Róbmy politykę!

Daliśmy sobie wmówić, że polityka to zło. I dzięki temu młode pokolenie w polityce się nie liczy

Daliśmy sobie wmówić, że polityka to zło. I dzięki temu młode pokolenie w polityce się nie liczy

W zbliżających się wyborach prezydenckich znów weźmie udział ponadproporcjonalnie mało osób młodych (18–35 lat). Jednak jeśli już, to zagłosują prawdopodobnie głównie na kandydatów „antyestablishmentowych” – przede wszystkim Janusza Korwin-Mikkego, Pawła Kukiza i Mariana Kowalskiego. Oczywiście może zdarzyć się inaczej, ale wystarczy spojrzeć, jak głosowali „młodzi” w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego i samorządowych (o ile w ogóle głosowali). Zbladła już gwiazda „młodzieżowej” Platformy Obywatelskiej, a Prawo i Sprawiedliwość (nie mówiąc o ludowcach czy Sojuszu Lewicy Demokratycznej) nie wyglądają na jej tle szczególnie lepiej.

Aktywność polityczna młodych ludzi nie wygląda dobrze także na innych polach niż partycypacja wyborcza. Według badania Eurobarometru z 2014 roku zaledwie 2 proc. młodych Polaków angażuje się w działalność polityczną – wypadamy na tym tle gorzej niż reszta Unii Europejskiej (5 proc.; jesteśmy tylko przed Czechami). Przerażająco brzmią dane raportu CBOS „Młodzież 2013”: 72 proc. uczniów najstarszych klas szkół średnich nie potrafi zdefiniować własnych poglądów politycznych.

Dojne pokolenie

Po co właściwie młodzi ludzie powinni angażować się w politykę? Z pewnością dlatego, że po prostu polityka to roztropna troska o dobro wspólne, za które odpowiedzialny jest każdy obywatel. Ale to nie wszystko, powinniśmy bowiem to robić także dla swojego własnego dobra. Sfera publiczna nie jest bowiem jedynie wspólnotowym porządkowaniem relacji społecznych, ale także grą interesów między poszczególnymi grupami. I tą grupą, która ostatnio bardzo mocno traci, są ludzie młodzi.

Żyjemy w kraju, w którym ok. 30 proc. dwudziestokilkulatków nie ma pracy, a jeśli już, to często taką, która pozwala jedynie na wegetację. Owszem, osoba z zerowym doświadczeniem zawodowym nie może liczyć na kokosy, jednak coraz częściej owa praca jest pułapką niskiego i niepewnego dochodu. Nasze pokolenie złapano w pułapkę systemu emerytalnego, w którym z jednej strony utrzymujemy starsze pokolenie, z drugiej nie możemy liczyć na odpowiedni ekwiwalent w przyszłości. Choć na okrągło mówi się o problemach mieszkaniowych młodych ludzi, jak przychodzi co do czego, zarówno jedna, jak i druga strona politycznego sporu szyją programy skrojone bardziej pod deweloperów i banki niż pod osoby potrzebujące własnego lokum.

Politycy nie muszą znajdować skutecznych rozwiązań tego typu problemów, ponieważ osoby głodne pracy, swojego mieszkania i niemogące liczyć na zabezpieczenie swojej emerytury w przyszłości nie wywierają na nich odpowiedniego nacisku. A nie robią tego, bo daliśmy sobie wmówić, że polityka to brudna gra, z którą lepiej nie mieć nic wspólnego. Czterech na pięciu uczniów szkół średnich uważa, że politycy dbają głównie o własne interesy. Zauważmy, co się stało z pojęciem „polityczności”: Gdy ktoś powie, że czyjeś działanie jest „polityczne”, ma na myśli tak naprawdę to, że dany poseł czy senator robi coś po to, by słupki jego partii skoczyły do góry, ewentualnie konkurencji – spadły. Pierwsze miejsce w kategorii „obrzydzanie polityki” zdobyła jednak seria spotów wyborczych Platformy Obywatelskiej z 2010 roku pod wspólnym hasłem „Nie róbmy polityki. Budujmy Polskę”.

Politycy nie muszą znajdować skutecznych rozwiązań problemów młodych, ponieważ młodzi nie wywierają na nich odpowiedniego nacisku

Budowa chodników czy oświetleń bez polityki staje się właśnie wydzieraniem sobie nawzajem przez radnych samorządowego sukna – w celu zapewnienia sobie reelekcji w okręgu. Bez polityki budujemy mosty: dla pana starosty, ale nie dla ludzi. I chyba właśnie o to chodzi, by życie publiczne interesowało ludzi jedynie jako zapasy w błocie, ewentualnie bardziej ekskluzywna forma życia gwiazdek, od których jednak coś zależy. Wówczas łatwiej jest po cichu uprawiać to, o co tzw. opinia publiczna i tak nas podejrzewa. A nawet gdy wyjdzie to na jaw, wielkiego skandalu nie będzie, w końcu „przecież wszyscy tak robią”.

Ograni jak dzieci

Na tym można by zakończyć, i za starożytnym zespołem Turbo wyrazić „żal za kiepski przepis na ten Świat”. Jednak to nie tylko politycy ponoszą winę za tę sytuację, ale także same „dorosłe dzieci”. Bo tak naprawdę nasze głosy jest bardzo łatwo kupić. Weźmy pod uwagę choćby sukces Ruchu Palikota w 2011 roku. Przecież to ugrupowanie weszło do sejmu w dużej mierze właśnie dzięki głosom najmłodszych wyborców. Gorzelnik z Biłgoraja zyskał ich głosy ze względu na swój antyestablishmentowy wizerunek, zoologiczny antyklerykalizm i obietnicę legalizacji marihuany. Gdy okazało się, że nie jest w stanie zrealizować swych postulatów i tak naprawdę stanowi jedynie wyszczekany dodatek do rządu, młodzi przerzucili swoje głosy w dużej mierze na Kongres Nowej Prawicy. O ile jeszcze kilkanaście czy dwadzieścia lat temu o „drużynie Korwina” (wówczas w zupełnie innym składzie i pod inną nazwą) można było mówić, że jest to stronnictwo mające jakąś wizję państwa, o tyle dziś jej przekaz to tylko kilka prostych sloganów. Wygląda na to, że w najbliższych wyborach znów młodzi dadzą się im skusić: według badania IBRIS, przeprowadzonego 16 kwietnia, ponadprzeciętnie duże poparcie wśród młodych mają Janusz Palikot, Janusz Korwin-Mikke, a także Paweł Kukiz, który remedium na całe zło w Polsce widzi w… jednomandatowych okręgach wyborczych.

„Generacja Y” nie potrafi wyrażać swoich potrzeb, łatwo daje skusić się medialnym, w istocie mało znaczącym tematom. Nawet protestując przeciw ACTA, skupiała się głównie na obronie swego prawa do nieograniczonego ściągania plików z internetu – zresztą i ten zapał szybko wygasł. Można powiedzieć, że nasi rodzice i dziadkowie mieli łatwiej, bo mają mity, do których mogą się odwoływać. Osoby starsze od nas o kilkadziesiąt lat mają swoje przeżycia pokoleniowe, takie jak powstanie warszawskie czy karnawał „Solidarności”. My takiego mitu nie mamy, a chcąc się buntować, ciągle rozbijamy się o przymus wyznawania propagandy sukcesu ostatniego ćwierćwiecza.

Tylko czy my w ogóle potrzebujemy takiego mitu? Pomaga on definiować pojęcia i roznieca ogień w sercu, ale my karmimy się gorzkimi mitami utraconych szans. Wydarzenia, do których mogą się odwoływać starsze pokolenia, w sferze realnej zakończyły się porażką: hekatombą stolicy i rozjechaniem „republiki sierpniowej” gąsienicami czołgów, symboli stanu wojennego. Ponadto, jeśli chcielibyśmy mieć własny mit, musielibyśmy swój moment pokoleniowy wymyślić albo wręcz sprowokować. Problem w tym, że tak się nie da. O konieczności liczenia się z realiami gorzko przekonują się działacze Ruchu Narodowego, którzy budują swoją tożsamość wokół Marszu Niepodległości – rokrocznie rozbijanego przez bandy kiboli, wykorzystujących wydarzenie do uprawiania swoich sparingów z policją.

Dla starszych polityków jesteśmy przede wszystkim „bydłem wyborczym”, teczkonosami, ewentualnie ładnym tłem, na którym można przemawiać podczas konwencji

Żeby jednak narodowcom nie było smutno to dodam, że przynajmniej coś robią. Bo tak naprawdę w Polsce „wydarzenia pokoleniowego” nie miałby nawet kto wywołać. Według Eurobarometru 60 proc. młodych ludzi w Polsce nie wykazuje się absolutnie żadną aktywnością społeczną. Żeby się o tym przekonać, warto spojrzeć wokół siebie (a także często… na siebie): czy to działalność polityczna, czy na rzecz swojego osiedla, czy wolontariat, nam się po prostu nie chce. Od czasu do czasu spotkamy się na piwie i popsioczymy na tych, co na górze, ale żeby samemu coś zrobić – „przecież ja nie mam czasu”.

3U

My, pokolenie osób urodzonych pod koniec PRL i na początku III RP, powinniśmy w końcu przebudzić się i poważnie zająć polityką. Nie w każdym przypadku musi to oznaczać np. kandydowanie w wyborach i sprawowanie mandatu posła czy radnego. Aby to jednak miało ręce i nogi, proponuję program złożony z trzech kroków, nazwijmy go 3U: uspołecznienia, uświadomienia i upolitycznienia.

Zmiany muszą zacząć się od mentalności. Piszę to jako osoba świadoma tego, że także sam muszę walczyć z biernością, którą piętnowałem kilka akapitów wcześniej. Ujmę to obrazowo: najnowsze Call of Duty należy wywalić w kosmos, zamiast tego warto usłyszeć zew powinności i wybrać się na najbliższe walne zebranie swojej wspólnoty bądź spółdzielni mieszkaniowej. A w skrajnym przypadku – odwołać ze stanowiska starego piernika i zrobić porządek, tak jak zrobili to przykładowo członkowie mocno zadłużonej wówczas SM „Spójnia” w Luboniu pod Poznaniem, w 2012 roku obierając prezesem ówczesnego 25-latka, którego pierwszą decyzją było obcięcie własnego wynagrodzenia o połowę. Zaletą nas młodych jest to, że nie wiemy, że pewne rzeczy są po prostu niemożliwe do zrealizowania – i je realizujemy.

Gdy już ogarniemy swój najbliższy świat, warto uświadomić sobie, że istnieje coś takiego jak interes pokoleniowy. Są problemy, które nam doskwierają i które należy rozwiązać. I są to problemy poważne, nie dajmy skupić własnej uwagi na kwestiach nieistotnych, jak walka o „prawo do dobrej zabawy”, jak usłyszałem niedawno w jednej z reklam. Interes pokoleniowy nie oznacza, że tak jak chcieliby to ci, którzy ze szlachetnego pojęcia „polityka” uczynili wycieraczkę, także my włączymy się do wyrywania sobie jak największego kawałka sukna. Nie chodzi o to, byśmy przykładowo przestali płacić na emerytury naszych dziadków i zaczęli ich zrzucać ze skał: ale o to, byśmy świadomi tego, że mamy swoje miejsce w społeczeństwie i nie jesteśmy dojnymi krowami, popracowali nad systemem bardziej sprawiedliwym i wydajnym.

Świadomi tego, co nam potrzeba i jak zamierzamy to osiągnąć, musimy także bezpośrednio angażować się w politykę – w końcu interes pokoleniowy potrzebuje także swej reprezentacji politycznej. W ramach starych partii też jest to możliwe, ale trzeba zdawać sobie sprawę z trudności. Dla starszych polityków jesteśmy przede wszystkim „bydłem wyborczym”, teczkonosami, ewentualnie ładnym tłem, na którym można przemawiać podczas konwencji. Pomijając zagrożenie scynicznieniem i wciągnięciem w wir karierowiczostwa, warto zdawać sobie sprawę z tego, że ewentualni mentorzy będą przede wszystkim chcieli wciągnąć nas w swoje rozgrywki. Łatwo stać się żołnierzem nie swojej sprawy, walczącym pod sztandarem tej czy innej partii, a nawet frakcji, bądź kurczowo trzymającym się przestarzałych podziałów ideologicznych – które w kontekście naszych problemów coraz bardziej tracą na znaczeniu.

Ogarnijmy się!

Być może potrzebne będzie stworzenie nowego bądź nowych ugrupowań, które będą reprezentowały interesy młodych. Nie byłby to pierwszy raz: przecież tak zrobili w latach 80. XX wieku przedstawiciele Pokolenia ’68 w Niemczech, tworząc Partię Zielonych. Warto jej los potraktować jako przestrogę: mocno zideologizowani skrajni lewicowcy stali się po latach częścią sytego niemieckiego establishmentu. Dlatego przede wszystkim trzeba się otrząsnąć z antypolitycznego i aspołecznego snu, i ogarnąć się. Nie jesteśmy już dziećmi.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 5 (59)/2015, 6 MAJA–2 CZERWCA, CENA: 0 ZŁ
Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *