Myślenie oparte na niszczeniu

Dziś być artystą w Polsce i nie być nihilistą to obciach i wiocha. Nihilizm jest świadectwem powagi i prestiżu

Czy istnieje coś takiego jak „nihilizm po polsku”?

Poszukiwanie kandydatów na nihilistę to zadanie dość jałowe myślowo. Ma ono sens oczywiście w ferworze walki ideologicznej. Pana pytanie bierze się właśnie z tego sensacyjnego porządku, gdzie każdego interesuje, którego z wrogów można obrzucić epitetem nihilisty i jak samemu się przed tym obronić. Jeśli musiałbym już odpowiadać na takie pytanie, to w polskiej kulturze bardzo długo w porównaniu z innymi krajami europejskimi pretendentów do tej etykiety nie było. Szukając na siłę przykładów, wyciąga się różne truchła z gabinetu figur woskowych, jak Stanisław Przybyszewski, który starał się epatować senny Kraków swoją demonicznością i diabelskością. Ale to był taki „jasełkowy diabełek”, jak określił ks. Boniecki Nergala.

I dziś mamy ich sporo.

Nie ma w nich jednak tego radykalnego filozoficznie czy egzystencjalnie nihilizmu. Myślicielom, którzy próbowali się zmierzyć z problemem nihilizmu, a więc negacją sensu, istnienia i wartości, jak Witold Gombrowicz, brakowało w Polsce tej gorączkowej, buntowniczej temperatury, jaką osiągały europejskie salony w XIX wieku. Nie tylko Gombrowicz narzekał na poczciwość naszej kultury, kojarzoną często z obyczajową religijnością i prowincjonalizmem. Przecież to Mickiewicz parafrazował Johanna Herdera, pisząc o Polakach, że „Sławianie, my lubim sielanki”. Gombrowicz w swoich pogadankach dla „Wolnej Europy” wypowiedział pół serio zdanie, że w atmosferze polskiej poczciwości „nawet Żydzi tracili swój jad”. Gdy spojrzymy na „Wielką Improwizację” Mickiewicza, to na pierwszy rzut oka można by uznać ją za bluźnierczy akt wypowiedzenia posłuszeństwa Bogu przedstawionemu tam jako zwodniczy kartezjański demon, którego człowiek w swoim interesie musi zastąpić.

To właściwie Feuerbachowski schemat metafizycznej podmiany, zastąpienie wygasłej woli Bożej wolą ludzką, ustanowienie człowieka jako projektodawcy rzeczywistości. Nowoczesność zaczyna się tam, gdzie człowiek, mówiąc słowami Kanta, dojrzewa do tego, by wziąć swoje sprawy we własne ręce, nie oglądając się na hipotezę Boga, ale stając na jego miejscu. Strukturalnie rzecz biorąc, „Wielka Improwizacja” zgadza się z tym schematem. Jednak uzasadnienie tego nie jest metafizyczne, tylko polityczne – gdy milczący, pozbawiony miłosierdzia Bóg okazuje się carem, Polacy potrzebują proroka. Polityczny kontekst odbiera temu gestowi jego siłę metafizyczną, zwracając uwagę czytelnika na to, że trzeba wywołać kolejne powstanie. Ten bunt w polskiej sztuce nigdzie nie jest doprowadzony do ostatecznej konsekwencji właściwie do lat 30. XX wieku. Kiedy młody Julian Tuwim, wolny od spętań chrześcijańskich i zgodnie z nowoczesną modą, chciał się przedstawić jako bluźnierczy buntownik, w tomiku „Czyhanie na Boga” wydał z siebie pisk myszy. Ta polska poczciwość zostaje dopiero spalona w Auschwitz i wymrożona w sowieckich łagrach. Katastrofa II wojny wybudziła Polaków z dogmatycznej drzemki, to były te przyspieszone korepetycje z nowoczesności. Pod ich wpływem polska kultura się zmieniła. Doświadczenie nihilizmu rodzi nowy typ artysty polskiego – Tadeusz Borowski, Tadeusz Różewicz, Miron Białoszewski, Tadeusz Kantor.

To ludzie, którzy przeżyli tę tragedię.

Ich twórczość to odpowiedź na doświadczenie nihilistyczne, katastrofę, która się zmaterializowała. W czasie wojny mieliśmy w Polsce „szigalewszczyznę” i Płową Bestię biegającą po Warszawie. Ci twórcy to nowy gatunek, którego nie było wcześniej w Polsce i dlatego czasem pojawiają się nawet pytania, czy ci ludzie są w ogóle częścią polskiej kultury.

Przecież kultura się rozwija – to nie jest tak, że skoro kiedyś powiedziano, że „my lubim sielanki”, to będziemy je zawsze lubić.

Ale jest różnica między tym, co moglibyśmy nazwać historyczną aktualizacją entelechii kultury, czyli jej rozmaitymi formami, które jednak przybliżają ją do jej wewnętrznego celu, a tym co Foucault nazywa „cięciem episteme”, czyli zmianą paradygmatu. Katastrofa dwóch totalitaryzmów spowodowała skokową zmianę sposobu myślenia. Widać to choćby na przykładzie wojennej wymiany listów między Czesławem Miłoszem a Jerzym Andrzejewskim, w których analizowali „na żywo” tę katastrofę. Miłosz do 1941–1942 roku myślał, że po wojnie możemy wrócić do dawnej Polski. W pewnym momencie porzucił to przekonanie pod wpływem rozmów z Jarosławem Iwaszkiewiczem i Tadeuszem Krońskim i uznał coś w rodzaju konieczności dziejowej. Andrzejewski, który się z nim wtedy ostro spierał, po wojnie dużo głębiej wchodzi w stalinizm i staje się politrukiem systemu.

Miłosz zrezygnował z roli nauczyciela w wolnej Polsce, skupił się na sobie

Pojawia się kategoria ludzi dawnych – Miłosz urodzony w 1911 roku sięga korzeniami jeszcze Polski przedrozbiorowej – i nowych, jak Różewicz i Borowski, którzy dojrzewają w czasie wojny. To ludzie, którzy pod wpływem nihilistycznego doświadczenia zostali radykalnie uformowani. Nie chcę przez to powiedzieć, że Różewicz był nihilistą, ale mam na myśli jego konsekwentny radykalizm w duchu Marcela Duchampa, lecz nie w sensie popularnego ekscesu, tylko tym niszczycielskim: antyhumanistycznym i antyromantycznym.

Swoją książkę „Wobec nihilizmu” poświęcił Pan dwóm pisarzom: Stanisławowi Ignacemu Witkiewiczowi „Witkacemu” oraz Witoldowi Gombrowiczowi. Witkacy odbiera sobie życie 17 września 1939 roku, Gombrowicz co prawda przeżywa wojnę, ale na obczyźnie i nie funkcjonuje w tych realiach. Czy właśnie to spowodowało, że nie można mówić o nich jako o nihilistach, a jako o pisarzach ustosunkowujących się „wobec nihilizmu”?

Oni dotknęli nihilizmu, który ich pociągał i fascynował jako pewna możliwość myślowa czy życiowa, eksperymentowali z nim i przy tym boleśnie poparzyli, ale nie byli nihilistami takimi jak powiedzmy Michał Bakunin czy Max Stirner, których myślenie opierało się na niszczeniu.

Nie „oparli swojej sprawy na Nicości” jak Stirner. To na czym?

Gombrowicz miał swoją sprawę ze społeczeństwem, z którego czuł się wyobcowany i z polską kulturą, w której nie mieścił się ze swoją wizją rzeczywistości. Musiał wyrąbać sobie przemocą swoje miejsce. Gdyby próbował wślizgiwać się w łaski zastanego kulturowego modelu, to być może zostałby zaakceptowany, ale jako ktoś drugorzędny – a on chciał odgrywać pierwsze skrzypce. Atakował więc system społeczny z jego kulturą, ich anachroniczność i niefunkcjonalność. Przyłączył się do sił nowoczesności, które rozluźniają gorset obyczajowości, zmieniają pole sił społecznych, przez swoją kampanię przeciwko pojęciu dojrzałości, przeciwko szkole i maturze, rytuałom zanurzonym jeszcze w porządku feudalnym, z drugiej strony rozwalał model kultury, który wyrastał z tych więzi społecznych. Dopóki czuł, że musi sobie wyrąbać miejsce w społeczeństwie jako człowiek sukcesu i pierwszorzędny pisarz, to walczył z Polską jako społeczeństwem i polską kulturą. Ale gdy wdrapał się na szczyt, wtedy bardzo szybko zrozumiał, że czegoś mu brakuje i że ta nowoczesność, której był poputczikiem i beneficjentem jest trochę dla niego za głupia.

Spełniła swoją utylitarną funkcję, czy jednak chodziło o jej niski poziom?

Jako że proza w PRL wegetuje w komunistycznej zamrażarce, a na emigracji funkcjonuje Obóz Świętej Trójcy…

…w zamrażarce jeszcze starszej…

…Gombrowicz czyta literaturę francuską, która wydaje się jakąś blagą, błazeństwem albo kłamstwem. Nowoczesne malarstwo też mu się nie podoba. Czyta filozofów, strukturalistów, ale z listy lektur układa słynne hasło: „im mądrzej, tym głupiej”, bo ta góra erudycji nie jest na ludzką miarę i donikąd nas nie prowadzi. Kokietuje czytelnika, pisząc, że jest hreczkosiejem spod Radomia czy Ostrowca Świętokrzyskiego, ale nie do końca żartuje. Ta nowa sztuka i filozofia nie zaspokaja jego potrzeb metafizycznych. Stąd próba stworzenia własnej metafizyki. Gombrowicz jest pisarzem głęboko filozoficznym, który próbuje przy pomocy swoich konstrukcji fabularnych rozwiązać fundamentalne problemy bólu, śmierci, starzenia się, seksualności czy samotności. Był także głęboko sceptyczny wobec przemian obyczajowych i politycznych końca lat 60. XX wieku.

Katastrofa II wojny wybudziła Polaków z dogmatycznej drzemki, to były przyspieszone korepetycje z nowoczesności

Jednak czy pisanie o „Gombrowicza świadomości konieczności wiary”, jak to robi Jakub Lubelski, czy próba żenienia go z kard. Wyszyńskim, jakiej dokonały „Pressje”, nie są trochę na wyrost?

Katolikom trudno oddzielić dwie rzeczy. Spójrzmy na scenę Mszy z „Pornografii”, w trakcie której wszystkim opada entuzjazm do Pana Boga, gdy Msza Św. staje się rytuałem wypranym z treści i wszyscy czekają na to, by się to wreszcie skończyło.

Wielu katolików też tak miewa.

Trzeba oddzielić krytykę pewnej praktyki religijnej, którą jest ta scena, od odrzucenia samej potrzeby metafizycznej, co robią nihiliści. Tak daleko Gombrowicz nie idzie, podobnie zresztą jak Leszek Kołakowski, który zaczynał  w końcu lat 40. od walki z Kościołem i neotomizmem, a potem na początku lat 70. XX wieku napisał „Obecność mitu” i od tamtego czasu każda jego książka była coraz silniejszym argumentem za tezą, że ludzka potrzeba metafizyczna jest nieredukowalna. Bez niej człowiek przestaje być człowiekiem. Podobnie jak on Gombrowicz nie wycofał się z potrzeby metafizycznej. „Kosmos”, ostatnia powieść Gombrowicza, dowodzi, że autor nie chce pogodzić się ze światem, który nie ma sensu.

Tę metafizyczną potrzebę odczuwał także Witkacy, gdy w „Nowych formach w malarstwie” pisał, że „wyrzekanie się bowiem uczuć metafizycznych czyni nas, mimo całego uspołecznienia, bardziej podobnymi do zwierząt, niż nam się wydaje”?

W Witkacym z biegiem lat jest coraz mniej nadziei, że w tym świecie jest jeszcze miejsce dla nieszczęśników jak on, odczuwających potrzebę metafizyczną. Witkiewicz nie miał wątpliwości, że w procesie uspołeczniania specyficzny gatunek „odmetafizycznionego bydlęcia” stanie się doskonałą większością, a ludzie dotknięci tą potrzebą będą zamykani w szpitalach psychiatrycznych.

To bardziej pesymizm niż nihilizm?

Oczywiście. Witkiewicz jednoznacznie wartościował proces historyczny i widział w realizacji postępowej utopii społecznej katastrofę. Zgadzam się z Janem Błońskim, który twierdzi, że dla Witkacego obserwacja rewolucji bolszewickiej była matrycą tego, co ma nadejść.

A jak jest dziś z postawami nihilistycznymi w kulturze?

Tak jak w czasie wojny dokonało się istotowe przekształcenie polskiej kultury, tak i 1989 rok był kolejnym odblokowaniem. Peerelowska opresja polityczna, izolacja kulturowa sprawiały, że wciąż żywe było uniwersum kultury narodowej, sytuacja wymuszała na artystach sięganie po postawy znane z odległej przeszłości, wystarczy choćby sięgnąć po poezję stanu wojennego. Ale po 1989 roku nastąpił gwałtowny, przyspieszony i rabunkowy proces dostosowawczy do tego, co uznaliśmy za standard mówienia o dziedzictwie kulturowym, wartościach historycznych i religijnych w Europie Zachodniej. Jeśli weźmiemy dwie aktualne manifestacje polskiej kultury współczesnej, czyli wystawę „Późna Polskość” na Zamku Ujazdowskim w Warszawie oraz inscenizację „Klątwy” Wyspiańskiego w Teatrze Powszechnym, to one spełniają wszystkie wymogi sztuki nihilistycznej. Tak jak polska kultura przez dziesiątki lat wydawała się impregnowana na te kierunki, tak dziś adaptacja do modelu zachodniego spowodowała hiperinflację postaw nihilistycznych. Dziś być artystą w Polsce i nie być nihilistą to obciach i wiocha. Nihilizm jest świadectwem powagi i prestiżu.

Dziś szkoła jest centrum bezsilności, pozbawiona samowiedzy, opuszczona przez autorytet państwa, przegrywająca z elektroniczną infosferą

O czym to świadczy? Żyjemy w czasach „faktycznego nihilizmu”?

Można w tym dostrzec słabość wielkich pisarzy, którzy nie potrafili nam pomóc w spokojnym przejściu transformacji. Czesław Miłosz wrócił po 1989 roku i niczego nas nie nauczył, a przecież wiele lat wcześniej opisał to wszystko w „Widzeniach nad Zatoką San Francisco”. Wolał jednak w narcystyczny sposób odcinać kupony od należnej mu zresztą sławy.

Miał już swoje lata.

Tylko nie takie były oczekiwania. Pamiętam, jak w 1989 roku studenci w Auditorium Maximum UW czekali na to, co on powie. To byli tacy sami ludzie jak ci, którzy dziś chodzą na „Klątwę”. Cokolwiek by im wtedy powiedział – zrobiliby to. Miłosz zrezygnował z roli nauczyciela w wolnej Polsce, skupił się na sobie. Przez długi czas unikał mówienia o współczesnej literaturze polskiej, w końcu wydusił, że dobrą powieść napisał Tomek Tryzna – „Pannę Nikt” – dzięki czemu ta stała się sezonową sensacją, sfilmowaną zresztą przez Wajdę. To samo można powiedzieć o Leszku Kołakowskim, który nie angażował się w spory o myślenie, wolał żartować, a przecież był w opozycji do głównego nurtu, o czym najlepiej świadczy to, że dziś został starannie zapomniany. Giedroyć nawet do Polski nie przyjechał. A co robił Tadeusz Różewicz? W dalszym ciągu walczył z romantyzmem, epatował Francisem Baconem i papieżem na fotelu dentystycznym, a potem narzekał, że kolejne powieści, które otrzymywały nagrodę „Nike”, są takie miałkie. Najpierw wysuszał źródło, a potem narzekał, że woda nie leci. Polska kultura została opuszczona przez tych wielkoludów. Inni, jak Herbert, Herling-Grudziński czy Rymkiewicz, zostali zmarginalizowani w debacie publicznej jako ekstremiści. A co przez 27 lat zrobiło państwo polskie, by szkoła stała się atrakcyjnym źródłem wiedzy o naszej kulturze?

Czytaliśmy Gombrowicza i Witkacego…

Uczą o nich Bladaczka i Profesor Pimko. Tylko że ci oryginalni Bladaczka i Pimko mieli realną władzę, która wynikała z umiejscowienia szkoły w przedwojennym pejzażu społecznym. Dziś szkoła jest centrum bezsilności, pozbawiona samowiedzy, opuszczona przez autorytet państwa, przegrywająca z elektroniczną infosferą. I potem dziwimy się, że polska literatura nikogo nie interesuje.

Im bardziej prześladujemy nihilistów, tym bardziej chcą nam dowalić

„Oblężenie Teatru Powszechnego” i blokowanie wejść to odpowiednia odpowiedź na nihilizm?

To kiepski pomysł. Nihilizm, który jest przemocą, sam pasie się cenzurą i przemocą. Im bardziej prześladujemy nihilistów, tym bardziej chcą nam dowalić. Nawet w krajach autorytarnych jak Chiny czy putinowska Rosja, które dysponują faktycznym monopolem kulturalnym, taka walka nie miałaby sensu. Jedyny sposób to wytworzenie konkurencyjnej narracji. Bardziej atrakcyjnej niż te grymasy, które są jałowym gestem odrzucenia i niczego ludziom nie dają prócz chwilowego wyładowania emocji i poczucia przynależności do wyższej kasty.

Widzi Pan taką odpowiedź we współczesnej kulturze?

W porównaniu do tego, co było 10 lat temu, widać coraz większy sprzeciw wobec nihilizmu. Ale jakościowo ta odpowiedź rozczarowuje. Jeśli reakcją na nihilizm skandujących na Krakowskim Przedmieściu coś o „Bloody Mary” i „zimnym Lechu” jest film „Smoleńsk”, to nie jest to odpowiedź przekonująca.


O autorach

Mateusz Werner
Mateusz Werner
doktor nauk humanistycznych, filozof kultury, eseista, krytyk filmowy
Stefan Sękowski
Stefan Sękowski
Zastępca redaktora naczelnego „Nowej Konfederacji”, politolog, publicysta


Skomentuj artykuł
  • WordPress(1)
  • Facebook(0)
  • Google Plus(0)
  1. nihilizm jest wygodny, prosty – radość czerpana z destrukcji.

Zostaw swój komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.


*


13 − six =

ZABEZPIECZENIE ANTYSPAMOWE - w celu zabezpieczenia przed robotami spamującymi prosimy rozwiązać proste zadanie. * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.