System pozornego wyboru

Sposób, w jaki głosujemy na posłów, daje nam jedynie złudzenie wpływu na politykę. Ale JOW-y też nie są rozwiązaniem

Sposób, w jaki głosujemy na posłów, daje nam jedynie złudzenie wpływu na politykę. Ale JOW-y też nie są rozwiązaniem

Według ostatniego sondażu CBOS tylko 14 proc. ankietowanych chce zachowania proporcjonalnego systemu wyborczego. W wyborach prezydenckich 20 proc. głosów zdobył Paweł Kukiz, którego jedynym postulatem było wprowadzenie jednomandatowych okręgów w wyborach do sejmu. Nasz system – opisał go Pan szczegółowo w swojej najnowszej książce Złudzenia wyboru – jest naprawdę taki zły?

Mamy dość uciążliwy system z punktu widzenia wyborcy – trudno ogarnąć jego ostateczny efekt, przez co wywołuje on powszechną frustrację. Poza dużymi miastami ten system bazuje na złudzeniach – zarówno kandydatów, jak i wyborców. Chwalebna w założeniu idea, by wyborca jednocześnie z wyborem partii wskazywał również konkretnego kandydata z listy, przełożyła się w polskich realiach na ponury mechanizm. Partiom opłaca się wystawiać kandydatów z każdego powiatu, by przyciągali głosy, natomiast przytłaczająca większość tych kandydatów nie ma szans na mandat. Z dziesięciu kandydatów największych partii dziewięciu nie dostanie mandatu. Te głosy, które na nich padną, zostaną zmarnowane.

Przecież wyborcy wcale nie muszą głosować terytorialnie.

Ale to robią, wiem to, bo poświęciłem parę lat na badanie tego zjawiska. 70 procent wyborców głosuje albo na „jedynkę” z listy, albo na kandydata ze swojego powiatu, który jest najwyżej na liście. Zdarza się, że miażdży on „jedynkę” – choćby w powiecie kolbuszowskim, gdzie ostatnio na pierwszym miejscu listy PiS znalazła się profesor Józefa Hrynkiewicz, zacna osoba, ale niezbyt medialna. Przegrała z posłem Zbigniewem Chmielowcem, startującym z 10. pozycji, byłym burmistrzem z Kolbuszowej, który zdobył tam pięćdziesiąt razy więcej głosów niż ona. Większość posłów nie kandydujących z pierwszego miejsca 90 proc. głosów zawdzięcza swojemu powiatowi.

Posłami zostają głównie kandydaci z większych miast i dużych powiatów. Przez to znaczna część powiatów nie ma swoich reprezentantów.

Spójrzmy na przykład na okręg chełmski, gdzie o mandaty konkurują Biała Podlaska, Zamość i Chełm. Hrubieszów, Włodawa czy Radzyń Podlaski mogą się cieszyć, gdy ktoś się przebije do sejmu. I tak w powiecie krasnostawskim 90 proc. głosów padło na kandydatów, którzy nie zdobyli mandatów.

Tylko co z tego? Mój kandydat nie wszedł, ale trudno, weszli inni z listy, na którą głosowałem.

W dużych miastach nie ma to znaczenia, ale w „Polsce powiatowej” każde niepowodzenie przekłada się na lekkie zniechęcenie do głosowania w kolejnych wyborach. Dobrze to widać, gdy porównamy frekwencję w wyborach ogólnopolskich i samorządowych – bo ci wyborcy, którzy zostają w domu, gdy wybieramy posłów, głosują na wójta czy radnych. Z wyborów na wybory różnica między frekwencją w powiatach, które mają swoich posłów, i w tych, które nie mają, się powiększa, a z perspektywy 20 lat są to znaczące zmiany.

Ten system służy „Polsce wielkomiejskiej”? Powoduje, że w polityce metropolie monopolizują prace w parlamencie?

Trudno powiedzieć, ale na pewno utrudniają prace w ramach klubów parlamentarnych. Największym zagrożeniem dla posła jest jego kolega z listy. Dla losów posłów mniejsze znaczenie ma to, czy ich partii pójdzie w wyborach gorzej niż partii konkurencyjnej, niż to, jaka jest konfiguracja kandydatów na liście. W 2001 roku mandat z listy PSL zdobył na Lubelszczyźnie poseł startujący z 23. miejsca – jako jedyny kandydat z Łukowa. Gdy kandydował cztery lata później, startował już z 3. miejsca, ale jego koledzy z Lublina postarali się o to, by na liście znalazło się jeszcze trzech innych kandydatów z Łukowa, w związku z czym głosy mieszkańców Łukowa i okolic się rozproszyły – i ten poseł nie dostał mandatu. Inny przykład: w 2011 roku Zbigniew Ziobro pomagał w kampanii wyborczej grupie posłów wystawionych z dalszych miejsc. Oni później w ramach wdzięczności zostali jego szablami w sejmie. Być może gdyby nie to, Solidarna Polska w ogóle by nie powstała.

Nasza ordynacja zachęca więc kandydatów do współpracy.

Nieprawda. Jest taka anegdota, jak Churchill wprowadzał młodego posła do Izby Gmin. Tam partia rządząca i opozycja siedzą naprzeciwko siebie. Ten młody człowiek spytał się premiera, jak to jest siedzieć naprzeciwko wrogów. Churchill odpowiedział: drogi kolego, ci naprzeciwko to są przeciwnicy, wrogowie siedzą za plecami. To jednak dotyczyło tylko liderów, siedzących w pierwszych rzędach. W Wielkiej Brytanii poseł z ostatniego rzędu walczy o władzę, ale nie o istnienie. W Polsce poseł z ostatniego rzędu może zostać załatwiony przez swoich kolegów, bo nie ma własnego obszaru, który go wybrał, tylko zawsze konkuruje z kolegami z listy. W teorii gier istnieje pojęcie „złośliwości gry” – na ile dana gra zachęca do kooperacji, a na ile do działań cwaniackich. Ta ordynacja zachęca do działań cwaniackich. Przykładowo jeszcze za czasów AWS jeden z kandydatów nie organizował żadnych spotkań wyborczych, tylko obserwował, gdzie i kiedy spotkania mają jego koledzy partyjni. Potem zjawiał się na ich zebraniach pięć minut przed końcem i rozdawał wychodzącym ludziom swoje materiały wyborcze. I on został posłem, a nie jego pracowici koledzy. Z punktu widzenia tej ordynacji była to rozsądna strategia.

 

Chwalebna w założeniu idea, by wyborca jednocześnie z wyborem partii wskazywał również konkretnego kandydata z listy, przełożyła się w polskich realiach na ponury mechanizm

Jednak przy liście otwartej wyborcy mają większą możliwość współdecydowania o personalnym kształcie sejmu, a przy zamkniętej decydują tylko liderzy partii.

Ale ja nie jestem za wprowadzeniem listy zamkniętej! To wybór między dżumą a cholerą. Jak to opowiadał jeden z hiszpańskich europosłów, przy liście zamkniętej wystarczy wpisać się na listę i można jechać na wakacje, nie trzeba brać udziału w kampanii. W Hiszpanii posłowie spotykają się z obywatelami w trakcie kadencji dwa razy rzadziej niż w Polsce.

To co w zamian? JOW-y, tak jak proponuje Paweł Kukiz?

To też nie jest alternatywa. Nasz system ma też sporo zalet, na przykład opłaca się każdemu regionowi Polski. Mówienie o „Polsce PO” i „Polsce PiS” to pic na wodę, bo w praktyce każda duża partia ma posłów z każdego okręgu, dzięki czemu nie tworzy się koalicji terytorialnych. Odkąd wprowadzono JOW-y, w gminach dochodzi do sytuacji, że radni tworzący większość są reprezentantami jedynie części gminy, a nie całości. To prowadzi do konfliktów, zwłaszcza gdy mamy część miejską i wiejską gminy. Gdyby wprowadzić JOW-y w systemie brytyjskim do sejmu, to w przypadku wygranej PO w obozie władzy prawdopodobnie nie będzie żadnego posła z Podkarpacia, a po wygranej PiS – nie będzie żadnego posła z Zachodniopomorskiego.

Dlaczego zakłada Pan, że ten obecny układ się utrzyma? Kukiz twierdzi, że wprowadzenie JOW-ów zmieni sposób myślenia o mianowaniu kandydatów, bo będą oni o wiele mniej zależni od liderów swoich partii, przez co podział na PO–PiS straci na znaczeniu, jeśli w ogóle przetrwa.

Takie twierdzenie nie jest oparte na faktach. W USA prawybory są regulowane ustawowo – lider partii nie może zablokować ani udziału w głosowaniu, ani kandydowania w prawyborach. Ten system w Stanach działa, ale dlatego, że tam Kongres nie wybiera rządu, dzięki czemu dyscyplina partyjna ma mniejsze znaczenie. Natomiast w Wielkiej Brytanii to liderzy kontrolują nominację kandydatów. Badania nad polityką kanadyjską czy brytyjską wykazują, że głosowanie w JOW-ach zwiększa kierowanie się ogólnokrajowymi programami wyborczymi, a nie zmniejsza. W Irlandii, Szkocji i Walii sytuacja jest specyficzna ze względu na kwestie etniczne, ale w Anglii nie zdobył mandatu nikt z ugrupowania, którego lider nie występował w debacie BBC, a jedyny poseł UKIP to rozłamowiec z konserwatystów.

U nas okręgi byłyby mniejsze, więc kandydaci byliby bardziej rozpoznawalni – a przez to mniej zależni od partii.

Nowa Zelandia jest mniej więcej sto razy mniejsza niż USA, a w jej parlamencie zasiada mniej więcej pięć razy mniej posłów – okręgi wyborcze były więc ok. dwadzieścia razy mniejsze. W 1990 roku w obu tych krajach odbyły się wybory – w Nowej Zelandii były to jedne z ostatnich wyborów według systemu brytyjskiego. Zarówno w USA, jak i w Nowej Zelandii wybrano po jednym niezależnym pośle spoza dwóch głównych partii, w dodatku w Nowej Zelandii był to polityk, który opuścił partię rządzącą. Argument o większej niezależności posłów z małych okręgów to wzruszająca opowieść, tyle że nieprawdziwa.

Skoro nie wybory proporcjonalne i nie JOW-y według modelu brytyjskiego, to co?

Uważam, że najbardziej adekwatny jest system potrafiący połączyć zalety obydwu systemów – czyli spersonalizowany system proporcjonalny, zwany – moim zdaniem myląco – „systemem mieszanym”. Wzorowany na tym stosowanym w Niemczech, gdzie ordynacja jest generalnie proporcjonalna, tyle że stosuje się tam także JOW-y. W skrócie, przy proporcjonalnym przydzielaniu mandatów partiom, posłów wybieranych w okręgach jednomandatowych odejmuje się od tych wybranych na podstawie generalnego poparcia. Dzięki temu zachowuje się proporcjonalność wyniku wyborów, nawet większą niż u nas.

 

Obecna ordynacja zachęca do działań cwaniackich

 

Niecałe 10 lat temu podobną ordynację chciał wprowadzić PiS i wynikało z niej, że ktoś, kto wygra wybory w JOW-ach, może w ogóle nie zdobyć mandatu, bo na przykład jego partia nie przekroczy progu wyborczego.

PiS chciał w ten sposób rozwiązać problem, który pojawił się, gdy system wzorowany na niemieckim wprowadzono we Włoszech. Wtedy wykryto w nim pewne luki. Niemcy przez 50 lat żyli z tym, że głosy oddane w JOW-ach mają mniejszą wagę niż te oddane na listy, chyba że jakaś partia zdobędzie „za dużo” mandatów w JOW-ach. We Włoszech chłopcy Berlusconiego wpadli na to, co Niemcom nie przyszło do głowy: że jeśli kandydatów w JOW-ach zarejestruje się jako niezależnych, to nie trzeba będzie ich odejmować od mandatów należnych na podstawie głosów na listy, w związku z czym partia dostanie więcej mandatów. By temu zapobiec, PiS chciał zakazać niezależnym kandydatom zdobywania mandatów, co jest bez sensu i wcale nie jest konieczne. Uważam, że wystarczy wliczać głosy przydzielone w ramach JOW-ów do ogólnej puli głosów, by uniknąć tego problemu. Dodatkowo można też uniemożliwić partiom, które nie wystawią kandydatów we wszystkich okręgach, zdobywanie mandatów z list krajowych. I problem znika.

Jaki by to miało wpływ na sposób oddawania głosów przez wyborców? W Niemczech część wyborców głosuje taktycznie – głos na listy oddaje na mniejszą partię sojuszniczą (np. niegdyś chadecy na liberałów), głos w JOW-ach na kandydata większej, by mandatu nie dostała partia przeciwna.

Takie rozwiązanie łagodzi obyczaje koalicyjne, choć oczywiście też powoduje tarcia. W RFN duże partie mają wrażenie, że małe partie cwaniaczą. W skrajny sposób widać to w Szkocji, gdzie Zieloni w ogóle nie zarejestrowali kandydatów w JOW-ach i zwrócili się do wyborców laburzystów, by po zagłosowaniu w JOW na swoją partię, drugim głosem wsparli ich listę. Dzięki ich głosom wjechali do parlamentu, ale w konsekwencji stracili na tym sami laburzyści. Gdyby oba głosy były równie cenne, to nikt na takim rozwiązaniu nie wychodziłby źle – jeśli taka sama liczba chadeków zagłosuje na liberałów, a liberałów na chadeków, to obie strony na tym zyskują. Spersonalizowany system proporcjonalny daje także możliwość pokazania złemu posłowi żółtej kartki. Teraz zakładamy, że dobrzy posłowie popierają dobre rządy, a źli – złe. A co, jeśli popieram rząd, a poseł z partii rządzącej z mojego okręgu jest leniwy? W systemie, który proponuję, mogę zagłosować na listę partii, ale za innym kandydatem w okręgu.

Ale jeśli głosy się sumują, to jest to także głos oddany na listę partii opozycyjnej.

To słuszna kara dla partii za tolerowanie słabych kandydatów, choć nie tak drastyczna, jak zagłosowanie na opozycję jedynym głosem. W oryginalnym systemie niemieckim, tak samo jak w brytyjskim, partia może w bezpiecznym okręgu tolerować słabego posła, bo spadek poparcia z 70 do 55 proc. nie ma znaczenia. Dobry jest taki system, w którym jak najwięcej kandydatów jak najbardziej się stara, bo wiedzą, że od tego zależy ich sukces. Z tego też powodu można wykorzystać pomysł stosowany w Badenii Wirtembergii, gdzie w ogóle nie ma list partyjnych, a mandaty przydzielane w części proporcjonalnej dostają najlepsi z przegranych kandydatów w okręgach.

Wyobraźmy sobie, że w życie wchodzą takie rozwiązania, o jakich Pan mówi. Jakie to miałoby obecnie skutki dla sceny politycznej?

Najlepiej tak wprowadzić zmiany, by uporządkować sytuację wewnętrzną w partiach, ale by nie zmieniać układu sił między partiami. Z moich obliczeń wynika, że ordynację personalno-proporcjonalną da się tak wysterować (ustalając sposób przeliczania głosów na mandaty), by zwycięzca dostawał tyle samo mandatów, co w obowiązującym systemie, a mniejsze partie po 5‒10 mandatów więcej, kosztem największej partii opozycyjnej. Takie rozwiązanie mogłyby poprzeć i PO, i PiS, bo każdej się wydaje, że to ona wygra i że to ona nie straci. Zysk małych partii może je przekonać do takiej zmiany. Chodzi o to, by to była rewolucja w działaniu samych partii, a nie w relacjach między partiami. Wbrew pozorom relacje między partiami w Polsce nie są złe w porównaniu do innych krajów.

doktor socjologii, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalista w dziedzinie socjologii polityki, autor książki Złudzenie wyboru

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz