Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Reforma czy reformacja: ku czemu zmierza droga synodalna

Droga synodalna, choć stawia trafne i niekiedy konieczne pytania, raczej nie będzie prowadzić do niczego dobrego. Niemieccy katolicy w miejsce reformy, która w pewnych kwestiach jest niezbędna, proponują nową reformację, radykalnie zmieniającą oblicze Kościoła

Obrady niemieckiej drogi synodalnej dopiero się rozpoczęły, ale już dziś – choć będzie ona trwała jeszcze niemal dwa lata – można określić główne kierunki jej zainteresowań oraz to, co może się w jej trakcie zmienić. Etyka seksualna, celibat, model zarządzania Kościołem i odpowiedzialność biskupów przed świeckimi oraz rola kobiet (a w zasadzie kwestia ich kapłaństwa) – to główne przedmioty zainteresowania drogi synodalnej. Jeśli pomysły kościelnych liberałów (a tych jest obecnie w składzie komisji synodalnych większość) zostaną zrealizowane, to niemiecki katolicyzm nabierze zupełnie nowej specyfiki, a być może trzeba powiedzieć nawet mocniej: zerwie z tym, co dotąd za rzymski katolicyzm było uważane. Reforma, która jest konieczna, przekształci się w nową reformację, która zniszczyć może spoistość i jedność Kościoła katolickiego. Wprost mówi o tym metropolita Kolonii, kard. Rainer Maria Woelki, który zaznacza, że duża część „argumentów czy pomysłów, jakie padły podczas obrad, jest nie do pogodzenia z nauczaniem Kościoła”. Wielu z uczestników obrad synodalnych, dodaje kardynał, jest przekonanych, że „Kościół można ukształtować w zupełnie nowy, odmienny sposób”, a sama droga synodalna zaczyna przypominać, jego zdaniem, „protestancki parlament”, który niewiele ma wspólnego z katolickim myśleniem i katolicką tradycją.

Zmiana…

I choć słowa te spotkały się z ostrą reakcją części świeckich uczestników synodu, to już dokument  roboczy przygotowany przez komisję zajmującą się etyką seksualną pokazuje, że metropolita Kolonii może mieć sporo racji. Lektura tych tekstów uświadamia, że Kościół w Niemczech zamierza zrezygnować ze wszystkiego, co było dotąd znakiem rozpoznawczym katolickiej teologii moralnej (a także z części tego, co jest takim znakiem dla biblijnej teologii moralnej). I tak szukając informacji o kwestii antykoncepcji w dokumentach synodalnych można przeczytać, że „nie każdy akt seksualny musi pozostać otwarty na prokreację”, a zasada odpowiedzialnego rodzicielstwa ma dopuszczać stosowanie środków antykoncepcyjnych przez pary małżeńskie. Eksperci przygotowujący dokument zamierzają także uznać wartość aktów homoseksualnych. „Akty homoseksualne realizują także pozytywne wartości, o ile są wyrazem przyjaźni, lojalności i wsparcia w życiu” – podkreślał jeden ze zwolenników owych dokumentów, czyli arcybiskup Stefan Hesse z Hamburga.

Już rok temu biskup Franz-Josef Overbeck wzywał do ponownego przemyślenia stanowiska Kościoła w kwestii homoseksualizmu, a pod koniec 2019 roku o możliwości udzielania błogosławieństwa parom gejowskim mówił kard. Reinhard Marx

I nie jest to głos odosobniony. Już rok temu biskup Franz-Josef Overbeck wzywał do ponownego przemyślenia stanowiska Kościoła w kwestii homoseksualizmu, a pod koniec 2019 roku o możliwości udzielania błogosławieństwa parom gejowskim mówił kard. Reinhard Marx. Wypowiedź tego ostatniego może być wprawdzie rozmaicie rozumiana, bowiem kardynał powiedział jedynie, że każdy może poprosić o błogosławieństwo, a ksiądz zawsze powinien go udzielić, jednak użycie przez niego sformułowania „błogosławieństwo pary homoseksualnej” używane jest w debacie kościelnej jako synonim pewnego obrządku przeznaczonego dla par jednej płci. Czy był to celowy zabieg, mający przygotowywać na zmiany, czy nieprzemyślana wypowiedź – trudno rozstrzygnąć, ale… w niczym nie zmienia to faktu, że nastroje wśród uczestników obrad są raczej przychylne głębokim zmianom w etyce seksualnej. To zaś oznaczać może tylko jedno: odrzucenie dotychczasowych rozstrzygnięć w tym obszarze.

Nie inaczej jest z rolą kobiet w Kościele. Niemieccy „ojcowie i matki synodalne” nie ukrywają, że ich celem nie jest tylko większe uczestnictwo kobiet w życiu Kościoła (ten postulat jest bowiem już w Niemczech z naddatkiem zrealizowany), ale doprowadzenie do zmiany w zakresie kapłaństwa kobiet. Oficjalne dokumenty robocze są w tej sprawie wprawdzie ostrożne, ale wprost zapisane jest w nich, że konieczna jest dyskusja na ten temat. Poddane jest w wątpliwość osiągnięcie ludzkiej pewności w kwestii prawomocności odmówienia święceń kobietom, a także dyskutuje się nad znaczeniem prawnym i kanonicznym magisterialnych rozstrzygnięć w tej sprawie. Co to oznacza? Ujmując rzecz wprost – próbę podważenia jednoznacznego stanowiska (które, zdaniem ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kard. Josepha Ratzingera, powinno być traktowane jako nieomylne) św. Jana Pawła II, który uznał, że Kościół nie ma władzy święcenia kobiet, z czego wynika, że gdyby nawet jakiejś kobietą udzielono takich święceń, to i tak nie stałaby się ona kapłanką. Jeszcze ostrzej, jako że akurat ta sprawa nie została rozstrzygnięta na poziomie Magisterium, stawiana jest kwestia diakonatu kobiet, który powinien zostać, zdaniem autorów dokumentów, „odrodzony”. Kłopot z tym zdaniem polega tylko na tym, że wcale nie jest oczywiste, ani z teologicznego, ani historycznego punktu widzenia, że starożytne diakonisy były diakonkami w znaczeniu sakramentalnym, i że istnieje tradycja, która mogłaby zostać „odrodzona”.

… a może rewolucja?

Ale to nie jedyne pytanie, jakie rodzą pomysły uczestników niemieckiej drogi synodalnej. Otóż wbrew temu, co wydaje się niektórym, zmiany dotyczące etyki seksualnej czy kapłaństwa kobiet nie są łatwe do dokonania. Tak się bowiem składa, że aby to zrobić, trzeba zadać i rozstrzygnąć odmiennie niż dotychczas także wiele innych pytań, także absolutnie fundamentalnych z punktu widzenia doktryny. Znakomicie pokazał to w wywiadzie dla portalu CruxNow arcybiskup Sydney Anthony Fisher. Jego zdaniem, wbrew temu, co wielu może się wydawać, w dyskusji tej wcale nie chodzi o to, czy kobiety są równe mężczyznom pod względem godności i znaczenia, ale o coś zupełnie innego. – Chodzi nie tylko o nasz pogląd na kobiety i mężczyzn, ale o to, jaki jest nasz pogląd na autorytet Tradycji? Na kapłaństwo? Co znajduje się w „pakiecie kapłaństwa”? Co może być wydzielone z tego pakietu, a co mogą lepiej zrobić inni? – podkreśla arcybiskup.

Nie sposób zmienić zasady jedynie męskich święceń, nie odnosząc się do pytania o nieomylność papieską i obowiązywalność Tradycji w Kościele, o relację między Tradycją a Pismem Świętym, o to, co podlega zmianie, a co jest niezmienne

Zadać należy też szereg głębokich pytań dotyczących sakramentologii i eklezjologii, bo nie sposób zmienić zasady jedynie męskich święceń, nie odnosząc się do pytania o nieomylność papieską i obowiązywalność Tradycji w Kościele, o relację między Tradycją a Pismem Świętym, o to, co podlega zmianie, a co jest niezmienne itd. Trudno też nie przedyskutować teologii stworzenia, wcielenia, a także rozumienia sakramentu kapłaństwa i samej struktury Kościoła. Tak samo jest z kwestiami teologii moralnej. Zmiana podejścia do homoseksualizmu wymagałaby nowego ustawienia autorytetu Pisma Świętego (i wcale nie chodzi o zakazy Starego Testamentu czy Listy św. Pawła, ale o teologię stworzenia z księgi Rodzaju), autorytetu całej Tradycji Kościoła, a także samego papieża. Inaczej trzeba by także sformułować rozumienie człowieka, męskości i kobiecości, a co za tym idzie – odrzucić antropologię biblijną.

To, że można to zrobić, że można zreinterpretować rozumienie Biblii, jest rzeczą oczywistą, bowiem zrobiło to już wiele wyznań protestanckich, pytanie jednak, czy można to zrobić i pozostać w kręgu tradycyjnie rozumianej teologii i tradycji katolickiej. Ujmując zaś rzecz ostrzej – nie sposób nie postawić pytania, czy gdy się zmieni to wszystko, to pozostanie się jeszcze katolikiem.

Konieczna dyskusja o władzy

Uwagi te nie oznaczają, że cała debata tocząca się w Niemczech nie ma sensu. Tak zwyczajnie nie jest. Warto przypomnieć, że „droga synodalna” została zorganizowana jako odpowiedź na skandal pedofilski w Kościele niemieckim. Raport, zamówiony zresztą przez Konferencję Episkopatu Niemiec, wykazał, że prawie 4,4 procenta wszystkich niemieckich księży, pracujących tam w latach 1945-2014, jest wiarygodnie oskarżonych o molestowanie seksualne dzieci i młodzieży. Ofiarami byli w większości chłopcy, a ponad połowa ofiar nie miała więcej niż trzynaście lat. W co szóstym przypadku doszło do gwałtu. Jakby tego było mało, jest jasne, że biskupi tuszowali te sprawy, przenosili winnych do nowych parafii, przekupywali wreszcie oskarżających. I właśnie ta sytuacja skłoniła katolików w Niemczech do pytania o odpowiedzialność biskupów, o katolickie struktury władzy, i o to, czy rzeczywiście hierarchowie mają odpowiadać za swoje czyny jedynie przed Bogiem i papieżem?

Aby jednak taka dyskusja była rzeczywiście możliwa, konieczne było wprowadzenie w nią nie tylko samych biskupów, którzy w takiej sytuacji byliby sędziami we własnej sprawie, ale także świeckich. I właśnie dlatego zamiast synodu, w którym głos mieliby jedynie biskupi (a świeccy i szeregowi kapłani jedynie byliby obserwatorami czy doradcami) zorganizowano drogę synodalną, w której uczestniczy dokładnie tylu samych ojców synodalnych świeckich, co biskupów. Głos każdego jest tyle samo warty i tak samo istotny. Formuła ta, nie ma co ukrywać, jest niezgodna z prawem kanonicznym, ale za to umożliwia realną dyskusję i wymianę poglądów. I nawet jeśli może to rodzić niebezpieczeństwo „protestantyzacji Synodu”, to nie ulega wątpliwości, że innej drogi poważnego przedyskutowania tematu władzy w Kościele mogło nie być. Kwestia ta zaś nie ma wymiaru dogmatycznego, a jedynie strukturalny. Tak się bowiem składa, że w średniowieczu biskupów mianowali władcy, albo lokalne kapituły, a odwołać też często można ich było bez udziału papieża. Jeśli teraz jest inaczej, to tylko dlatego, że przejęto w Kościele od państw – zresztą z pewnym opóźnieniem – absolutystyczną formę władzy, wedle której Kościół to papież i biskupi, władza płynie tylko z góry, a Lud Boży ma jedynie słuchać. I choć Sobór Watykański II zmodyfikował to myślenie od strony teologicznej, to w praktyce władzy niewiele się zmieniło. A jeśli – to tylko na gorsze, bo jednostkową odpowiedzialność zastąpiła bezwładna władza, rozproszona w biurokracjach Konferencji Episkopatów.

Można oczywiście zastanawiać się, czy zmiana proponowana przez niemieckich ojców synodalnych będzie zmianą na lepsze, czy nie ulegną oni protestantyzacji i demokratyzacji, ale trudno nie dostrzec, że akurat w tym obszarze ich pytania są słuszne, a potrzeba zmian – oczywista. Jeśli coś rodzi obawę, to jedynie to, że władzę biskupów może zastąpić po „drodze synodalnej” władza asystentów pastoralnych i zawodowych katolików. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że jakiś mechanizm kontrolny i odwoławczy powinien powstać, chyba że chcemy, by były nim skandale medialne, i to na skalę globalną.

Katolicy polscy, słowaccy, czescy, ukraińscy, chorwaccy, węgierscy podobnie postrzegają rzeczywistość i mogliby spokojnie razem obradować, szukając odpowiedzi na część pytań niemieckich, formułując własne pytania i szukając bardziej tradycyjnych i katolickich odpowiedzi

Synod Międzymorza

Oczywiście nie wszystkie pomysły, nawet te zasygnalizowane już w tekstach roboczych, przejdą w niezmiennej formie przez drogę synodalną. Wiele z nich zostanie złagodzonych, a inne – zapewne zastopowane przynajmniej częściowo przez Stolicę Apostolską. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że agenda tematyczna zaproponowana przez niemieckich katolików będzie jeszcze przez wiele lat kształtowała katolicka opinię publiczną, a jej rozwiązania będą inspirować także poważnych hierarchów. Dlatego konieczna jest pogłębiona, teologiczna i filozoficzna odpowiedź na wiele z postulatów i pomysłów synodu. W tej chwili nie wystarczy już odrzucenie ich jako niekatolickich, ale uzasadnienie owego odrzucenia, a także próba zmierzenia się z założeniami, jakie leżą u podstaw tego myślenia. To zaś wymaga poważnej debaty, kto wie, czy nie synodalnej.

Jeśli Kościół w Europie Środkowo-Wschodniej chce zachować własną specyfikę, musi, jak najszybciej, wziąć się do pracy. Katolicy polscy, słowaccy, czescy, ukraińscy, chorwaccy, węgierscy podobnie postrzegają rzeczywistość i mogliby spokojnie razem obradować, szukając odpowiedzi na część pytań niemieckich, formułując własne pytania i szukając bardziej tradycyjnych i katolickich odpowiedzi. Pytanie tylko, czy rzeczywiście jesteśmy do tego zdolni? Jeśli nie, to prędzej czy później bezrefleksyjnie skopiujemy rozwiązania niemieckie.

Filozof, publicysta i działacz katolicki, pisze m.in dla "Do Rzeczy", "Gazety Polskiej" i "Rzeczpospolitej".

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz