Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Suszą i powodzią

Za melioracje, osuszanie mokradeł i niszczenie naturalnej retencji Polacy będą płacić coraz wyższą cenę

Tegoroczna wiosna oznajmiła suszą i powodzią swoje nadejście. Za głównego winowajcę tych zjawisk można uznać zmiany klimatyczne. A jednak byłoby to wyjaśnienie zbyt proste. Za to, że coraz częściej odczuwamy skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych, winę ponosimy my sami. Za melioracje, osuszanie mokradeł i niszczenie naturalnej retencji Polacy będą płacić coraz wyższą cenę.

Rzeki zostały wyprostowane, a człowiek nakazał im płynąć, wybetonowując ich odcinki

Była sobie rzeka

Przez stulecia rzeka Wisła płynęła sobie bez przeszkód, wytyczając swój bieg kolejnymi meandrami. Rzeczne zakola spowalniały spływ wody zapobiegając powodziom błyskawicznym, a doliny położone wzdłuż rzek były zabagnione i zatrzymywały wodę, pełniąc rolę naturalnego filtra, odsysającego zanieczyszczenia. W górnym biegu Wisły, w jej licznych dopływach, swoje tarło odbywały łososie, które swobodnie wracały z Bałtyku w miejsce swojego wyklucia, aby dać życie kolejnemu pokoleniu ryb. Nie brakowało nam wody, a zapobiegliwi gospodarze nie pomstowali na powódź, lecz korzystali z naturalnego użyźniania, budując swoje domy na bezpiecznych kępach lub w taki sposób, że wysoka woda im nie zagrażała, i nie domagali się od nikogo odszkodowań. W rzecznych dolinach gniazdowały rzadkie dziś gatunki ptaków, których liczebność przez ostatnie dekady gwałtownie spada. Tak było w Polsce, ale już nie jest.

Rzeki zostały wyprostowane, a człowiek nakazał im płynąć, wybetonowując ich odcinki. Mokradła zostały wydrenowane i znikały w zastraszającym tempie. Ale jaka jest korzyść z bagna? – powtarzali sobie melioranci i rzeczni „utrzymaniowcy”. Hydroinżynieria święciła triumfy, prowadząc do przegradzania rzek. Powstawały zbiorniki retencyjne, ośmielając kolejnych ludzi do osiedlania się na terenach zalewowych odebranych rzekom, w cieniu pnących się w górę zapór. Mijały lata. Czynienie sobie rzek i bagien poddanymi święciło swoje największe triumfy w PRL. Jak miało się okazać, po 1989 roku, Polacy odpowiedzialni za gospodarowanie polskimi wodami nie nauczyli się za wiele. Dali na chwilę odpocząć rzekom. Po krótkiej przerwie uruchomili finansowy wór bez dna, do którego wciąż trzeba sypać, aby nadawać sens istnienia pracom utrzymaniowym, melioracyjnym i przeciwpowodziowym. Wyprostowaną i odmuloną rzekę, zamienioną w rów, wciąż trzeba odmulać. W ten sposób, w ramach tzw. prac utrzymaniowych przekopano 20 tysięcy kilometrów małych rzek, a część rzecznych odcinków ponownie uregulowano. Doszło do tak absurdalnych sytuacji, że ciężki sprzęt miał kopać tam, gdzie były suche koryta rzek, pozbawione wody. A to wszystko za unijne i krajowe pieniądze.

Dziś mówi się coraz częściej o dalszym przegradzaniu Wisły. O jej kaskadyzacji. Tłumaczy się, że w związku z wybudowaniem zapory we Włocławku wzrosło zagrożenie powodzią na terenach położonych poniżej tej inwestycji, a w związku z tym należy wznosić kolejne stopnie. Nie myśli się o tym, żeby wygaszać istniejące urządzenia hydrotechniczne, ale planuje się wznosić nowe. Plany obejmują również przystosowanie rzek do żeglugi śródlądowej. Jednak czas ich powstania przypada na najgorszy z możliwych okresów. Duża częstotliwość zjawisk ekstremalnych, w tym suszy i powodzi, sprawi, że nawet ustawiczne pogłębianie rzek nie zabezpieczy przed niskimi stanami wód, a w czasie intensywnych opadów wręcz zwiększy zagrożenie powodzią na czas przejścia wielkiej wody.

 

Nasza wodna pustynia

Polityka osuszania mokradeł, pogłębiania i prostowania rzek doprowadziła do tego, że przestaliśmy zatrzymywać cenną wodę. Zamiast tego przyspieszyliśmy jej spływ. Woda nie będzie zatrzymywać się na osuszonym i zmeliorowanym polu. Popłynie dalej. Zdaniem ekspertów nie można mówić o przypadku w związku z wyraźnym wzrostem liczby powodzi w dużych miastach Polski w porównaniu z okresem przed regulacją rzek. W jednym z wywiadów, dr Wiktor Kotowski z Centrum Ochrony Mokradeł stwierdził wprost: „Woda, która wylałaby się na łąki czy do lasów łęgowych, wróciłaby dzięki parowaniu do ekosystemu albo wsiąkła w grunt.” A tak zamiast wylewać się na teren zalewowy wzdłuż doliny małej rzeki, zalewa gospodarstwa wybudowane w cieniu wałów przeciwpowodziowych. Spuszczamy wodę, która nie ma gdzie się zatrzymać. Nawet w scenariuszu, kiedy nad Polską wiszą ciemne chmury i przechodzą kolejne nawałnice. Ziemia pozbawiona mokradeł i dzikich rzecznych dolin nie zatrzymuje tej wody.

Czy nie taniej i bezpieczniej jest przesiedlić ludzi z tych obszarów, a zaoszczędzone na utrzymanie wałów przeciwpowodziowych środki skierować na jednorazową pomoc osobom z zagrożonych terenów?

Dobra ilustracją tego zjawiska jest krajobraz miejski po przejściu gwałtownych opadów. Od kilkunastu lat włodarze miast uzależnili się od kostki polbrukowej i betonowania miejskich placów. W miejscu, gdzie był trawnik, rosły drzewa, fundowano nam utwardzoną nawierzchnię, która nie jest w stanie zatrzymać wody. Kiedy w tym roku w Skierniewicach zabrakło wody, zestawiono artykuł poświęcony temu deficytowi ze zdjęciem rynku w tym mieście. Dodam, że rynku wyłożonego betonem i kostką. Podobna sytuacja miała miejsce w Białymstoku, kiedy magistrat „rewitalizując” centrum miasta, wyciął park położony obok dawnego miejskiego ratusza i całą przestrzeń nazywaną Rynkiem Kościuszki zabudował szczelnie płytami.

Dziś mówi się o zjawisku „pustyń wodnych”, o miejscach, które zostały pozbawione naturalnej zdolności do retencji i tracą wodę błyskawicznie. Jak dotąd nic nie nauczyły polskich decydentów powtarzające się zjawiska ekstremalne. Najwyższe władze pojawiają się dopiero już po fakcie, w miejscu najbardziej spektakularnych klęsk, kiedy nie da się im już zapobiec.

Przez lata polskie władze samorządowe przespały sprawę uregulowania kwestii zagospodarowania terenów zalewowych. To, że stoi wał przeciwpowodziowy, uznawały za wystarczający argument na wyrażenie swojej zgody, aby wydać kolejne pozwolenie na budowę w miejscach, gdzie przy wielkiej wodzie nie pomoże nawet najwyższe obwałowanie. Ludzkim dramatom mogła zapobiec odgórna inicjatywa zakazująca zabudowy na takim obszarze.

Dziś pytanie należy postawić inaczej – czy stać nas na utrzymywanie zabudowy mieszkaniowej na terenach zalewowych? Czy nie taniej i bezpieczniej jest przesiedlić ludzi z tych obszarów, a zaoszczędzone na utrzymanie wałów przeciwpowodziowych środki  skierować na jednorazową pomoc osobom z zagrożonych terenów? Przez chwilę pojawiła się nawet szansa na wdrożenie takiego podejścia, kiedy w 2013 roku wojewoda małopolski, Jerzy Miller mówił o inicjatywie ustawodawczej, która umożliwiłaby przesiedlanie mieszkańców terenów najbardziej narażonych zalaniem. Argumentował, że „w niektórych miejscach podwyższanie wałów lub budowa innych zabezpieczeń przed powodzią jest znacznie droższa niż mienie, które mają chronić”. Sprawa upadła. Nikt nie miał politycznej odwagi, by forsować te rozwiązania.

Problem zaczyna się w górach

Na mapach zagrożenia pożarowego w polskich lasach najmniej narażonym na ogień obszarem były karpackie nadleśnictwa. To tam odnotowuje się najwięcej opadów, a drzewa skutecznie zatrzymywały wodę. Jednak szanse na utrzymanie tego trendu maleją. Wycinka drzew i związana z nimi powstająca sieć szlaków zrywkowych do ich wywozu sprawiają, że zbocza wycinanych Bieszczad nie będą już zatrzymywały wody i oddawały jej do góry w procesie parowania. Wyniki opublikowanych niedawno badań wyraźnie wskazują, że będzie tylko gorzej, bo zagęszczenie dróg i szlaków zrywkowych w Puszczy Karpackiej jest takie samo, jak w bezlitośnie eksploatowanych lasach tropikalnych na Borneo.

Naszym sojusznikiem w tych działaniach powinien być bóbr. To ten gatunek, który dziś cieszy się wśród decydentów i rolników złą prasą, jest naszym budowniczym, który podnosi z ruiny naturalną retencję w naszym kraju

Woda spływa coraz większym strumieniem, a każdy turysta odwiedzający bieszczadzkie szlaki może porównać kolor wody w potokach położonych w parku narodowym i poza nim. Te cieki wodne położone poza parkowymi granicami zabarwiają się kolorem kawy z mlekiem, co niechybnie oznacza wycinkę prowadzoną na jej brzegach.

W Karpatach zabrano się również za przekształcanie potoków. Pomimo naturalnej retencji, zamiast zadbać o jej utrzymanie, realizowano różne inwestycje. Wśród nich mocnym przykładem jest potok Kamionka na terenie planowanego Turnickiego Parku Narodowego. W tym przypadku również za zniszczono niezwykle cenny odcinek górskiej strugi, uważany za jedno z najważniejszych miejsc w Polsce dla chrząszczy wodnych. Inwestycja z 2012 roku pod nazwą „Zabudowa koryta potoku Kamionka i budowa przepustów pod drogą wewnętrzną”, została dofinansowana w ramach projektu Małej Retencji Górskiej. W jej efekcie zmieniono dolinę potoku, wycięto drzewa, a przechodząc dziś leśną drogą ujrzymy wyłożone kamieniami koryto ujarzmionego potoku. Takie przykłady można mnożyć.

Jak się okazuje, wszędzie przykładamy rękę do tego, aby być zupełnie nieprzygotowanymi na zmiany klimatu. Długotrwały brak deszczu i obfite opady będą nam zagrażać coraz bardziej, bo bezmyślnie zniszczyliśmy nasze wodne zasoby, których nie zatrzymamy w największym nawet zbiorniku retencyjnym.

Być jak bóbr

W czasach klimatycznego kryzysu powinniśmy postawić na odtwarzanie mokradeł tam, gdzie  to tylko możliwe. Takie działania nie wymagają wielkiego placu budowy i wielkich przetargów. Zatrzymywać wodę można na różne sposoby, przywracając dolinom rzek ich wcześniejsze funkcje.

Naszym sojusznikiem w tych działaniach powinien być bóbr. To ten gatunek, który dziś cieszy się wśród decydentów i rolników złą prasą, jest naszym budowniczym, który podnosi z ruiny naturalną retencję w naszym kraju. Przegradzając rzeki, zatrzymując gwałtowny spływ wody, zapobiega powodziom i zwiększa bezpieczeństwo przeciwpożarowe na terenach leśnych.

Dlatego powinniśmy być jak bóbr i zamiast z nim walczyć, pomyśleć o systemie dopłat dla rolników, którzy oddawaliby część swoich gruntów wodzie, zezwalając na jej zatrzymywanie, a przy okazji nie tracąc na tym finansowo. Powinniśmy wodę zatrzymywać w każdym miejscu, na miejskim placu, osiedlowym parkingu, czy też w Puszczy Karpackiej. Inaczej w kolejne lata znów będziemy ofiarami suszy i powodzi.

współpracownik NK, doktor nauk humanistycznych, z wykształcenia historyk, politolog i dziennikarz. Miłośnik przyrody i Wileńszczyzny. Obecnie wspiera działania Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze i prowadzi Magazyn Poświęcony Przyrodzie natropie.tv [1]. Zajmuje się również tematyką afrykańską i interesuje bliskowschodnią, w kontekście niemuzułmańskich społeczności Bliskiego Wschodu.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Suszą i powodzią”

  1. Barnim pisze:

    Warto jeszcze dodać, że od 1989 w Polsce rozmontowano (rozkradziono na złom) szereg małych śluz na rzekach. Sam obserwowałem przez kilka lat, jak taka śluza na Małej Panwi systematycznie była pozbawiana wszystkich elementów metalowych, jednocześnie tracąc swoją funkcję retencyjną. Jedynym plusem wycofania się lokalnych władz z nadzoru nad infrastrukturą rzeczną było to, że rolę tę przejęły bobry, które szybko zaczęły same budować tamy.
    Zastanawiam się też, jakie konsekwencje dla retencji będzie miała realizacja programu PIS udrożnienia rzek i budowy nowych szlaków żeglugowych?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz