Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Ratujmy inceli. Przed ich własną ideologią

Incele potrzebują mądrego wsparcia. Bo ich największym wrogiem nie są kobiety, nie jest społeczeństwo – a straszna, fałszywa ideologia, za pomocą której sami sobie zadają tortury

Przez internet, zwłaszcza lewicowy, przetoczyła się wielka awantura w sprawie inceli. Wszystko ze względu na tekst Patrycji Wieczorkiewicz w „Krytyce Politycznej”, którego dobrym streszczeniem jest lead: „Jeśli mężczyzna sam siebie nazywa przegrywem, to prawdopodobnie znaczy, że stoi za tym realne cierpienie. Kiedy ktoś jest z jakiegoś powodu wykluczony, mówienie mu, że sam jest sobie winien, z pewnością nie powinno być strategią lewicy”. Wieczorkiewicz zdecydowała się spojrzeć z empatią na tę grupę mężczyzn – na „mimowolnych celibatariuszy”, samotnych wbrew swojej woli, nieraz pełnych gniewu na społeczeństwo i kobiety. Zauważyła, że ich problemy są systemowe, a pozbawione empatii rady typu „zmień pracę i weź kredyt” lub „idź na siłownię” tylko przyczynią się do pogłębienia ich frustracji i smutku. „Im dłużej będziemy ignorować realne problemy inceli, zbywając ich jako grupę niebezpiecznych, chcących mordować kobiety, potencjalnych gwałcicieli” – pisze Wieczorkiewicz – „tym bardziej prawdopodobne, że tacy się staną”. Część lewicowego i feministycznego internetu odsądziła autorkę od czci i wiary, bo jak można podchodzić z empatią do faszystów i mizoginów („Pani Wieczorkiewicz tak pięknie usprawiedliwia nienawiść do kobiet”), a z drugiej strony sceny politycznej kiwano głową: “No właśnie, takie są kobiety”. Spróbujmy jednak spojrzeć na temat chłodnym okiem.

Kultura samowystarczalności

Incelizm jest produktem ubocznym szerszego zjawiska seksualnej i miłosnej recesji, o których pisałem w „Nowej Konfederacji”. Nastawienie na miłość, związki, na łączenie się w pary jeszcze w pokoleniach urodzonych w latach 70. było stymulowane i wspierane przez społeczeństwo, przez grupy odniesienia (rodzinę, grupę rówieśniczą – nie mówiąc już o czasach wcześniejszych (“Niech inni toczą wojny, a ty, szczęśliwa Austrio, wstępuj w związki małżeńskie!”). W dobie internetu grupy odniesienia rozproszyły się i zastąpił je w dużej mierze przekaz z sieci. Naturalne dążenie ludzi do łączenia się w pary jest dużo mniej wspierane. Pojawiły się alternatywne style życia poza związkiem, oparte na samowystarczalności. Zwłaszcza w środowiskach wielkomiejskich rezygnacja kobiety z kariery czy działalności społecznej w celu związania się z partnerem i założenia rodziny bywa czymś, czego należy się wstydzić. Zwiększyła się zarówno grupa osób, które nie są w związkach, bo nie chcą, albo nie godzą się na partnera poniżej oczekiwań – jak i osób, które nie są w związkach, bo nie mogą znaleźć zainteresowanej partnerki/partnera. Dlatego grupa osób samotnych wbrew swojej woli zwiększyła się.

Wzorzec kulturowy dla mężczyzn mówi bowiem nadal: “Jesteś coś wart, jeśli pragnie cię kobieta”, zaś wzorzec kulturowy dla kobiet zmienił się: “To, czy jesteś w związku, czy nie, nie stanowi o twojej wartości”

Kulturowy nacisk na to, by ludzie żenili się i wychodzili za mąż, też bywał niszczący i przemocowy. Osoby samotne były traktowane z nieufnością i poddawane społecznemu ostracyzmowi. Kosztem kultury samowystarczalności jest natomiast to, że grupa niezadowolonych ze swojej samotności mężczyzn rośnie szybciej niż grupa kobiet cierpiących z jej powodu. Wzorzec kulturowy dla mężczyzn mówi bowiem nadal: “Jesteś coś wart, jeśli pragnie cię kobieta”, zaś wzorzec kulturowy dla kobiet zmienił się: “To, czy jesteś w związku, czy nie, nie stanowi o twojej wartości”.

We wcześniejszych pokoleniach problem niechcianej samotności też istniał. Wśród osób samotnych, mających trudności ze znalezieniem sobie partnera czy partnerki, było sporo kobiet. W dyskursie „kryzysu męskości” dużo mówiło się o niedojrzałości, braku odpowiedzialności czy lenistwie mężczyzn, którzy nie chcą brać na siebie trudu stałego związku, którzy szukają partnerki idealnej. Dziś incele przypisują chęć poszukiwania idealnego partnera kobietom. Rytualne narzekanie mężczyzn na kobiety, „lecące” na bogatych, przystojnych, barowych podrywaczy było obecne także w innych pokoleniach, ale nie było w żaden sposób zorganizowane, opisane, nie miało własnej reprezentacji grupowej, ideologii i języka. Gdy upowszechniła się komunikacja internetowa, samotni mężczyźni zaczęli komunikować się ze sobą i odkryli, że mają podobne doświadczenia. Ale samo nawiązanie kontaktu nie jest jedyną przyczyną stworzenia internetowej bańki inceli. Przed epoką mediów społecznościowych też istniały subkultury – punkowcy czy metalowcy mieli jednak spajającą ich ideę i zwyczaje. Tymczasem samotność była przypisywana czynnikom jednostkowym. Ktoś jest sam, bo jest strasznie nerwowy, ktoś inny – bo pije, ktoś inny – bo chodzi w brudnych ubraniach. Oczywiście takie „indywidualistyczne” podejście prowadzi na manowce, bo – na co słusznie zwraca uwagę Wieczorkiewicz – przyczyny samotności są dużo głębsze. Na to, że ktoś chodzi zaniedbany lub pije alkohol, składa się wiele czynników i tylko jednym z nich jest własny wybór czy niewystarczające zmaganie się z losem. Jednak tłumaczenie indywidualistyczne czasem bywa mniej groźne niż błędne tłumaczenie „zbiorowe” (czego skutecznie powinien nas nauczyć XX wiek). A wraz z pojawieniem się kanałów kontaktowych w postaci social mediów, w których samotni mężczyźni mogli się ze sobą skontaktować, pojawiło się też tłumaczenie „zbiorowe”: jesteśmy samotni, bo jesteśmy brzydcy, niscy, nieatrakcyjni, a kobiety wybierają tylko najprzystojniejszych i najwyższych mężczyzn. Sama subkultura i jej aparatura językowa (wszystkie te „chady”, „normiki”, „simpy”), przeszła do Polski ze Stanów Zjednoczonych (chciałoby się powiedzieć: co Amerykanin wymyśli, to i Polak polubi). Dlaczego się przyjęła?

Seria bolesnych doświadczeń inceli domagała się nazwania i wyjaśnienia. I oto z USA przychodzi ideologia, która wyjaśnia je w prosty sposób

Proste wyjaśnienie cierpienia

Osoba przeżywająca cierpienie i nierozumiejąca go pragnie odnaleźć sens w tym, co przeżywa. Trudne sytuacje rodzinne, w czasach szkolnych – nierzadko gnębienie przez kolegów i koleżanki, potem wiele negatywnych doświadczeń z kobietami: seria bolesnych doświadczeń inceli domagała się nazwania i wyjaśnienia. I oto z USA przychodzi ideologia, która wyjaśnia je w prosty sposób. Przypomina to dynamikę teorii spiskowych i ruchów rewolucyjnych – od prawicowych do lewicowych, od męskich do kobiecych. I podobnie jak w ich przypadku, idea łącząca inceli jest w dużej mierze fałszywa, choć wyprowadzona z częściowo prawdziwych przesłanek.

W ideologii hipergamii jest mnóstwo przekłamań. Wraz z zatarciem różnic w wykształceniu między kobietami a mężczyznami, kobiety coraz częściej chcą wiązać się z mężczyznami o podobnym, a nie wyższym statusie

Przyczyn swojej samotności incele upatrują najczęściej we własnej domniemanej nieatrakcyjności fizycznej czy złej sytuacji materialnej, ale kultywują też swoistą wersję teorii o hipergamii. Jest to jeden z faktycznie istniejących mechanizmów wyboru partnera przez kobietę – poszukiwanie partnera o wyższym statusie społecznym. Na forach inceli ten mechanizm przedstawiany jest jako jedyny obowiązujący, i nierzadko opisywany w sposób niezwykle przejaskrawiony i uproszczony. Krążą diagramy, według których kobiety zainteresowane są jedynie dwudziestoma, trzydziestoma, czy – w najbardziej optymistycznym wariancie – czterdziestoma procentami najatrakcyjniejszych mężczyzn. Głównym kryterium wysokiego statusu mężczyzny jest zaś jego wygląd zewnętrzny, przede wszystkim wzrost.

„Hipergamia”, źródło: incels.wiki

Diagramy te zostały przetłumaczone na polski i w różnych wersjach krążą po mediach społecznościowych i forach. Oliwy do ognia dolał jeszcze Jordan Peterson, opisujący „kobiecą wybredność” na bazie szczątkowych danych dotyczących Tindera.

Rzecz w tym, że w ideologii stworzonej wokół hipergamii jest mnóstwo przekłamań. Badania pokazują zupełnie inny i dużo bardziej zniuansowany obraz. Przede wszystkim sama hipergamia nie jest jedyną obowiązującą zasadą wyboru partnera. Tomasz Szlendak w „Socjologii rodziny” pisze, że obok poszukiwania jak najatrakcyjniejszego partnera równie istotnym mechanizmem jest homogamia – czyli poszukiwanie osoby o podobnym statusie społeczno-ekonomicznym. Związanie się z taką osobą zapewnia bowiem porozumienie w codziennym życiu, zwiększa prawdopodobieństwo wspólnych wartości, podobnych przyzwyczajeń. W styczniu tego roku, w „Demographic Research” węgierski socjolog Dávid Erát pisze o zaniku hipergamii w 27 państwach Europy. Wraz z zatarciem różnic w wykształceniu między kobietami a mężczyznami, kobiety coraz częściej chcą wiązać się z mężczyznami o podobnym, a nie wyższym statusie.

Na forach inceli krążą diagramy, według których kobiety zainteresowane są jedynie 20%, 30%, czy – w najbardziej optymistycznym wariancie – 40% najatrakcyjniejszych mężczyzn

Owszem, zarówno mężczyźni, jak i kobiety poszukują partnera, który będzie dla nich atrakcyjny. Także większość inceli ma własne kryteria wyboru. Tyle tylko, że preferencje i atrakcyjność partnera to sprawa indywidualna. To znamienne, że zwulgaryzowana teoria hipergamiczna kładzie nacisk na cechy, na które nie mamy żadnego wpływu – na przykład wzrost. Tak jakby w ideologii inceli zasiane było ziarno autodestrukcji. Tej fatalistycznej wizji nie potwierdzają jednak badania. W „Edukacji Humanistycznej” Agnieszka Rychłowska-Niesporek opisuje wyniki ankiety przeprowadzonej wśród singli, które pokazują, że przy wyborze partnera od atrakcyjnego wyglądu dużo ważniejsze są cechy takie jak ciekawa osobowość, uczuciowość, poczucie humoru, wyrozumiałość i zaradność życiowa. Dotychczasowe badania (np. omawiane przez K. Krzyżanowską) wskazują, że wbrew przekonaniom inceli wygląd zewnętrzny jest ważniejszym kryterium wyboru partnera dla mężczyzn, niż dla kobiet. W innych badaniach singielki znów mówią o wadze podobnych zainteresowań, podobnego poczucia humoru, podobnego postrzegania świata.

Potrzeba mądrego trenera

Po lekturze stron i forów inceli można dojść do przerażającego wniosku. Oto grupa ludzi, borykających się z problemem niechcianej samotności, nawiązuje kontakt przez internet i gromadzi się pod sztandarem pewnej ideologii. Rzecz w tym, że jest ona dla nich samych śmiercionośna. Nie dość, że już są w trudnej sytuacji, to ideologia, którą przyjmują, i która spaja ich grupę, przedstawia tak skrajnie pesymistyczną, przejaskrawioną i fałszywą interpretację rzeczywistości, że odbiera im wszelką nadzieję i budzi dodatkową frustrację. Torpeduje indywidualne próby wyjścia z sytuacji, próby sensownej, zorganizowanej pracy nad rozwiązaniami systemowymi, a nawet uniemożliwia minimalną choćby akceptację własnego życia, która jest punktem wyjścia do jakichkolwiek konstruktywnych działań. Wpycha ich głęboko w fatalizm, z którego trudno się wyplątać.

Zgadzam się z Patrycją Wieczorkiewicz, że rady typu „weź się za siebie” często – zwłaszcza w przypadku osób zmagających się z depresją – pogarszają sytuację. Jednak wyjście inceli z trudnej sytuacji nie odbędzie się bez ich działania, bez zadbania o siebie i zaopiekowania się samymi sobą. Incele najczęściej nie są sami sobie winni, ale ideologia, którą przyjmują, niszczy ich – w jej świetle zawsze będą „przegrywami” i będą się katować, jak za sprawą freudowskiego mechanizmu obronnego identyfikacji z agresorem.

Inceli nie należy ani niszczyć, ani się nad nimi użalać. Potrzebują kogoś, kto będzie jak mądry rodzic lub trener (nie coach!) – kogoś, kto będzie ich akceptował, ale też wymagał od nich i urealniał ich wizję świata

W tej sytuacji niezbędna jest empatia, o której mówi Wieczorkiewicz. Sama empatia jednak nie wystarczy. Potrzebna jest incelom alternatywna, racjonalna wizja świata, inna niż przerażające i kłamliwe, czarne scenariusze reprodukowane na ich forach. Wizja świata, która nie jest przesłodzona, ale też nie jest katastroficzna. Wiele cech, zwłaszcza społecznych, które są atrakcyjne dla potencjalnego partnera, można w sobie wypracować, jeśli nie dostało się ich w domu, jednak często wymaga to terapii, która dużo kosztuje. Zacząć należy od zauważenia problemu. Jest wiele instytucji i organizacji pozarządowych wspierających kobiety czy osoby z niepełnosprawnościami. Mogłyby powstawać organizacje, które wspierają w mądry sposób samotnych, młodych mężczyzn, lecz dotąd ten problem był systemowo niezauważany (tym bardziej pochwały należą się Patrycji Wieczorkiewicz, która odważnie o nim napisała). Inceli nie należy ani niszczyć, ani się nad nimi użalać. Potrzebują kogoś, kto będzie jak mądry rodzic lub trener (nie coach!) – kogoś, kto będzie ich akceptował, ale też wymagał od nich i urealniał ich wizję świata. Bo dziś największym ich wrogiem nie są kobiety, nie jest społeczeństwo – a straszliwa ideologia, za pomocą której sami zadają sobie tortury.

>>>KUP KSIĄŻKĘ JAREMY PIEKUTOWSKIEGO “OD FOLIOWYCH CZAPECZEK DO SEKSUALNEJ RECESJI<<<

>>>KUP KSIĄŻKĘ JAREMY PIEKUTOWSKIEGO “OD FOLIOWYCH CZAPECZEK DO SEKSUALNEJ RECESJI<<<

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

7 odpowiedzi na “Ratujmy inceli. Przed ich własną ideologią”

  1. Szef pisze:

    Męskie imiona nie kończą się na “a”.

  2. rmweb pisze:

    Jeśli mam być szczery, to zarówno wszelkie te teorie incelskie jak i tradycyjne sposoby poznawania ludzi w dzisiejszych czasach się nie sprawdzają, znaczy może i działają, ale u ludzi normalnych, normalnych w sensie przeciętnych, ale są jeszcze ludzie, którzy nie pasują do współczesnej kultury pod żadnych względem. Dlaczego? Bo pracują zdalnie przed kompem, bo mieszkają na odludziu i to lubią, bo są silnie introwertyczni, więc mają niewielkie potrzeby społeczne, a skoro mają niewielkie, to nie odczuwają potrzeby, żeby się szlajać nie wiadomo gdzie, a nawet jak próbują gdzieś wyjść, to nie wiedzą gdzie i po co, a znajomych, którzy są ogarnięci w tej dziedzinie, też nie mają. Zazwyczaj jak taka osoba gdzieś wyjdzie, to do parku albo coś w tym rodzaju, bo jest ładnie, ale to znowu miejsce małotowarzyskie i tak to się zapętla. Często wiodą też małokonsumpcjonistyczny tryb życia, co jeszcze pogarsza sytuację. Oczywiście taki styl życia jest zdrowy, bo człowiek nie daje się prowadzić modzie i nie ulega sztucznie wykreowanym potrzebom, no ale ma to też drugą stronę medalu, bo w dzisiejszym społeczeństwie masowym wszystko ulega szybkim przemianom, a jak ktoś nie podążą za trendami, to właściwie nie wie, jak to życie towarzyskie wygląda, a taka wiedza w tym kontekście jest akurat przydatna. Co wtedy robi taka osoba? Zakłada konto na jakimś portalu typu tinder czy innym badziewiu, ale te narzędzia tak naprawdę są do niczego. To jest tylko wyłudzanie pieniędzy od ludzi. Mechanizm takiego portalu polega na tym, że znaczna część kont to są boty, konta nieaktywne albo zwykli pracownicy, którzy zresztą się uaktywniają, jak się wykupi stosowny pakiet. Prawdopodobieństwo, że się tam kogoś znajdzie jest niewielkie. Jedynym sensownym rozwiązaniem są portale społecznościowe.

  3. jacek_wwa pisze:

    To mówicie że jak LGBTQ+ to “ludzie a nie ideologia” ale incele to już ideologia a nie ludzie?

  4. Marek pisze:

    W sumie dobry tekst. Ale ci ludzie nie mają tych trenerów właśnie – żeby naprawiali swoje wady, problemy emocjonalne, brak zaradności, problemy fizyczne.. no nie ma tego. Bo do tego trzeba by było zaangażować państwo i instytucje, a prawica często mówi “odpowiadaj sam za siebie, jesteś dorosły, nie licz na nikogo”.

  5. MGTOW_WARLOCK_LVL69 pisze:

    Autor podważa twarde dane z portali randkowych czyli faktyczne wybory kobiet i podaje badania na podstawie ankiet czyli to co kobiety chcą myśleć na swój temat. Oczywiście, że co druga kobieta na Tinderach jest ‘sapioseksualna’, ale nijak przekłada się to na faktyczne wybory tych kobiet. Sugerowanie, że ludzie nie mogą znaleźć partnera, bo są niedostatecznie wrażliwi, inteligentni itp. jest absurdalne, to zwykle takich ludzi dotyka samotność jeśli nie są dostatecznie atrakcyjnie fizycznie. Tego typu teksty są szkodliwe, dalsze zamiatanie problemu pod dywan, zero praktycznych wniosków. Gniew prowadzi do zmian społecznych, a nie bierność i pogodzenie się z niesprawiedliwością, każdy ma prawo walczyć o swoje.

  6. Ktos pisze:

    Nie zgodzę się z fragmentem, który przytacza badania ankietowe dotyczące preferencji.
    Szybki check na Wikipedii. Cytuję:
    “Część osób jest przekonana, że oceniając urodę człowieka odwołuje się do indywidualnych preferencji i wyobrażeń. W związku z tym próby opisania cech wyglądu, które są trwale związane z atrakcyjnością fizyczną nie mają sensu.

    Okazuje się jednak, że w większości przypadków[7] ludzie trafnie oceniają to, czy dana osoba (np. na fotografii) będzie się innym podobać. Oznacza to, że ludzie znają „wzorzec urody”, obowiązujący i powszechny w danej kulturze w danym czasie. Metaanaliza badań przeprowadzonych na przestrzeni 67 lat wykazała również wysoką (objaśniającą 88% wariancji, r2 = 0,94) zgodność międzykulturową. ”
    Oraz:
    ” Eksperyment. W pewnym eksperymencie naturalnym z lat 80. XX wieku[53] obserwowano osoby, które po raz pierwszy spotkały się na randce. Badacze wiedzieli, jakie cechy osobowości posiadają obie strony, oceniano także ich wygląd. W wyniku eksperymentu okazało się, że jedynym czynnikiem skorelowanym z wyrażeniem zainteresowania ponownym spotkaniem był wygląd. Jeśli osoba była atrakcyjna, druga strona chciała się ponownie spotkać. Żadne inne cechy osobowości (np. inteligencja, ekstrawersja, otwartość, dobre przystosowanie, kobiecość, męskość, szczerość, dominacja, uległość, zależność, niezależność itp.) nie korelowały z ochotą do ponownych spotkań. Zastanawiające było także to, że gdy badani byli proszeni o uzasadnienie swojego pragnienia, to wymieniali zwykle poczucie humoru, inteligencję, przyjacielskość, dobre zrozumienie itp., ale nie wymieniali atrakcyjności. Ten wynik interpretuje się jako niechęć do przyznania, iż wygląd zewnętrzny ma istotny wpływ na nasz stosunek do drugiej osoby.

    Badania potwierdzają tę interpretację: ludzie nie są świadomi (lub tylko w niewielkim stopniu) tego, jak bardzo ich sądy o innych osobach zależą od ich atrakcyjności. ”
    Wszystko to pod hasłem” Atrakcyjność fizyczna”.

  7. pieklomezczyzny pisze:

    Jestem incelem, nikt by niewymyślał ideologii, która by miała niszczyć jego zdrowie, baby mają wszystko na starcie, czyli np. seks i oprawe do seksu, ja sie musiałem rozwijac bez tego i znosić jeszcze uszczypliwości i ciemiężenia za urodzenie sie mężczyzną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz