Newsletter

Między „Wołyniem”, a „Klerem”

Punktem wyjścia „Kleru” było zdjęcie z duchownych sutanny. Zdjęcie munduru z człowieka i pokazanie go takim, jaki jest naprawdę. Niedoskonałym

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Aktor, muzyk, reżyser. Jesteś artystą pełną gębą! W jakiej roli czujesz się najlepiej? 

W każdej (śmiech). Cieszy mnie to, że mogę sobie przeskakiwać ze swoich planet aktywności twórczych. Teraz jest czas, który poświęciłem tylko muzyce. W kwietniu wydałem album solowy „Szatan na Kabatach”. Rok wcześniej ukazała się ostatnia płyta zespołu Dr Misio, „Zmartwychwstaniemy”. Muzyka jest dla mnie jak wirus. Jak zaraza. Trudno się od niej uwolnić. Jadąc dzisiaj na koncert w busie, miałem słuchawki na uszach. Cały czas. Po to, by pracować nad nowym albumem.

Występujesz na dwóch scenach. Filmowej i muzycznej. Gdzie ciarki mocniej ci przechodzą po plecach? Gdzie czujesz ten artystyczny „flow”?

Rozgraniczam te dwa światy. Nie da się ich zestawić koło siebie. Nie da się ich porównać. Te dwa światy dają mi coś zupełnie różnego. Tej energii, którą daje mi muzyka Dr. Misia, czy ostatni mój „Szatan na Kabatach”, nie da się porównać z żadnych planem filmowym. Oprócz koncertowej adrenaliny mam szansę na interaktywny kontakt z publicznością. Mogę im spojrzeć w oczy. Czuję, że oni są razem ze mną. Tego nigdy nie znajdę na planie ani u Smarzowskiego, ani u Pieprzycy czy Domalewskiego. Jednak już tęsknię za filmem. Miałem rok przerwy, od kiedy zszedłem z ostatniego planu. Poczułem się trochę zmęczony, wypalony. Świadomie zrobiłem sobie wolne. Dlatego ten rok jest dla mnie tylko i wyłącznie muzyczny.

Gdy moi koledzy jeszcze studiowali reżyserię, na którą się nie dostałem, ja regularnie reżyserowałem w różnych teatrach

Nie ograniczasz się tylko do sceny muzycznej i aktorskiej. Stajesz też po drugiej stronie kamery. Chcesz jeszcze kreować świat jako reżyser?

O reżyserii zacząłem myśleć bardzo dawno, już w szkole teatralnej, gdy nie mogłem znaleźć uznania w oczach swoich profesorów. Wtedy zacząłem zastanawiać się, czy nie stanąć po drugiej stronie, ale jako reżyser teatralny. W 1997 roku zdawałem egzaminy do Akademii Teatralnej w Warszawie na wydział reżyserii. Oczywiście się nie dostałem. Dlaczego? Są dwie wersje. Jedna taka, że po prostu nie przygotowałem się do tych egzaminów (śmiech). A druga, ta prawdziwsza moim zdaniem jest taka, że byłem za stary. Pracowałem już kilka lat w teatrze, i trudno mi było znaleźć wspólny język z profesorami, którzy traktowali mnie niepoważnie i chcieli bym był jak plastelina, którą można dowolnie ugniatać. Ale ponieważ jestem upartym osłem spod znaku Koziorożca, szybko zacząłem reżyserować w teatrach. W 1998 roku zrobiłem debiutancki spektakl w teatrze Rampa. Gdy moi koledzy jeszcze studiowali reżyserię, na którą się nie dostałem, ja regularnie reżyserowałem w różnych teatrach. Mój filmowy debiut reżyserski w 2010 roku, czyli film „Prosta historia o miłości”, był naturalną konsekwencją doświadczeń z reżyserią teatralną.

Po filmie o miłości zrobiłeś film o śmierci. „Prosta historia o morderstwie”.

Dla mnie to film przede wszystkim o przemocy domowej. Przez długi czas mnie ten temat uwierał. Objeździłem z tym filmem wiele festiwali na całym świecie. Byłem z nim na kilku kontynentach. I wszędzie na spotkaniach z publicznością spotykałem kobiety, które miały z tym do czynienia. Mam nadzieję, że ten film stał się dla wielu ludzi zwierciadłem i pomógł im się zmierzyć z przemocą domową. Pomógł im nazwać ten problem po imieniu, zdiagnozować, zrozumieć mechanizmy wzajemnych uzależnień, które doprowadzają do przemocy domowej i przyzwolenia na nią.

Przemoc domowa w kinie człowieka, którego ja zapamiętałem w dzieciństwie z „13 posterunku”! Od sitcomu do mroku, przemocy i trudnych tematów. Co cię tak fascynuje w tej mrocznej stronie życia. Skąd potrzeba eksploatacji tych obszarów?

W pewnym sensie masz rację, ale jako aktor nie mam wpływu na treść scenariusza. I jednak debiutowałem jako reżyser filmem o miłości (śmiech.) Podobnie jest z moim najnowszym projektem, nad którym teraz pracuję. „Prosta historia o marcu” traktuje o wydarzeniach z marca 1968 roku. Jednak te wydarzenia są polane sosem, który w kinie bardzo lubię. Chodzi mi o przenikanie się różnych warstw czasowych. Chcę zaproponować widzowi inteligentną łamigłówkę…

Po „Klerze” postanowiłem wziąć sobie wolne na rok od filmu.  Emocjonalnie ten film mnie rozwalił

Kino gatunkowe, a nie historyczne?

Trudno scenariusz, który napisałem z Tomkiem Kamińskim wpasować w jakąś konkretną gatunkowość. Najbliżej mu do autorskiego kina Carlosa Saury. Jego film „Kuzynka Angelica” był dla nas inspiracją. Nasza historia opowiada o polskim pisarzu, który zostaje wyrzucony z Polski w 1968 roku, i po 40 latach wraca na promocje swojej książki. Nagle z niewiadomych powodów zaczyna się przenosić w czasie do tamtego marca i wracać do teraźniejszości. Nie jest w stanie zrozumieć natury tych podróży, w czasie których poznajemy jego tajemnicę, on też ma swoje za uszami.

Grząski grunt. Zdajesz sobie sprawę z awantur wokół kina o stosunkach polsko-żydowskich?

Nie chcę się przylepiać ani do jednej ani do drugiej strony. Chcę iść własną drogą…

Jak Kazik – idziesz prosto…

Kazik to mój idol, więc cieszy mnie to porównanie.

Robisz film eklektyczny gatunkowo. Podróże w czasie, wchodzenie w umysł bohatera. Nie unikniesz jednak stempla. Na prawicy krzykną, że Jakubik też o Żydach robi filmy, więc pewnie będzie antypolski. Jak niewystarczająco pokażesz polski antysemityzm, po lewej stronie powiedzą, że wybielasz Polaków.

Obaj wiemy jak to funkcjonuje. Dwa lata temu premierę miał „Wołyń” Smarzowskiego. Nagle wszyscy wzięli nas na prawicowe sztandary. Teraz po „Klerze” trafimy na barykady po lewej stronie. A ja jestem pomiędzy tym wszystkim. I tam szukam dla siebie miejsca.

„Wołyń” cię psychicznie wykańczał. Uciekałeś z planu.

Faktycznie praca nad „Wołyniem” była tak intensywna i trudna, że po moim ostatnim ujęciu od razu wyjechałem z planu i schroniłem się w swojej bezpiecznej, rodzinnej oazie, którą mam na wsi pod Warszawą. Natomiast właśnie po „Klerze” postanowiłem wziąć sobie wolne na rok od filmu.  Emocjonalnie ten film mnie rozwalił.

Emocjonalnie te filmy cię męczą, ale sam się pakujesz w takie tematy. Ludobójstwo na Kresach, pedofilia w Kościele. Przecież z Dr. Misiem wpakowałeś się w kłótnie o antyklerykalizmie.  Po „Klerze” będzie jeszcze gorzej.

Cały czas powtarzam, że film „Kler” nie jest wymierzony przeciwko wierze. Nie jest wymierzony przeciwko wierzącym ludziom. Moja postać jest tego najlepszym przykładem. Moja mama jest praktykującą, głęboko wierzącą katoliczką. Czekam bardzo, by zobaczyła ten film i podzieliła się ze mną refleksjami.

Naprawdę nie boisz się reakcji Twojej mamy?

Nie. Bo jest osobą mądrą, uważną i otwartą, ona również widzi co się dzieje w polskim Kościele. Ja dziś jestem agnostykiem. Przy okazji ostatniej płyty Dr. Misia, „Zmartwychwstaniemy”, i teledysku do piosenki „Pismo”, wiele się we mnie zmieniło. W mojej głowie. Teraz szukam.

Smarzowski nie kręcił filmu dokumentalnego o klerze. Nie miał ambicji pokazania „obrazu całego Kościoła”

Wiary?

Nie. Po prostu zadaję sobie pytania. Chciałbym, aby jesienią powstał teledysk do piosenki „Zmartwychwstaniemy”. Album nie przez przypadek nosi taki tytuł. A ja mam w głowie metaforyczny cmentarz, gdzie zbudowałem sobie pięterko nad moim ojcem, gdzie wszyscy, niezależnie od wyznawanej wiary, ale również wszyscy ateiści i agnostycy, zadają sobie pytania, co jest po drugiej stronie. Takie pytania jako aktor grający księdza, cały czas zadawałem sobie w czasie pracy nad „Klerem”. I oczywiście nie znalazłem odpowiedzi. Ale jedno wiem. Że jest to film potrzebny polskiemu Kościołowi. Mam głębokie przekonanie, że coś niedobrego stało się z tą instytucją. Mówię głównie o hierarchach, nie o Kościele w rozumieniu wspólnoty wiernych. Moim zdaniem został zgubiony wektor narracji. Zgubiono coś, do czego Kościół został powołany. Przestał być komunikatorem pomiędzy wierzącymi ludźmi, a tym Kimś na górze. Kimkolwiek on tam jest.

Ja nie czuję tego katharsis w „Klerze”. Ja widzę cios bejsbolem między oczy. O pedofilii trzeba mówić głośno, ale wy zrobiliście film jak „Botoks”. Vega zebrał wszystkie patologie służby zdrowia w dwugodzinnym filmie, a wy tak pokazaliście patologie dotyczące duchowieństwa. Czy kłamiecie? Nie. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Czy jednak to jest obraz całego Kościoła? No nie jest. To jego wycinek.

Z tym porównaniem do „Botoksu” to bym nie przesadzał. Jednak film fabularny rządzi się swoimi prawami. Musi mieć swoją dramaturgię i zawsze jest kondensacją wątków, które mają trzymać widza w napięciu przez dwie godziny. Smarzowski nie kręcił filmu dokumentalnego o klerze. Nie miał ambicji pokazania „obrazu całego Kościoła”. A to, jak zostanie ten film odebrany, okaże się po premierze (wywiad prowadzony był przed premierą filmu – przyp. red.). Zdaje sobie sprawę, że „Kler” najprawdopodobniej podzieli widzów. Będzie tak samo jak z teledyskiem do piosenki „Pismo”, gdzie zderzyłem się oczywiście z ogromną falą hejtu w sieci. Smutne jest to, że dziś hejt to standard. Ale dla mnie najważniejsze było to, że właśnie wielu katolików pisało, że są po mojej stronie. Na jezuickim portalu Deon.pl zadano sobie trud analizy teledysku i piosenki pod kątem „rzekomego uderzania” w wiarę. Zachęcam do lektury. Ona pomaga zrozumieć pytania, które padają w tym teledysku. A ja chcę takie trudne pytania zadawać.

Ja jestem miłośnikiem i obrońcą filmowych prowokacji religijnych. Scorsese i jego „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, Ferrara i „Zły porucznik”, poszukiwania Pasoliniego – oto moje kino religijne. Ale dobrze wiesz, jak dziś wygląda polaryzacja w Polsce. Zdajesz sobie sprawę na jakiej płaszczyźnie rozmawiamy o Kościele i wierze. Oklepany obraz chlejących duchownych i biskupów w drogich samochodach to skandalizowanie. Tanie skandalizowanie. Pewien znany ksiądz o liberalnych poglądach na wiele spraw powiedział mi: „ja takiego Kościoła nie znam, a jestem w nim 30 lat”.

To niech zrobi o takim Kościele swój film. Trudno by reżyser pokazał każdy punkt widzenia na to, co dzieje się w Kościele. To jest jego osobista wizja. On nie jest reporterem czy dokumentalistą. Nie musi być obiektywny. To jest jego artystyczna wypowiedź.

Ja nie neguję prawa artysty do jego wizji. Mam jednak wątpliwości, czy Smarzowskiemu chodzi o katharsis Kościoła. Widzę raczej mocny cios oparty na antyklerykalnych stereotypach, które się dobrze sprzedają. Tam nie ma pozytywnych bohaterów. Poza twoim.

Pokazanie pijaństwa duchownych, życia z kobietami czy innych ułomności to prosty zabieg polegający na zdjęciu z duchownych sutanny i pokazania ich jako normalnych mężczyzn. Ksiądz to taki sam człowieka jak ty czy ja. Jego sutanna to uniform. Duchowni tak samo jak policjanci, żołnierze czy sportowcy mają swoje większe i mniejsze grzeszki. Jak my. Bo są ludźmi. Punktem wyjścia „Kleru” było zdjęcie tej sutanny. Zdjęcie munduru z człowieka i pokazanie go takim, jaki jest naprawdę. Niedoskonałym. Pokazujemy go ze wszystkimi wadami, jakie ma. I zaletami.

Mój problem nie polega na tym, że pokazujecie przysłowiowego księdza sypiającego z gosposią. Moim problemem jest stworzenie wrażenia, że to norma. Można by zrobić taki sam filmowcach. Chlejących i uprawiających seks z 13-latkami. Czy to będzie obraz całego przemysłu? Czy to będzie reprezentowało Arka Jakubika?

Nie mam nic przeciwko takiemu filmowi. To artystyczna wizja przecież. Przecież on też nie rościłby sobie prawa do opisu całego środowiska. To również byłaby walka z konkretnymi patologiami. Ja czekam na to, aby u nas wydarzyło się to co w Irlandii. Czekam na świecko-kościelną komisję, która głośno powie, ile było przypadków pedofilii w Kościele i kto zamiatał to pod dywan. Przecież ostatni raport z Pensylwanii jest przerażający. Te liczby są zatrważające. A my nie znamy wciąż statystyk tego, co działo się w Polsce. Mamy tylko słowa. Zapewnienia. A ja chcę poznać fakty. Sprawców. Jesteśmy to winni ofiarom.  Oczekują tego też pewnie katolicy. Dla dobra Kościoła. Niech te sprawy nie wracają za 50 lat. Zamknijmy to, rozliczmy. W Pensylwanii na 300 pedofilów w sutannach skazano dwóch. Reszta spraw się przedawniła. Ci bandyci zostali bezkarni. To mnie boli.

Czekam na świecko-kościelną komisję, która głośno powie, ile było przypadków pedofilii w Kościele i kto zamiatał to pod dywan

Chciałbym kiedyś usiąść z Tobą i pogadać o wierze. Z tej samej perspektywy.

Najważniejsze w życiu jest bycie dobrym człowiekiem. Ja tę wiarę od zawsze wpajam moim już dorosłym synom. Kieruje się nią w życiu osobistym i zawodowym. Traktuję ludzi tak, jak sam chciałbym być traktowany. To mnie napędza w życiu.

Złotą zasadę Jezusa masz już w sercu. Dobry początek. 

A żebyś wiedział! A ty chcesz mnie nawrócić, co? (śmiech)

fot. “Kino Świat