Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

W co ostatecznie gramy?

Ludzkość jako całość nie jest grupą, która może bezpośrednio tworzyć zobowiązania moralne. Zawsze będą to robić mniejsze lub większe podgrupy. Dlatego wszystkie moralne zadania, obowiązki i postulaty muszą być pojmowane z perspektywy konkretnej społeczności w konkretnym czasie

Ludzkość jako całość nie jest grupą, która może bezpośrednio tworzyć zobowiązania moralne. Zawsze będą to robić mniejsze lub większe podgrupy. Dlatego wszystkie moralne zadania, obowiązki i postulaty muszą być pojmowane z perspektywy konkretnej społeczności w konkretnym czasie

Poziom debaty wokół kwestii takich jak gospodarcza globalizacja czy kryzys imigracyjny jest obecnie, delikatnie mówiąc, niezadowalający. A mówiąc wprost, ociera się po obu stronach sporu o moralny nihilizm. Dotyczy to zarówno Polski, jak i świata, przy czym Polska często staje się światowym już symbolem dla lokalistycznej alternatywnej prawicy. Jedna strona uderza zwykle na alarm, straszy totalitaryzmem i wojną. Druga mówi o starciu cywilizacji, chwali wrzucone na Twittera zdjęcia monoetnicznych Polaków jadących metrem lub też rozwodzi się nad słusznym gniewem premier Beaty Szydło. Wydaje się, że obu obozom coraz bardziej przydałaby się odrobina filozoficznej szczerości.

Niepewność i masoni

Teorie spiskowe, coraz bardziej powszechne i szalone, rodzą się bowiem z niepewności co do tego w co właściwie gramy na poziomie ostatecznych celów wielkiego trwającego od końca wieku piętnastego ruchu intelektualnego, który powszechnie nazywamy modernizacją. Demoniczny George Soros, Hillary Clinton jako robot, Angela Merkel jako kryptomuzułmanka, Macron jak iluminata z grupy Bilderberg. Masy nie wiedzą tak naprawdę, w co grają globalistyczne elity, więc dopowiadają sobie resztę na swój sposób. Oczywiście nadal głosują często na globalistów, jednak wybierają Macrona i Ruttego raczej jako mniejsze zło niż w uznaniu ich spójnej wizji politycznej.

Globalizm może oczywiście odtrąbić sukces, który będzie tym większy, jeśli w Anglii przegra Theresa May, w Niemczech wygra Angela Merkel, a w USA dojdzie do impeachmentu Donalda Trumpa. Można stwierdzić, że zwolennicy globalizmu nie muszą się ludowi z niczego tłumaczyć. Prawda jest jednak taka, że napięcia, które doprowadziły do niedawnej rewolty, wcale nie zniknęły. Nadal bowiem nie wiemy, gdzie zmierzamy.

Co gorsza, wbrew teoriom spiskowym wizji celu gry w późną nowoczesność zdają się nie widzieć również proglobalistyczne elity. Podczas kolejnych zjazdów i szczytów rzecznicy globalizmu snują się po prostu smętnie wśród  coraz bardziej obcych dla nich rekwizytów. Tracą już częściowo poczucie, że narody są czymś realnym, a mimo to wciąż muszą wygrywać wybory w państwach narodowych. Tracą poczucie, że czymś realnym jest pieniądz, a mimo to muszą zarządzać bankami. Nie mają wreszcie poczucia, że w kwestiach fundamentalnych istnieje obiektywna prawda, a mimo to muszą piętnować postprawdę u swoich politycznych adwersarzy.

Naukowy nihilizm

Paradoksalnie, właśnie podczas obecnego kryzysu światowego przywództwa nauki szczegółowe dostarczają coraz doskonalszej wiedzy na temat tego, jak działa ludzki umysł, czym jest dla niego charyzma, tożsamość i poczucie wspólnoty. Znamy teorię „hard” i „softpower”. Wiemy o tym, jak, cytując Jonathana Heidta, moralność „łączy i zaślepia”. Wiemy o roli neuroprzekaźników, takich jak serotonina, która nagradza nas za społeczny konformizm oraz dopamina i noradrenalina, które wzmaga nerwową reakcję na wykluczenie ze wspólnoty. Wiemy też o neuronach lustrzanych, które regulują empatię.

By wyjść poza pat pomiędzy globalizmem i lokalistyczną kontrą pora już zaakceptować rzeczywistość taką, jaka jest

Wiemy, lecz co to nam konkretnie daje w dziedzinie życia społecznego? Dość symptomatycznym przykładem, jak bardzo pusta jest nauka o społeczeństwie bez pewnej normatywnej wizji, dostarcza pochodzący z „Gazety Wyborczej” tekst pod tytułem Moralność to atawizm (5.10.2016). Z faktu, że odruchy moralne i stadność są biologicznie uwarunkowane autorka zdaje się bowiem wyciągać wniosek, że należy w imię racjonalności naiwną moralność przezwyciężać. Wszak pojęcie atawizmu zakłada coś na niższym poziomie postępu i rozwoju. Tylko przezwyciężyć w imię czego? Do czego nas postęp od atawizmu do oświecenie prowadzi? Tu autorka tekstu nie ma niestety nic nowego powiedzenia, kończy artykuł pełen odniesień do najnowszych badań naukowych następującą konkluzją – pytaniem:

„Czy żyjąc w świecie, w którym sztuczna inteligencja pozwala nam zrobić wszystko, rzeczywiście możemy przekraczać wszelkie granice? Kim się stajemy, gdy wszystko można?”

Pytanie i cały tekst sugeruje odpowiedź i wraca w gruncie rzeczy do sformułowanej jeszcze pod koniec osiemnastego stulecia wizji Condorceta. Wizji w nieskończoność samodoskonalącej się w pełni racjonalnej jednostki, która z czasem staje się nieśmiertelna i na swój, nieco gnostycki sposób, boska.

Taka jednostka nie potrzebuje też polityki, która z mocy jeszcze arystotelesowskiej definicji potwierdzonej przez nowoczesną naukę, nie jest w pełni racjonalna. Opiera się częściowo na charyzmie, zaspokajaniu podświadomych potrzeb, budowaniu tożsamości, symbolach i wierzeniach. Taka jednostka potrzebuje wszak tylko dobrotliwego administrowania. W momencie, kiedy ono zaistnieje, historia się kończy.

Problem ontologiczny z ową jednostką jest jednak dość prosty: jej zwyczajnie nie ma i nie było. Nacjonalizm można zawsze zastąpić, na przykład plemiennością a plemienność choćby teokracją lub na odwrót. Nie można jednak zlikwidować polityki i moralności w ogóle, bo ona się ludziom przydawała i przydaje, stąd też jej ewolucyjny sukces, jeśli już mamy się teorią ewolucji posługiwać. Założenie, że kochające całą ludzkość jednostki w typie Matki Teresy, czy też zupełni socjopaci jak Ted Bundy, są lepiej przystosowani niż reszta ludzi, raczej się nie broni. Mit o tym, że gdzieś pod warstwami trybalizmów oraz narzuconych moralności i tożsamości tkwi jakiś prawdziwy, wolny i jednostkowy człowiek, jest zaś niczym nieuzasadnionym zabobonem. Wywodzi się jeszcze z koncepcji szlachetnego dzikusa spopularyzowanej przez Rousseau. Jeśli jednak zawierzyć teorii ewolucji, to mówi ona coś wręcz przeciwnego. Nawet małpy człekokształtne, które mają przypominać istoty, z jakich wyewoluowali ludzie, wykazują zachowania czysto polityczne, co świetnie opisał wybitny prymatolog Frans de Waal.

Globaliści nie mają poczucia, że w kwestiach fundamentalnych istnieje obiektywna prawda, a mimo to muszą piętnować postprawdę u swoich politycznych adwersarzy

Wydaje się więc, że nauki polityczne oraz społeczne, a za nimi i społeczna oraz polityczna praktyka, zderzają się obecnie z trudną rzeczywistością, podobnie jak zderzyła się z nią już klasyczna ekonomia. Daniel Kahneman, twórca ekonomii behawioralnej, już wiele lat temu zważył wszak, że klasyczne teorie ekonomiczne, które opisują zachowania ludzi przy pomocy prostej funkcji spodziewanej użyteczności są błędne. Opisują pewne bowiem hipotetyczne podmioty, a nie realnych i nieco irracjonalnych ludzi. Stąd w opartym na takich teoriach systemie gospodarczym z czasem kumulują się sprzeczności.

Łyse łby i lepsi ludzie

Alternatywą dla korekty oświeceniowych zabobonów jest zaś swoisty gnostycki mesjanizm, oczekiwanie na to, aż pojawi się w końcu przynajmniej wąska grupa oświeconych, wybitnych i ponadmoralnych ludzi, którzy poprowadzą resztę ludzkości ku przyszłości bez polityki, a zatem i bez przemocy, nawet tej symbolicznej. Wiele sekt, partii i pomniejszych grupek ideologicznych już na takich oczekiwało. Przykłady można mnożyć, od opisu wierzeń manichejskich pióra św. Augustyna aż po rewolucyjną awangardę Lenina. Zwykle te oczekiwania rozbijały się o coś, co opisuje między innymi Dostojewski. Pisarz ten każe jednemu z bohaterów Braci Karamazow stwierdzić: „Im bardziej kocham ludzkość w ogóle, tym mniej kocham ludzi w szczególe, czyli z osobna, jako poszczególne osoby. (…) W razie nagłej potrzeby może faktycznie dałbym się za ludzi ukrzyżować, a tymczasem wiem z doświadczenia, że nawet dwóch dni nie jestem w stanie przemieszkać z kimś w tym samym pokoju”.

Być może, by wyjść poza pat pomiędzy globalizmem i lokalistyczną kontrą pora już zaakceptować rzeczywistość taką, jak jest. Ludzkość jako całość nie jest i nigdy nie będzie grupą, która może bezpośrednio tworzyć zobowiązania moralne. Zawsze będą to robić mniejsze lub większe podgrupy, dzięki którym ludzie się łączą i dzielą. Dlatego wszystkie moralne zadania, obowiązki i postulaty muszą być pojmowane z perspektywy konkretnej społeczności w konkretnym czasie. Grupa ta w kontekście swojej moralności zadaje też trudne pytania. Elity zaś muszą umieć na te pytania odpowiadać.

Nacjonalizm można zawsze zastąpić, na przykład plemiennością, a plemienność choćby teokracją lub na odwrót

Na przykład solidarność z imigrantami oraz uchodźcami owszem, ale w jakim wymiarze? Gdzie jest ów legalistyczno-filozoficzny standard, który ustawiałby nam orientacyjną granicę pomiędzy wystarczająco a za dużo? Wypowiedź Anny Pamuły, reporterki, która na antenie TVN24 stwierdziła, że warto jest przyjąć siedem tysięcy uchodźców za cenę życia dziesięciu własnych obywateli, brzmi nieco groteskowo. Ale pani Pamuła chyba jako jedyna ze strony zwolenników przyjęcia przybyszów mówi o jakimś konkretnym maksymalnym ryzyku, które jest dla niej do zaakceptowania. Śmiem twierdzić, że to pewien postęp w porównaniu z mglistymi ogólnikami, którymi w tym kontekście posługuje się wielu innych uczestników sporu.

Stosując hasłową humanitarystyczną regułę solidarności ogólnoludzkiej można bowiem równie dobrze uzasadnić przyjęcie kilku tysięcy, jak i kilku milionów ludzi, włącznie z wprowadzeniem automatycznego mechanizmu kwotowego w ramach UE. Zupełny brak standardów rodzi niepewność. Niepewność w społeczeństwie prowadzi zaś do nadczułej rekcji obronnej, wręcz anafilaktycznej („Nie przyjmiemy absolutnie nikogo!”). Reakcja ta jest zaś w  Polsce dodatkowo spotęgowana faktem, że wciąż nie do końca ufamy swojemu państwu i po licznych przesiedleniach oraz zmianach granic kraju sami nie zawsze czujemy się tam, gdzie mieszkamy do końca „u siebie”. Oczywiście tym, którzy obracają się tylko w kręgach progresywistycznych elit może nie przyjść na myśl, że w „łysych łbach”, jak określiła ONR-owców Róża Thun, może panować autentyczny moralny i filozoficzny mętlik, a nie jedynie żądza mordu. Są jednak przyczyny, by sądzić, że tak jest w istocie i że przedstawienie konkretnej wykładni solidarności może w rozmowie z tymi łbami pomóc bardziej niż ciskanie w nie ogryzkami idei oświeceniowych.

 

 

Stały współpracownik Nowej Konfederacji, doktor nauk politycznych. Pracownik Uczelni Łazarskiego. Absolwent Louisiana State University, Ośrodka Studiów Amerykańskich UW oraz Instytutu Filologii Angielskiej UAM. Stypendysta Fundacji Fulbrighta, a także członek Philadelphia Society. Autor tekstów publicystycznych i naukowych z zakresu filozofii polityki oraz politologii porównawczej.

Komentarze

4 odpowiedzi na “W co ostatecznie gramy?”

  1. adam pisze:

    Multikulturalizm jest dla mnie niszczeniem tradycyjnych społeczeństw zachodnich(łacińskich),podobnie jak: “prawo”do zabijania za pomocą eutanazji i aborcji,”ideologia gender”nie mająca podstaw naukowych+”edukacja seksualna” dzieci,feminizm,pacyfizm,stworzone od nowa znaczenie moralności w latach 60,”tolerancji” i “poprawności politycznej”w latach 80,walka z Kościołem w przestrzeni publicznej(który stał na straży kultury i wartości).Aby zrozumieć kwestie dotyczące multikulturalizmu,trzeba wpierw zrozumieć kulturę ilamu,tak bardzo odmienną i jednocześnie wrogą dla naszej cywilizacji zachodniej(łacińskiej).O ile np.przedstawiciele cywilizacji bizantyjskiej czy żydowskiej nie są od nas tak bardzo oddaleni, pomiędzy cywilizacją arabską jest przepaść.Dla muzułmanów istnieje np.dar al-islam(ziemia islamu) albo dar al-harb(ziemia wojny).

  2. Tom pisze:

    Witam
    Pozwole sobie na komentarz.Od 10 lat mieszkam w GB.To co obserwuje na codzien, dowodzi iz intencje islamistow sa bardzo jednoznaczne. Nie bede sie rozwodzil nad umotywowaniem tego co chce przekazac.
    A przekazac chce prosta teze, ze znaczna wiekszosc z nich oczekuje na godzine “x” i rozkaz “od boga” by eliminowac wszystkich kafirow-nas, bialych ludzi.Jest bardzo prawdopodobne, ze dominujacym orezem przeciwko nam , bedzie bron biala z uwagi na jej tradycyjna pozycje w kulturze i wrecz rytualny cel ostrza.
    Ostatnie zamachy na moscice londynskim mialy charakter ofiary rytualnej.
    Islamisci ofiarowali swojemu bogu “biale swinie”
    Prosze przemyslec co napisalem.Bylem naocznym swiadkiem wydarzeń.

  3. MAciej pisze:

    Zatem straciłem pięć minut aby dojść do konkluzji autora, że łyse łby nie mają racji i warto zastanowić się nad jakąś solidarnościową formułą? Ja akurat mam łysy łeb choć włosy same wypadają i nie jestem z ONR. Nie kupuję! Dziękuję, dobranoc!

  4. Ewa pisze:

    A propos wyjątku z cytowanego artykułu… Autorce chodziło chyba o wirtualną rzeczywistość a nie sztuczną inteligencję. AI nie może pozwolić nam na nic, bo jest to w teorii odrębny byt. VR jest miejscem gdzie każdy może co mu się podoba. Tak tylko pomyślałam, bo jakoś to zdanie nie ma dla mnie sensu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz