityczno-gospodarczemu przedstawionemu w półżartobliwej historii alternatywnej, którą można przeczytać w jego najnowszej książce. Oto komunizm w Polsce kończy się na początku lat 80-tych XX wieku. Władza dogaduje się ze społeczeństwem przy Okrągłym Stole, Sowieci nas nie atakują wystraszeni wizją ogólnonarodowego powstania, a 13 grudnia 1981 roku mają miejsce częściowo wolne wybory.  W Polsce powstaje system oparty na społecznej własności środków produkcji, z przewagą firm państwowych (w tym jednej z największych korporacji świata – wielobranżowego Kombinatu PL), spółdzielni, i z istniejącymi gdzieś na obrzeżach firmami prywatnymi – uzupełniony polityczną demokracją.

Zdaniem Wosia „transformacja w naszej utopii zostaje bowiem zainicjowana w zupełnie innych warunkach geopolitycznych. Nie ma tego wszystkiego, co doprowadziło do spontanicznej implozji PRL-u. Nie ma wielkiej smuty lat osiemdziesiątych z ich ostrym konfliktem politycznym, strajkami i załamaniem gospodarczym” i nie ma też problemów związanych z zadłużeniem zagranicznym zaciągniętym przez Gierka. Autor zapomina o strajkach w 1956, 1970 i 1976 roku, o tym, że nawet w jego wizji „Solidarność” powstaje w wyniku fali strajków, których bezpośrednią przyczyną (jeszcze przed Sierpniem był Lubelski Lipiec i strajki na Podkarpaciu) były podwyżki cen wynikające z ich centralnego ustalania oraz reglamentacji wszelkiego rodzaju dóbr. Popada wręcz w monokauzalizm. Oczywiście, upadek ZSRR, a wraz z nim całego bloku wschodniego został przyspieszony przez wyścig zbrojeń i doprowadzenie przez Ronalda Reagana do obniżki cen ropy, od której sprzedaży uzależnieni byli Sowieci. Jednak nie popadliby w opisywaną w literaturze ekonomicznej klątwę zasobów, gdyby nie to, że nie mieli światu wiele więcej do zaoferowania – a tego nie było ze względu na zamknięcie gospodarki sowieckiej i brak licznych przedsiębiorstw, których produkcja kierowałaby się potrzebami konsumenta, a nie mieszanką ideologicznych i mocarstwowych wyobrażeń przywódców.

Dowiadujemy się z książki, że kapitalizm istniał już w… plemiennym państwie Mieszka I i feudalnej Rzeczypospolitej Szlacheckiej, na co dowodem ma być to, że pierwszy polski ochrzczony książę najprawdopodobniej przejawiał smykałkę do interesów

Dla Wosia temat ten nie istnieje, gdyż wszystko, co wiąże się z kapitalizmem, jest złe, a w konsekwencji wszystko co złe, wiąże się z kapitalizmem. Dowiadujemy się z książki, że kapitalizm istniał już w… plemiennym państwie Mieszka I i feudalnej Rzeczypospolitej Szlacheckiej, na co dowodem ma być to, że pierwszy polski ochrzczony książę najprawdopodobniej przejawiał smykałkę do interesów, gdy sprzedawał przedstawicieli podbitych plemion jako niewolników, a w I RP występowała „akumulacja pierwotna” kosztem zniewolonych chłopów. Jeśli słowa mają mieć jakikolwiek sens, a pojęcia ekonomiczne takie jak „środki produkcji” czy „stopa zwrotu” – charakter naukowy, a nie ideologiczny, należy odrzucić taką tezę jako równie absurdalną jak ta, że w Polsce panuje socjalizm, ponieważ w przedsiębiorstwach trzeba przestrzegać zasad BHP, a państwo pobiera podatki – bo przecież i jedno i drugie ogranicza swobodę właściciela do rozporządzania swoimi środkami produkcji, co de facto oznacza ich uspołecznienie.

Lewica patrząca na rzeczywistość przez takie okulary jak najbardziej istnieje. Mamy Komunistyczną Partię Polski i lewe skrzydła różnych lewicowych mikropartyjek. Ludzi, którzy otwarcie mówią, że „rewolucja to nie jest proszony obiad albo pisanie wypracowanie. Ani też nie malowanie obrazu albo haftowanie; nie może być tak wyrafinowana, tak spokojna i delikatna, tak umiarkowana, miła, kulturalna, powściągliwa i wielkoduszna. Rewolucja to powstanie, akt przemocy, w wyniku którego jedna klasa obala drugą”. To cytat z Mao Tse-Tunga, który przytacza w swojej książce Woś (s. 31) – nie wspominając ani słowem o tym, że w wyniku tej rewolucji śmierć poniosło w Chinach 65 mln osób.

Nie pierwszy to raz, kiedy publicysta „TP” bez większych emocji przechodzi do porządku dziennego nad ofiarami komunizmu (w „To nie jest kraj dla pracowników” były to ofiary „bitwy o handel”). I jest w tym coś niepokojącego, co powinno zapalić – nomen omen – czerwoną lampkę. Lewica rewolucyjna, uważająca przemoc za słuszną formę walki o „swoje” pokazała w XX wieku, że jest jednoznacznie szkodliwa dla naszej cywilizacji, w tym – w szczególności – dla „ludu pracującego”, w którego interesie rzekomo występuje. Dla mnie pozostawienie takich słów lub faktów zacytowanych bądź przytoczonych w pozytywnym kontekście bez wyrażenia żalu z powodu losu osób pozbawionych środków do życia przez PRL czy ginących z głodu i zjadających własne dzieci w ChRL w dobie „Wielkiego Skoku Naprzód” wskazuje na niebezpieczną skłonność do usprawiedliwiania środków ideologicznym celem.

Mam nadzieję, że to jedynie przeoczenie. Być może zresztą tę wizję należy traktować w kategoriach ulubionej utopii autora, latarni, która go prowadzi, ale do której sam nie chciałby dopłynąć. Woś zresztą nie jest rewolucjonistą, nie nawołuje (o ile mi wiadomo) do zajmowania przedsiębiorstw czy zamachów na kapitalistów – i w swoich politycznych rozważaniach szuka tego, co możliwe. O ile zrozumiałe jest, dlaczego radykalni antykapitaliści pozostają na marginesie marginesu polskiej sceny politycznej (i słusznie), o tyle otwarte pozostaje pytanie, dlaczego jesteśmy pozbawieni socjaldemokracji, która, bez względu na to, czy jej przedstawiciel pogodził się z kapitalizmem jako takim (oby!), czy jednak nadal trzyma się marzeń o socjalistycznej utopii, jest potrzebna choćby po to, by korygować wady naszego systemu gospodarczego, których – jak każde ludzkie dzieło – nie jest pozbawiony. Na szczęście autor „Lewicę…” tylko zdawkowo odnosi się do historii lewicowych partii i partyjek po 1989 roku i tego, jak Kuroń (na krótko) zdradził swoje ideały, a potem było już za późno – bo choć to arcyciekawa opowieść dla historycznego freaka, to jednak była już opowiadana sto tysięcy razy, zresztą i przez samego Wosia. Ciekawie i zapewne przygnębiająco dla lewicowców brzmi wyliczanka, w jaki sposób kurczyła się baza wyborcza lewicy. I tak: przestała ona po swojemu definiować wolność, stając się przybudówką do liberalizmu, przez co straciła fundament aksjologiczny. Przestała ją interesować także równość. Ruch robotniczy zrezygnował ze swojego tradycyjnego narzędzia nacisku, czyli strajku. Lewica przestała opowiadać się za państwem opiekuńczym i nawet jej feminizm służy głównie interesowi bogatych kobiet.

Nie pierwszy to raz, kiedy publicysta „TP” bez większych emocji przechodzi do porządku dziennego nad ofiarami komunizmu

Obraz ten jest tylko po części prawdziwy, bo gdy posłuchamy lewicowych polityków z okolic Partii Razem i Wiosny, a także eseldowców młodszego pokolenia, to widać, że te sprawy leżą im na sercu. Tylko co z tego, skoro najbardziej szkodliwe politycznie jest zatracenie braterstwa – bo ono oznacza, zdaniem Wosia, utratę kontaktu z tymi, których się rzekomo reprezentuje i popadanie w klasizm. Do tego dochodzi fakt, iż w dużej mierze do lewicowej wrażliwości odwołuje się Prawo i Sprawiedliwość, realizując na swoją modłę politykę społeczną.

Czy tą trudną sytuację da się zmienić? Jeśli wyciągnąć esencję z argumentacji autora, można powiedzieć, że podąża ona dwiema ścieżkami: tą dotyczącą treści, które prezentować miałaby lewica, i drugą, dotyczącą kwestii taktycznych. Ta pierwsza jest dłuższa i – prawdę mówiąc – ciekawsza. Postulaty, jakimi mogłaby lewica zawalczyć o głosy, to m.in. bezwarunkowy dochód podstawowy (który można by sprzedać jako rozszerzone 500+), podatki od robotów, globalny podatek na rzecz klimatu, podatek spadkowy (dużo tych podatków), dywidenda socjalna w związku z robotyzacją czy polityka pieniężna oparta na „nowoczesnej teorii pieniądza” (MMT). Ta część książki jest wartościowa poznawczo, choć prawdę mówiąc niezbyt dla kogoś, kto na bieżąco czyta publicystykę jej autora (do takich osób zalicza się autor tej recenzji), gdyż bardzo wiele tematów poruszał już wcześniej, a niektóre, wcale nie krótkie fragmenty są wręcz przeklejone z jego wcześniejszej publicystyki. Jednak summa summarum Woś dość przekonująco (choć co do licznych szczegółów można się spierać) pokazuje, że „lewica potrzebna jest do wielu napraw” – nawet jeśli nie jako ich bezpośredni wykonawca czy projektant, to jako wskazujący na realne problemy do rozwiązania.

Jednak lewica chciałaby naprawy wykonywać sama, bo wtedy ich ostateczny rezultat byłby najbliższy jej zapatrywaniom. Jak tego dokonać? Tego dotyczy – dość szczupły – fragment dotyczący taktyki. Woś nie rozpisuje się o konkretnych partiach i nazwiskach, możliwych konstelacjach koalicyjnych – i słusznie, bo to by tylko zdezaktualizowało jego książkę w przeciągu kilku miesięcy. Ważniejszy jest dla niego postulat, by lewica zerwała domyślny mariaż z liberalnymi demokratami – i przynajmniej przemyślała, czy nie bliżej jej faktycznie do prawicowych populistów, których mogłaby „ucywilizować” (patrząc na to z lewicowego punktu widzenia).

Dla autora „To nie jest kraj dla pracowników” istnieje główny postulat: praca i gospodarka; dalej długo, długo nic i dopiero cała reszta. Tymczasem najbliższa chyba Wosiowemu ideałowi Partia Razem wsławiła się akcją „Beata, publikuj”, o „czarnych protestach” nie wspominając

Argumentacja, jaką przedstawia Woś, tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że taka lewica, jakiej chciałby, mogłaby się dogadać z partią Jarosława Kaczyńskiego. Tyle, że takiej lewicy nie ma – może poza samym Wosiem, środowiskiem „Nowego Obywatela” i części bardziej lewicowych związkowców. Dla autora „To nie jest kraj dla pracowników” istnieje główny postulat: praca i gospodarka; dalej długo, długo nic i dopiero cała reszta. Tymczasem najbliższa chyba Wosiowemu ideałowi Partia Razem wsławiła się akcją „Beata, publikuj”, o „czarnych protestach” nie wspominając. Woś ignorując te kwestie (zwłaszcza waląc w demokrację liberalną, niepozwalającą ze swoimi checks and balances robić większości tego, co uważa za słuszne – skąd my to znamy?) popada w sprzeczność, bo z jednej strony bagatelizuje kwestie, których liberalna demokracja z jej hamulcami ma bronić, a z drugiej – gdy pisze o tym, jak powinny wyglądać skuteczne inwestycje – powołuje się na European Quality of Government Index. Zdaniem twórców indeksu na jakość rządzenia wpływają m.in. rządy prawa – a z tymi jest krucho, gdy władza ustawodawcza i wykonawcza może robić, co chce. Z kolei przyciszenie kwestii światopoglądowych byłoby może i korzystne dla lewicy, problem w tym, że są one tak głęboko wpisane w jej DNA, że już samo wspomnienie budzi poważny opór.

Trudno mi powiedzieć, w jakim stopniu ta wizja mogłaby odnieść sukces – niech zastanawiają się nad tym spece od marketingu politycznego i lewicowy politycy, jednocześnie badając. Książkę czytałem z mieszanką fascynacji (tam, gdzie Woś prezentuje propozycje konkretnych rozwiązań realnych problemów) i przerażenia (tam, gdzie – jak rozumiem krystalizowała się Wosiowa wizja świata). Publicyści związani mniej lub bardziej z prawicą mają tendencję do wzdychania za „dobrą” lewicą, taką PPS-owską, lepszą od tych straszliwych postkomuchów. Książka publicysty „Tygodnika Powszechnego” pomaga w zrozumieniu, gdzie jest granica między uznaniem dla roboty myślowej, na której można z korzyścią dla siebie i innych uprawiać intelektualne wyjmowanie rodzynek z ciasta, a gdzie zaczyna się przestrzeń, z którą należy się – z szacunkiem dla drugiej strony – intelektualnie zetrzeć: tam, gdzie na horyzoncie rysuje się wizja likwidacji systemu gospodarczego, opartego na wolnej przedsiębiorczości, własności prywatnej, swobodzie zawierania umów i cenach kształtujących się na rynku, powszechnie nazywanego kapitalizmem. Temu może służyć lektura książki „Lewicę racz nam zwrócić, Panie”.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz