Pracodawcy i związkowcy muszą się porozumieć

Związkowcy przypisują winę tylko rządowi, ale nie mają racji. W Komisji Trójstronnej wszyscy za bardzo broniliśmy swoich pozycji, a zbyt mało wsłuchiwaliśmy się w racje partnerów
Jeremi Mordasewicz

Przedsiębiorca, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan

 

Związkowcy przypisują winę tylko rządowi, ale nie mają racji. W Komisji Trójstronnej  wszyscy za bardzo broniliśmy swoich pozycji a zbyt mało wsłuchiwaliśmy się w racje partnerów.

Dlaczego załamał się dialog między pracodawcami, związkami zawodowymi a rządem? Kto zawinił?

Wszystkie strony. Związkowcy przypisują winę tylko rządowi, ale nie mają racji. Wszyscy za bardzo broniliśmy swoich pozycji, zbyt mało wsłuchiwaliśmy się w racje partnerów. Przykładowo: związki zawodowe nie przyjmowały argumentów o złej sytuacji finansów publicznych. Nie zauważały też chronicznego deficytu systemu emerytalnego. W ubiegłym roku wpływy ze składek wyniosły 110 mld zł, na emerytury wydano 190 mld zł. Długo walczyli o utrzymanie niskiego wieku emerytalnego.

Zaczął pan od win związkowców – ale czy pracodawcy nie mają sobie nic do zarzucenia?

Oczywiście, że mamy. Na przykład to, że zbyt często zawiera się umowy na czas określony. Ponadto widać zbyt częste sięganie po umowy cywilno-prawne. Pozwalają one obniżyć koszty pracy, łatwiej również rozstać się z pracownikiem. Jednak zapominamy przy tym o naturalnej potrzebie poczucia bezpieczeństwa. Jako Lewiatan wyciągnęliśmy wnioski i poparliśmy pomysł oskładkowania zleceń do poziomu minimalnego wynagrodzenia.

Które przyniesie korzyści tylko finansom publicznym. Poczucia bezpieczeństwa pracowników jednak nie zwiększy, ponieważ wysokość przyszłych państwowych emerytur stoi pod znakiem zapytania.

W nowym systemie emerytalnym wysokość emerytury zależy przede wszystkim od wpłaconych składek i oczekiwanego czasu życia po przejściu na emeryturę. Oskładkowanie umów-zleceń nie rozwiąże problemu deficytu systemu emerytalno-rentowego (rzędu 80 mld zł), bo przyniesie dodatkowo niecały miliard, lecz zwiększy emerytury osób pracujących na zlecenie.

Poza tym waloryzacja składek zapisanych na naszych indywidualnych rachunkach w ZUS i w konsekwencji wysokość przyszłych emerytur zależy od liczby pracujących i wielkości płaconych przez nich składek. Emerytury będą tym wyższe, im więcej osób będzie pracowało i im wyższe będą wynagrodzenia. A wzrost wynagrodzeń podąża za wzrostem wydajności pracy. Obecnie produktywność na godzinę pracy w Polsce wynosi 10 euro, a dla porównania w Niemczech 42 euro. Jeżeli chcemy mieć wyższe emerytury, musimy więcej inwestować, aby modernizować przedsiębiorstwa, zwiększać wydajność pracy i zatrudnienie.

Związkowcy zarzucają wam, że w Komisji Trójstronnej w ogóle nie bierze się pod uwagę ich propozycji.

Nie wydaje mi się, by tak było. Przecież wiele kwestii dyskutowanych w komisji zostało tam wniesionych właśnie przez związkowców. W sprawie upowszechnienia systemu emerytalnego zgodziliśmy się na oskładkowanie członków rad nadzorczych, choć Ministerstwo Skarbu wyrażało obawy, że to będzie zbyt wielki dodatkowy koszt. Ale oczekujemy na wzajemność, choćby w kwestii wcześniejszych emerytur górniczych, za które spółki węglowe nie płacą.

W kwestii elastycznego czasu pracy rząd i związki pracodawców nie uwzględniły wniosków pracowników.

Według naszych badań pracownicy zgadzają się na wydłużenie okresu rozliczania czasu pracy i bardziej elastyczne godziny pracy, jeżeli dzięki temu mogą zwiększyć stabilność zatrudnienia. Z wyjątkiem pracowników takich branż jak np. górnictwo, które nie muszą liczyć się z kosztami pracy i wymaganiami konsumentów. Wygodniej jest oczywiście pracować w stałych godzinach. Jednak lepiej jest mieć stałą pracę i pracować czasem dłużej, a czasem krócej, niż co pewien czas, kiedy przedsiębiorstwo nie ma zamówień, tracić pracę i przeżywać stres w czasie poszukiwania nowego zatrudnienia.

Dlaczego nie chcieliście się zgodzić na propozycję związków zawodowych w kwestii podniesienia płacy minimalnej? Przecież różni się raptem o 29 zł netto od tegorocznej podwyżki.

Związki zawodowe powołują się na porozumienie z 2009 r., w którego świetle mamy dążyć do tego, by płaca minimalna doszła do połowy średniej płacy w kraju. To jednak przyniosłoby katastrofalne skutki, bo obecna płaca minimalna 1 680 zł stanowi 1/3 płacy przeciętnej w Katowicach i Warszawie, ale aż 2/3 płacy przeciętnej w wielu biednych regionach. Szybsze jej podnoszenie doprowadzi do zwalniania pracowników o niskich kwalifikacjach, w biednych regionach.

Oskładkowanie umów-zleceń nie rozwiąże problemu deficytu systemu emerytalno-rentowego, ale zwiększy emerytury osób pracujących na zlecenie

Wyjściem byłoby zróżnicowanie płacy minimalnej w zależności od przeciętnej płacy w regionie, ale nie zgadzają się na to związki zawodowe i część partii. Jeżeli chcemy, żeby osoby mało zarabiające miały większe dochody do dyspozycji, powinniśmy zmniejszyć opodatkowanie najniższych wynagrodzeń. W większości państw klin podatkowy rośnie powoli, u nas już niskie dochody obłożone są stosunkowo wysokimi podatkami.

Tylko że mimo rosnącej produktywności polskiej gospodarki średnie płace wcale nie rosną. A powinny. Prof. Mieczysław Kabaj powiedział w wywiadzie udzielonym „Nowej Konfederacji”, że gdyby od 2001 r. płace rosły proporcjonalnie do produktywności, w 2011 r. średnia płaca wyniosłaby 4 660 zł brutto, a nie 3 400. Podwyżka płacy minimalnej administracyjnie zmusiłaby pracodawców do płacenia wyższych pensji.

Oczywiście w długim okresie płace powinny podążać za wzrostem produktywności. W latach szybkiego wzrostu 20062008 płace rosły nawet szybciej niż produktywność. Jednak trzeba pamiętać, że tylko część wzrostu produktywności zawdzięczamy lepszej pracy. Resztę zawdzięczamy inwestycjom w nowe technologie i maszyny, a inwestorzy je finansujący oczekują dochodu z zainwestowanego kapitału.

Nie dziwmy się, że w kraju takim jak nasz, mającym duże zasoby pracy i skromne zasoby kapitału, płace rosną wolniej niż produktywność. Warto wiedzieć, że utworzenie jednego stanowiska pracy w Polsce kosztuje średnio ok. 200 tys. zł, w nowoczesnym przemyśle nawet do 2 mln zł. Wydatki na inwestycje wynoszą w Polsce zaledwie 1822 proc. PKB. Jeżeli chcemy, żeby wynagrodzenia szybciej rosły, musimy zachęcić do inwestowania w naszym kraju. Wraz ze wzrostem inwestycji zwiększy się zapotrzebowanie na pracę i przyspieszy się wzrost płac.

W efekcie rozbieżności zdań, głównie na linii związkowcy–rząd, związki zawodowe wycofały się z prac Komisji Trójstronnej. Co zrobić, by wznowić dialog społeczny?

On się toczy, choć niestety jest rozbity na dialog między rządem a pracodawcami oraz pracodawcami a związkami zawodowymi. Zgadzamy się wszyscy, że efektywność Komisji Trójstronnej była niska. Zmniejszała poziom napięć społecznych, ale rezultaty były skromne. Obecnie pracodawcy i rząd opowiadają się za usprawnieniem Komisji Trójstronnej, a związki zawodowe za zmianą formuły dialogu.

Proponując Radę Dialogu Społecznego.

Tak. Nie przywiązuję się do nazwy, ważne, by była sprawnym narzędziem prowadzenia dialogu i ułatwiała zawieranie porozumień korzystnych dla rozwoju gospodarczego i społecznego. Co niepokojące, związki chcą dać takiej radzie dodatkowe prerogatywy, dzięki którym parlament nie mógłby podejmować decyzji wbrew jej ustaleniom. To sprzeczne z konstytucją i demokracją parlamentarną, nie jesteśmy państwem korporacyjnym i nie powinniśmy nim być.

Komisja Trójstronna traciła jednak dużo na tym, że nie miała możliwości podejmowania wiążących decyzji.

Jednak wiadomo było, że jeśli wszyscy trzej partnerzy się zgodzą na jakieś rozwiązanie, to Sejm nie będzie stawiał przeszkód, by je uchwalić. W tej czy innej formule ważne jest, byśmy szybko wrócili do rozmów trójstronnych i wyciągnęli wnioski z zaistniałej sytuacji.

 

Stefan Sękowski

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”

 

 

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 5 (17)/2014, 30 STYCZNIA–5 LUTEGO, CENA: 0 ZŁ
Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz