Newsletter

Turcja szuka alternatyw dla Zachodu

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan wyraził chęć dołączenia do grupy BRICS. Coraz gorsze relacje z Waszyngtonem i UE popychają Ankarę do poszukiwania rozwiązań innych niż dotychczasowe

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Turecki prezydent od lat prowadzi działania zmierzające do odbudowy statusu swojego kraju jako wielkiego mocarstwa, nazywane polityką neoosmańską lub neootomańską. Użycie tureckiego nacjonalizmu w połączeniu z umiarkowanym islamizmem i — do pewnego stopnia — panturkizmem prędzej czy później musiały doprowadzić do rozdźwięku z dotychczasowymi partnerami z Zachodu. Demonstracją tego był wybór rosyjskiego systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego S-400. Decyzję tę słusznie skrytykowało NATO, stwierdzając, że integracja w struktury Sojuszu obcego, niekompatybilnego systemu stworzy poważne problemy nie tylko natury technicznej, ale też związane z bezpieczeństwem. Proces integracji umożliwiłby bowiem Rosjanom zdobycie dostępu do systemu obrony Paktu.

Krok dalej poszedł amerykański Departament Stanu, grożąc ograniczeniem udziału Ankary w programie myśliwca F-35. Watek podchwyciły niechętne Turcji środowiska greckie i ormiańskie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W kwietniu bieżącego roku grupa republikańskich senatorów złożyła projekt ustawy mającej uniemożliwić dostarczenie tureckiemu lotnictwu F-35. Jako uzasadnienie podano rozkład praworządności w Turcji oraz zbliżenie z Rosją. Wniosek przeszedł w czerwcu, w projekcie budżetu na rok podatkowy 2019 znalazła się stosowna klauzula.

Ankara grozi Waszyngtonowi międzynarodowym procesem, okazuje się jednak, że Amerykanie od lat zakładali możliwość niekorzystnego z ich punktu widzenia rozwoju sytuacji w Turcji. W 2007 r. oba państwa zawarły umowę, w myśl której wszelkie sporne kwestie dotyczące programu F-35 nie mogą być kierowane do trybunałów międzynarodowych ani sądów krajowych.

Członkostwo w BRICS komponuje się z udziałem w G20, Szanghajskiej Organizacji Współpracy i Nowym Jedwabnym Szlaku, są to jednak bardzo luźne struktury, gdzie ścierają się liczne sprzeczne interesy

Jest to dla Turcji poważny cios, ale ekipa rządząca stara się nie tracić fasonu. W prorządowych mediach oraz z ust samego prezydenta Erdoğana padają zapowiedzi o chęci dalszego zacieśniania współpracy z Rosją. Na liście potencjalnych zakupów zbrojeniowych znalazł się system przeciwlotniczy i przeciwrakietowy dalekiego zasięgu S-500 oraz ślimaczący się, mocno niedofinansowany po wyjściu z projektu Indii myśliwiec Su-57.

Pytanie brzmi, jakie są granice rosyjsko-tureckiej współpracy. Oba państwa są tradycyjnymi wrogami, a geopolityka predysponuje je do rywalizacji. Dlatego też nie można mówić o strategicznym partnerstwie, a raczej o doraźnym, taktycznym sojuszu. Rosja nie będzie też w stanie dopomóc pogrążającej się kryzysie tureckiej gospodarce. Przedsiębiorcy z Anatolii widzą większe szanse właśnie w BRICS. Grupa planuje stworzyć do roku 2025 nowy system finansowy, którego członkowie wspieraliby się „bardziej agresywnie”.

Jest to dla Ankary bardzo atrakcyjne rozwiązanie. Do tego dochodzą też względy prestiżowe, Turcja byłaby pierwszym muzułmańskim państwem BRICS i Erdoğan z pewnością wykorzystałby to w walce o prymat w świecie islamu. Są jednak i problemy. BRICS pozostaje ciągle bardziej koncepcją niż realnie funkcjonującą organizacją. Członkostwu Turcji mogą także sprzeciwić się Indie, obawiające się stworzenia precedensu i przyjęcia do grupy Pakistanu.

Erdoğanowi przychodzi płacić za obrany kurs. Polityka neoosmańska musiała wywołać reakcję innych graczy, tak z regionu Bliskiego Wschodu, jak i mocarstw zewnętrznych. Realizacja mocarstwowej polityki wymaga jednak środków, a trapiona coraz ostrzejszym kryzysem turecka gospodarka może nie być w stanie ich dostarczyć. Członkostwo w BRICS komponuje się z udziałem w G20, Szanghajskiej Organizacji Współpracy i Nowym Jedwabnym Szlaku, są to jednak bardzo luźne struktury, gdzie ścierają się liczne sprzeczne interesy. Podejmowane tam decyzje dopiero zaczną przynosić rezultaty. Nawet korzyści płynące z Inicjatywy Pasa i Szlaku, na które Ankara bardzo liczy, pojawią się za jakiś czas, i w najgorszym scenariuszu będą służyć nie odbudowie imperium, a utrzymaniu Turcji na powierzchni.