fbpx
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Unijny wilczy dół dla PiS

Ogromna większość Polaków jest proeuropejska i ogromna większość chce tych 60 miliardów euro, bez których trudno będzie odbudować naszą gospodarkę. A to oznacza możliwość masowej akcji pozaparlamentarnej być może z demonstracjami dorównującymi skalą protestom przeciw złamaniu kompromisu aborcyjnego. Nie z hasłem „wyp.......ć”, a „ratyfikujcie”

Opublikowano list premiera Morawieckiego do przywódców unijnych, informujący o sprzeciwie Polski wobec uzgodnionej między negocjatorami Parlamentu Europejskiego a prezydencją niemiecką wstępnego porozumienia dotyczącego tzw. mechanizmu praworządności. Porozumienie jest wstępne, bo musi zostać zaakceptowane przez PE i Radę UE. Kluczowe zdanie w liście polskiego premiera brzmi następująco: „Bez gwarancji dla poszanowania traktatowych praw państw członkowskich nie widzimy możliwości ratyfikowania budżetu w parlamencie”.

Czego nie chce ratyfikować premier?

Premier raczył być mocno nieprecyzyjny, bo ani roczne budżety UE, ani Wieloletnie Ramy Finansowe nie podlegają ratyfikacji przez parlamenty krajowe, ale wiadomo o co chodzi. Ratyfikacji przez parlamenty krajowe podlega bowiem decyzja UE o zasobach własnych (art. 311 TFUE) integralnie powiązana z WRF oraz, w dzisiejszych okolicznościach, popandemicznym Funduszem Odbudowy.

Gdyby Mateusz Morawiecki użył narzędzia weta w Radzie, to odpowiedzialność tak w ogóle spadłaby na PiS i Jarosława Kaczyńskiego, ale szef polskiego rządu byłby odpowiedzialny osobiście, a to oznaczałoby, że po odejściu z premierostwa nie ma dla niego życia w sektorze bankowo-finansowym

Samego rozporządzenia o mechanizmie praworządności Polska nie jest w stanie zablokować: przyjmowany jest – po konsultacjach międzyinstytucjonalnych – przez Radę według zwykłej procedury ustawodawczej i przegłosowywany przez PE. Polska może jedynie grozić, że w przypadku przyjęcia tego rozporządzenia zablokuje albo WRF, gdzie wymagana jest  jednomyślność w Radzie, albo decyzję o zasobach własnych, gdzie wymagana jest jednomyślność w Radzie i ratyfikacja przez parlament krajowy. Wygląda na to, że premier zdecydował się na tę drugą opcję: bez wetowania w Radzie, a z wykorzystaniem odmowy ratyfikacji przez Sejm, gdzie PiS ma większość bezwzględną. W stosunku do wcześniejszych informacji o groźbie weta, to istotna zmiana polityczna wskazująca zarówno na zawikłaną sytuację wewnątrz obozu władzy, jak i otwierająca nowe możliwości działania przed proeuropejską opozycją wobec PiS.

Zanim jednak do tego przejdę przypomnę tylko konsekwencje zablokowania WRF i Funduszu Odbudowy; pominę polityczne, skupię się na finansowych. Otóż w przypadku budżetu na 2021 rok  Polska stratna nie będzie. Przy blokadzie WRF wchodzi w życie budżet prowizoryczny, czyli przedłuża się pułapy i inne przepisy finansowe z ostatniego roku budżetowego, czyli 2020, w którym po stronie wydatkowej zobowiązania UE ustalono na 168,7 mld euro, a płatności na 153,6 mld euro. Inaczej rzecz się jednak ma z Funduszem Odbudowy. Ten instrument finansowy – 750 mld euro w postaci grantów i nisko oprocentowanych pożyczek w całej perspektywie, z tym że gros jego wykorzystania przypadłoby na pierwsze trzy lata – nie wejdzie w życie, a Polsce przejdzie koło nosa przewidziane dla niej 60 mld euro. Nie wynika z tego, że przejdzie to koło nosa innym krajom unijnym. Możliwe jest bowiem ustanowienie Funduszu przez wykorzystanie mechanizmu wzmocnionej współpracy poprzez porozumienia międzyrządowe i powierzenie Komisji Europejskiej zarządzania nim. Powstanie więc Fundusz Odbudowy z mechanizmem praworządności, ale bez Polski (i ewentualnie Węgier, gdyby też WRF i Fundusz blokowały) (o czym pisał Patryk Gorgol – przyp. red.). Potrzeba do tego woli politycznej, która na pewno się pojawi, trochę czasu i bardzo dużo biurokratyczno-eksperckiej mitręgi.

Jak rubla zarobić

Wybór odmowy ratyfikacji jako drogi do zablokowania WRF i Funduszu Odbudowy ujawnia istotną zmianę wewnątrz obozu władzy. Gdyby Mateusz Morawiecki użył narzędzia weta w Radzie, to odpowiedzialność tak w ogóle spadłaby na PiS i Jarosława Kaczyńskiego, ale szef polskiego rządu byłby odpowiedzialny osobiście, a to oznaczałoby, że po odejściu z premierostwa nie ma dla niego życia w sektorze bankowo-finansowym. Gdy PiS utraci władzę, do czego prędzej lub później dojdzie, Morawiecki nie zostanie zatrudniony w bankowym sektorze publicznym w Polsce, a w sektorze prywatnym w Polsce i na świecie – do końca życia, a jest to przecież człowiek względnie młody;  będzie niszczony i poniewierany jak destruktor i szkodnik. Gdyby nie zawetował i generalnie się zgodził przez to na mechanizm praworządności, to do gardła rzuciliby mu się Zbigniew Ziobro wraz z Beatą Szydło z okrzykami: „Zdrada, za brukselskie euro sprzedał suwerenność!” A tak do Jarosława Kaczyńskiego mówi: „Ja wprawdzie nie wetuję, ale jeśli w odwecie za mechanizm praworządności chcemy zablokować UE, to, proszę bardzo, jest Pan Prezes szefem partii, ma większość w Sejmie, wolna droga. Od blokowania UE, tracenia miliardów euro i dbania o suwerenność, to jest Pan, a nie ja; no, chyba, że się Pan obawia, że się Panu klub posypie jak przy futrzakach, ale to już Pańskie zmartwienie, nie moje”. Natomiast do sektora bankowo-finansowego w Europie Mateusz Morawiecki tym jednym zdaniem z listu kieruje następujące przesłanie: „Słuchajcie, ja może bym na tę całą praworządność się zgodził, bo jestem, tak jak wy, cywilizowanym człowiekiem, ale sami wiecie z jakim pisowskim barachłem muszę w kraju pracować; oni mi tego nie uchwalą, przed czym lojalnie przestrzegam”. Brutalne powiedzenie głosi: cnotę straciła, rubla nie zyskała. Wygląda na to, że Mateusz Morawiecki wpadł na całkiem cwany pomysł, jak cnotę zachować i w związku z tym rubla zarobić.

Przeniesienie blokowania WRF i Funduszu Odbudowy z Rady na forum Sejmu poprzez wybór opcji odmowy ratyfikacji decyzji o zasobach otwiera nowe możliwości przed proeuropejską opozycją. Po pandemii i aborcji pojawił się kolejny wilczy dół, na którego skraju balansuje PiS. Max Weber słusznie zauważył, że to nie idee, a interesy materialne i interesy powiązane z ideami (religijnymi, światopoglądowymi, politycznymi) rządzą zachowaniem ludzi. Dodał przy tym, że te drugie mają nieraz większą wagę niż pierwsze. Połączenie interesów materialnych z interesami ideowymi tworzy razem potężny impuls do działania. A zatem w przypadku sporu o ratyfikację decyzji o zasobach własnych, który będzie się toczył w Sejmie, możliwe jest przeniesienie go poza mury parlamentu. Ogromna większość Polaków jest proeuropejska i ogromna większość chce tych 60 miliardów euro, bez których trudno będzie odbudować naszą gospodarkę. Ogromna większość nie chce, by Polska stała się wielkim Kraśnikiem, którego radni uznali, że zrezygnują z 4 do 10 mln euro dla miasta z Funduszu Norweskiego i nie odwołają uchwały przeciw LGBT, bo to by oznaczało zaparcie się przez nich ich chrześcijańskiej tożsamości.

Już teraz jednak opozycja proeuropejska może i powinna oświadczyć, że porozumiała się w sprawie wspólnego powołania komitetu akcji referendalnej, co zapowiedziałoby zbieranie podpisów

A to oznacza możliwość masowej akcji pozaparlamentarnej być może z demonstracjami dorównującymi skalą protestom przeciw złamaniu kompromisu aborcyjnego. Nie z hasłem „wyp…….ć”, a „ratyfikujcie”. Ważniejsza jest jednak mogłaby się okazać wspólna inicjatywa całej  parlamentarnej i pozaparlamentarnej proeuropejskiej opozycji rozpoczęcia zbierania podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum ogólnokrajowego z prostym pytaniem: „Czy jesteś za ratyfikacją przez Rzeczpospolitą Polską decyzji Rady Unii Europejskiej z dnia….  o zasobach własnych Unii Europejskiej?”. Szeroka akcja informacyjna wyjaśniłaby, że chodzi o 60 mld euro, których PiS chce Polskę pozbawić. Potrzeba będzie minimum pół miliona podpisów i nie powinno być z tym trudności.

Oczywiście akcję zbierania podpisów będzie można rozpocząć dopiero po podjęciu decyzji przez Radę. Nastąpi to wkrótce, bo 16 września tego roku Parlament Europejski spełnił traktatowy wymóg wydania opinii konsultatywnej. Rada podejmie decyzję o zasobach własnych razem z przyjęciem WRF, a więc zapewne przed końcem roku. Już teraz jednak opozycja proeuropejska może i powinna oświadczyć, że porozumiała się w sprawie wspólnego powołania komitetu akcji referendalnej, co zapowiedziałoby zbieranie podpisów. A co zrobić, jeśli nie będzie się jej chciało chcieć, jak to już wiele razy w ciągu ostatnich lat bywało? Sytuacja jest krytyczna i być może wtedy, na początku bez partii opozycyjnych będą musiały się porozumieć w sprawie wspólnego działania organizacje społeczeństwa obywatelskiego.

 

Współpracownik „Nowej Konfederacji”, polityk i publicysta, od 27 kwietnia 2007 do 4 listopada 2007 r. marszałek Sejmu, w latach 2005–2007 wicepremier oraz minister spraw wewnętrznych i administracji w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, były członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego, od 1997 r. poseł na Sejm III, IV, V, VI i VII kadencji. Ludwik Dorn obecnie koncentruje się na analizie działań partii rządzącej, z którą był związany przez większość swojej politycznej działalności. Na naszych łamach porusza też takie tematy, jak polityka i gospodarka.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Unijny wilczy dół dla PiS”

  1. SethAlevy pisze:

    Nie chcę być uszczypliwy, ale patrząc na ostatnie nasze protesty to nie wiem czy przeciętny prostytuujący Polak był by w stanie skandować tak poważne hasło jak “ratyfikujcie”. To zdecydowanie nie jest tak chwytliwe, jak najpopularniejsze hasło na W 🙂
    A już zupełnie poważnie to nie wiem czy sytuacja jest tak prosta i czarno-biała. Po pierwsze wątpię żeby polska scena polityczna w dyskusji o tym potrafiła wyjść poza swoje doraźne interesy. Nie podziewał bym się racjonalności. Po drugie nie jest to chyba sprawa, która by aż tak mobilizowała ludzi. Nie dotyczy aż tak bezpośrednio ogółu i wątpię żeby zmusiła cieszącego się szerokim poparciem zrywu. Po trzecie wydaje mi się, że taki ruch UE nie okaże się zbyt skuteczny w dłuższej perspektywie. Pomijając pewne wątpliwości jak ta praworządność mogła by być wykorzystywana w przyszłości, lepiej moim zdaniem byłoby pozwolić PiSowi po prostu dalej się w stosunkach z UE kompromitować niż dokonywać takiego dość medialnego uderzenia. Szybciej spowoduje to spadek prounijności społeczeństwa niż zmuszenia do uznania tego zapisu. Samo słowo “zmuszenie” brzmi tu zresztą dość źle.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz