Sędziowscy sojusznicy Kaczyńskiego

Można stwierdzić, że obecny kryzys praworządności to wina PiS-u, i tym zamknąć temat. Sprawa jest jednak znacznie głębsza

Prezes Kaczyński może liczyć na elity prawnicze. To jedni z jego najwierniejszych, funkcjonalnych sojuszników. Gotowi regularnie wspierać najważniejsze elementy jego narracji, czy o pychę elit, czy o „komunę” w sądach chodzi. Przychodzący z pomocą w trudnych chwilach.

Publiczne demonstracje zbratania z opozycją polityczną, otwarte wypowiedzi o „nadzwyczajnej kastowości” czy o standardach płacowych w Polsce odegrały już ważną rolę we wzmacnianiu władzy PiS, opartej na narastającej od lat niechęci do starego establishmentu. Teraz poobijany kompromitacją w sprawie ustawy o IPN Kaczyński dostał od prawników kolejny prezent: sędziowski „rokosz”.

Wszystkich przebiła jednak sędzia Gersdorf, najpierw przechadzając się z politykami opozycji, a następnie – jadąc w decydującym momencie na wakacje, jakże stosownie do powagi chwili. Czy można się dziwić, że protesty pod Sądem Najwyższym okazały się niemrawe i naznaczone nieobecnością młodych ludzi?

Nieprzemyślany bunt

Najpierw Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego podjęło słynną uchwałę z 28 czerwca, ogłaszającą niekonstytucyjność części nowych przepisów w sprawie SN, do czego organ ów nie ma uprawnień. Następnie część sędziów SN i NSA, z prezesami Gersdorf i Iwulskim na czele, nie złożyła wymaganych ustawą dokumentów, umożliwiających wnioskowanie o nieprzechodzenie w stan spoczynku, ale deklarując dalszą pracę, powołując się na swoje rozumienie Konstytucji.

To jasne nawiązanie do tradycji polskich rokoszów (wypowiedzenie posłuszeństwa władzy uważanej za niesprawiedliwą), do europejskiej tradycji prawa oporu, do wzorców obywatelskiego nieposłuszeństwa. Gdyby było dobrze przemyślane i przygotowane, należałoby się zastanowić nad szeregiem ważnych kwestii: możliwością legalizacji takiego postępowania, wizją nowego porządku, planem walki i jej granicami. To konieczne do dokładnego rozważenia kwestie, jeśli w imię pewnego rozumienia legalizmu (słusznego lub nie) wypowiada się posłuszeństwo realnej władzy. Raczej nie musimy sobie jednak zaprzątać głowy tymi kwestiami. Ten „rokosz” jest bowiem operetkowy.

Już po jednogłośnym przyjęciu wspomnianej uchwały Zgromadzenia, 9 z 27 objętych przyśpieszonym „spoczynkiem” sędziów w pewien sposób się wyłamało, mimo licznych apeli o „nielegitymizowanie” rzeczonych działań PiS, składając wymagane ustawą dokumenty. Sędzia Iwulski „zapomniał” o swoim epizodzie w wojskowej esbecji. Własne nieposłuszeństwo obywatelskie opisywał zaś językiem tak zawiłym i nudnym, że nawet nazwanie go prawniczym nie oddaje istoty rzeczy: to mowa pieczątkowo-podaniowa. Wszystkich przebiła jednak sędzia Gersdorf, najpierw przechadzając się z politykami opozycji, a następnie – jadąc w decydującym momencie na wakacje, jakże stosownie do powagi chwili. Czy można się dziwić, że protesty pod Sądem Najwyższym okazały się niemrawe i naznaczone nieobecnością młodych ludzi?

Gdyby „rokosz” był poważny, a protesty liczne, Kaczyńskiemu byłoby dużo trudniej urządzić taki spektakl

Liderzy „rokoszu” zasłużyli na wielką wdzięczność Jarosława Kaczyńskiego. Pomogli mu bowiem zrealizować kilka celów. Po pierwsze: po raz kolejny ośmieszyć elity prawnicze. Po drugie: wepchnąć je – zresztą wraz z opozycją stricte polityczną – w kanał „warcholskiej” antysystemowości. Rządzący mogą w efekcie występować w roli spokojnych technokratów, oskarżając przeciwników o łamanie prawa, podważanie legalności władzy i psucie wizerunku kraju za granicą. To całkowite odwrócenie niedawnego układu symbolicznego. Po trzecie: przedłużyć spektakl „orania kasty”, jak coraz częściej słyszę od zwolenników PiS. I wzmocnić – na lepszych z perspektywy Kaczyńskiego warunkach – polaryzację na „rząd zwykłych ludzi” i reprezentantów elit prawniczych. Po czwarte: pokazać się znów w roli twardego i zdecydowanego przywódcy po blamażu związanym z ustawą o IPN.

Wreszcie,  klęska tej antyrządowej akcji ułatwia szefowi PiS dokończenie sprawy w Sądzie Najwyższym. Wraz z rzeczywistymi postkomunistami usunięci zostaną zapewne wszyscy inni nieprzychylni wobec rządu sędziowie po 65 roku życia. W połączeniu z powołaniem nowych członków SN, domknie to proces systemowego podporządkowywania sądownictwa partii rządzącej. W chwili, gdy piszę ten tekst, trwa pokazowe upokarzanie sędziów SN przez nowo wybraną Krajową Radę Sądownictwa. Nie ma to prawnego znaczenia, ale uwiarygadnia PiS w oczach wyborców i konsoliduje tak partię, jak i elektorat. Gdyby „rokosz” był poważny, a protesty liczne, Kaczyńskiemu byłoby dużo trudniej urządzić taki spektakl.

Z patologii, jaką była nadmierna autonomia sądownictwa, przechodzimy do patologii przeciwnej, z punktu widzenia wolności politycznej znacznie bardziej niebezpiecznej.

Kryzys nie wziął się znikąd

Można stwierdzić, że to wina PiS-u, i tym zamknąć temat. Sprawa jest jednak znacznie głębsza. Kaczyński może robić to, co robi, nie tylko dzięki własnej inwencji, ale też dwóm fundamentalnym kwestiom: fali ludowego gniewu na elity, zwłaszcza prawnicze, i słabościom obecnej konstytucji.

Establishment sędziowski zdaje się nie doceniać tego, jak bardzo przyczynił się do obecnej sytuacji. Oskarżenia o „pisizm” nie mogą powstrzymać przed mówieniem prawdy na ten temat. Od wielu lat raporty m.in. Banku Światowego, instytucji unijnych, Rady Europy czy choćby Freedom House (na przykład edycja dotycząca roku 2014, końcówki rządów PO), wskazywały, że wydając na sądy o połowę więcej niż wynosi średnia unijna, otrzymujemy w zamian system mało wydajny, pełen przewlekłości, niekompetencji i arogancji wobec obywatela. Jednocześnie sędziowie uzyskali w Polsce bardzo silną pozycję ustrojową: sami się wybierali, sami wyznaczali sobie standardy, kontrolując inne władze sami nie podlegali ich kontroli (wbrew klasycznym ideom podziału i równoważenia się władz).

Wszelkie próby poważniejszych reform blokowali pod hasłami „zamachu na niezawisłość sędziowską”. Dotyczyło to nawet skromnych prób ograniczenia immunitetu, tak aby zmniejszyć plagę pijaństwa czy przekroczeń prędkości w tej grupie. Poczucie siły, prestiżu i braku kontroli coraz bardziej ich demoralizowało: swego czasu raport warszawskiej Straży Miejskiej wskazywał, że najwyższy poziom naruszeń prawa chronionych immunitetem jest właśnie wśród sędziów. Coraz bardziej wbijały się w szeroką świadomość obrażające zdrowy rozsądek i elementarne poczucie sprawiedliwości wyroki, łagodne dla przestępców, surowe dla zwykłych ludzi. Sięgało to samej góry, łącznie z wybielającym sędziów stanu wojennego Sądem Najwyższym, z Trybunałem Konstytucyjnym obalającym lustrację pod hasłem demokratycznego państwa prawa.

Chlubne, lecz nieliczne głosy krytyczne płynące z wewnątrz środowiska były ignorowane. Nie kto inny jak prof. Andrzej Rzepliński tak pisał w 2004 r. w „Gazecie Wyborczej”: „Sądy i sędziowie zbierają więcej ocen negatywnych niż pozytywnych w badaniach opinii publicznej. Media informują o wcale licznych – jak na profesję ludzi o nieskazitelnych charakterach – aferach korupcyjnych, pijanych sędziach w gmachach sądów i pijanych sędziach za kierownicą samochodów, sędziach – sprawcach przestępstw pospolitych. Co do części tych afer dotychczasowe mechanizmy ustawowe korekcyjne są bezradne wobec siły układu, wobec przejawów demonstrowanej publicznie mentalności oblężonej twierdzy najważniejszych struktur naszego sądownictwa”. Krajową Radę Sądownictwa nazywał zaś „swoistym państwowym związkiem zawodowym, konserwującym interesy źle służące polskiemu sądownictwu”. I co? I nic.

Z patologii, jaką była nadmierna autonomia sądownictwa, przechodzimy do patologii przeciwnej, z punktu widzenia wolności politycznej znacznie bardziej niebezpiecznej

Mało kto już wspomina, że na początku obecnej kadencji Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało zupełnie inny od finalnego projekt reformy KRS, demokratyzujący proces jej wyłaniania, pozostawiając go jednak w gestii sędziów. Reakcja środowiska była zwyczajowa: to zamach na niezawisłość sędziów i trójpodział władzy.

Czy można się dziwić, że rosnąca frustracja i gniew obywateli, konsekwentnie lekceważone i kontrowane znakomitym samopoczuciem korporacji, w końcu wybuchły? Chyba tylko tym, że tak późno. PiS nie jest tu przyczyną, lecz skutkiem. Dziś, gdy zamiast poważnych reform przeprowadza czystki personalne i demoluje instytucje, wylewając dziecko z kąpielą, elity prawnicze są zawiedzione brakiem masowych protestów w obronie sądów. Czy rzeczywiście jest się czemu dziwić po tysiąckrotnym nadużyciu argumentu niezawisłości? Gdy co chwila ogłasza się fałszywy alarm bombowy, w chwili realnego zagrożenia ludzie zostają w domach.

Prawnicze elity przegapiły pełzającą delegitymizację państwa prawa. Zapomniały, jak się zdaje, o jego genezie, którą było danie słabym i średnim (w tym mniejszościom) tarczy chroniącej ich przed silnymi. Gdy ci, którym praworządność miała służyć przede wszystkim, nie czują tarczy w dłoni – system nie działa.

Jak odbudować państwo prawa po PiS?

Odbudowa państwa prawa wymaga zatem nowej jego koncepcji, tworzonej w pierwszym rzędzie z myślą o najsłabszych, dla nich zrozumiałej i atrakcyjnej. Wymaga też odzyskania wiarygodności przez prawnicze elity.

W całym wzmożeniu „obroną Konstytucji” zbyt często umyka fakt, jak bardzo to właśnie sama ustawa zasadnicza przyczyniła się do obecnego kryzysu. Wbrew dominującej retoryce antyrządowej, PiS bardzo dobrze przemyślał i wykorzystał słabości aktu z 1997 r. Za każdym razem, gdy padały zarzuty o łamanie Konstytucji, miał konkretne argumenty prawnicze, przedstawiające jego stanowisko jako odmienną interpretację przepisów. KRS jest wybierana spośród sędziów? Dobrze, ale gdzie jest napisane, że przez sędziów? Wyroki TK podlegają niezwłocznej publikacji? W porządku, skoro tylko „podlegają”, to mamy wybór. Sędziowie Trybunału mają wyróżniać się wiedzą prawniczą? Zgadzamy się, udowodnijcie, że Julia Przyłębska się nie wyróżnia. I tak dalej.

Rzecz nie w tym, żeby bronić konstytucyjności działań PiS-u. Rzecz w tym, że one same się bronią w tym sensie, że za pomocą kilku sprytnych fauli Kaczyński wygrał walkę, unikając dyskwalifikacji. W sensie prawnym najpewniej nie ma dziś jak i komu podważyć konstytucyjności czegokolwiek, co zrobił. A pociągnięcie kogokolwiek do odpowiedzialności będzie bardzo trudne, na granicy niepodobieństwa. Reszta jest erystyką polityków i publicystów.

Konieczne są zmiany w sposobie wyboru TK, KRS i SN, gwarantujące im realną niezależność od władzy politycznej, a zarazem poddające je społecznej kontroli, niedopuszczające do powstania nowego betonu korporacyjnego

Odbudowa państwa prawa wymagać będzie więc nowej myśli konstytucyjnej, projektującej jeśli nie nową ustawę zasadniczą, to przynajmniej ważne nowelizacje obecnej. Konieczne są zmiany w sposobie wyboru TK, KRS i SN, gwarantujące im realną niezależność od władzy politycznej, a zarazem poddające je społecznej kontroli, niedopuszczające do powstania nowego betonu korporacyjnego. Trzeba też wyeliminować ujawnione braki w innych obszarach, takich jak publikacja orzeczeń TK. Nie łudźmy się, że raz odsłonięte nie będą pokusą dla polityków innych niż Kaczyński.

Na obecny kryzys ustrojowo-polityczny warto spojrzeć jak na każdy inny. Nie tylko jak na moment upadku pewnych wartości, ale też – chwilę przesilenia, przeddzień nowego ładu. O jego kształcie trzeba myśleć już teraz. Jeśli państwo prawa ma mieć w Polsce przyszłość, musi zostać oparte na eliminacji przyczyn dzisiejszego kryzysu, nie tylko jego przejawów.

Jak na razie, nie widać zrozumienia głębi problemu ani wśród opozycji politycznej, ani wśród elit prawniczych.

dyrektor i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", „Gościu Niedzielnym”, „Polsce The Times”, "Arcanach", „Super Expressie”, „Znaku”. Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie. Prowadzi profile na Facebooku i Twitterze. https://www.facebook.com/bradziejewski https://twitter.com/Radziejewski

Komentarze

3 odpowiedzi na “Sędziowscy sojusznicy Kaczyńskiego”

  1. Michał Kocur pisze:

    W pełni zgadzam się z głównymi tezami artykułu. Jakieś 10 lat temu, a może wcześniej, prawnicze elity (sędziowie SN, NSA, członkowie KRS) przestały mówić o reformach sądownictwa i zaczęli przekonywać wszystkich dookoła, że polski wymiar sprawiedliwości działa sprawnie i mieści się w normach europejskich. Na poparcie tych tez przywoływano dane statystyczne, z których miało wynikać na przykład, że średnio na wyrok w sprawie cywilnej czeka się w Polsce sześć miesięcy. Taki wynik jest sprzeczny nie tylko z moim doświadczeniem w branży prawniczej, ale też z doświadczeniem wszystkich znanych mi adwokatów i radców prawnych. Nigdy nie znalazłem wyjaśnienia, jak wyczarowano te dane statystyczne, ale można bezpiecznie założyć, że do jednego worka wrzucono prawdziwe procesy z postępowaniami upominawczymi i nakazowymi kończące się nakazem zapłaty w większości przypadków niekwestionowanym przez pozwanego. Innymi słowy, w obronie status quo odwoływano się do oczywistego kłamstwa.

    O tym, jakiej jakości były te elity wiedzieli ci prawnicy, którzy na co dzień zmagali się orzecznictwem SN, czy NSA. W czasie próby prawda ta stała się oczywista i dla nie-fachowców. Raz za razem sędziowie SN udowodniali, że patetyczne gesty w obronie niezależności sądownictwa potrafią zmienić w spektakl, którego nie powstydziłaby się grupa Monty Pythona.

    Mam nastomiast wątpliwości co do Pana tezy, że to tekst Konstytucji przyczynił się do obecnego kryzysu. Bez wątpienia Konstytucja nie jest majstersztykiem z punktu widzenia techniki legislacyjnej, ale każdy tekst prawny podlega wykładni i zawsze można poszukać takiej interpretacji, która będzie korzystna dla interpretatora. W książce „The Rule of Law” Lord Bingham napisał, że warunkiem ‚rule of law’ (państwa prawa) jest to, by prawo było wykładane w dobrej wierze („ministers and public officers at all levels must exercise the powers conferred on them in good faith, fairly, for the purpose for which the powers were conferred, without exceeding the limits of such powers and not unreasonably”). Jeśli brak jest dobrej wiary, żaden tekst nie powstrzyma władzy przed takimi zabiegami interpretacyjnymi, jakich dokonuje obecna władza.

  2. tomek pisze:

    kontrola społeczna to inaczej kontrola polityczna – społeczeństwo realizuje kontrolę za pomocą swoich przedstawicieli, polityków

    TK jest ze swej istoty sądem, w zasadzie trybunałem o zabarwieniu politycznym

    to, że coś jest polityczne nie oznacza, że jest złe – wręcz przeciwnie jest dobre, to maksymalny zakres kontroli, opartej na sporze grup politycznych, jawności, poszukiwaniu konsensu

    polityczność jest nie dobra dla tych, którzy chcą być poza kontrolą, poza demokracją

    problem jest tam gdzie nie ma politycznego sporu – gdzie są porozumienia, oligarchizacja, nomenklaturowość

    polityczność ma swoje poważne wady – ale z pewnością nie jest nią brak kontroli, kontrola polityczna to najlepszy mechanizm kontroli

  3. adam pisze:

    dziwi mnie gdy prawnicy optują za polityczną kontrolą sądów. Tak odczutuję komentarz p. Kocura.
    Czy sędziowie mają być pod kontrolą społeczną ?
    jeśli tak, to przystępując do sporu sądowego powienniście natychcmiast wynając firmę PR albo conajdmniej dogadać sie ze znajomym dziennikarzem, by opisał Wasz przyklad w gazecie
    Wywrzecie „społęczny” nacis na sąd i wygracie sprawę.
    Czy w takim systemie chcecie żyć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz