Kup prenumeratę i czytaj NK

Poseł zastępczy, czyli chaos w sejmie

Aktualności,

Nie traktujmy zakazu łączenia mandatu poselskiego z funkcją rządową jak kamienia filozoficznego trójpodziału władzy. Są kraje, które z łączeniem funkcji nie mają problemów.

Powiedzmy sobie jasno: trójpodział władzy to w Polsce fikcja. I nie chodzi tu bynajmniej o planowane zmiany dotyczące władzy sądowniczej. Z kadencji na kadencje widać, jak władza wykonawcza zlewa się coraz bardziej z władzą ustawodawczą. Sejm i senat stanowią de facto maszynkę do przegłosowywania kolejnych powstających w rządzie ustaw.  Co po dojściu Prawa i Sprawiedliwości zmienia się na gorsze w porównaniu do czasów rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, by wspomnieć choćby ekspresowe uchwalenie ustawy zmieniającej kwotę wolną od podatku. Nie wyobrażałem sobie, że pogorszenie tego stanu rzeczy jest w ogóle możliwe, a jednak.

Klub Kukiz’15, a konkretnie jego poseł Piotr Apel, chce to zmienić. Przynajmniej, jeśli chodzi o łączenie stanowisk w rządzie z mandatem poselskim. Polityk wskazuje, że w wyniku tego zachodzenia na siebie dochodzi do sytuacji kuriozalnych, jak np. konieczność przeprowadzania głosowań w nocy, gdy ministrowie na drugim, parlamentarnym etacie robią „nocki”, by większość rządowa miała rzeczywiście większość.

K’15 nie chce jednak prostego zakazu, w ramach którego poseł powołany do rządu traci mandat, ale wprowadzenia instytucji „posła zastępczego”. To kandydat z danej listy, który otrzymał kolejną ilość głosów. Gdy dany poseł wchodziłby do rządu, jego „zastępca” zostawałby parlamentarzystą na okres pełnienia przez niego funkcji ministra czy podsekretarza stanu. Gdyby dany minister został odwołany, wracałby do sejmu.

Pomysł jest ciekawy, ale ma kilka wad. Funkcja „posła zastępczego” może powodować chaos w parlamencie. Przypomnijmy sobie casus Andrzeja Leppera. Poseł „Samoobrony” został 5 maja 2006 ministrem rolnictwa i wicepremierem. Gdyby wówczas obowiązywała propozycja Kukiz’15, w jego miejsce posłem zostałby kandydat z najlepszym wynikiem na liście, nie będący zarazem aktualnie posłem. Musiałby się wdrożyć w nowe obowiązki, trzeba by zlikwidować biuro poselskie Leppera, założyć nowe – i to tylko do 22 września 2006, kiedy lider „Samoobrony” utracił stanowisko w rządzie. Zostałby wtedy na nowo posłem, ale tylko na 3 tygodnie, bo 16 października Jarosław Kaczyński pogodził się z Lepperem – i koalicja została odnowiona. Nowy-stary-nowy poseł zasiadałby w ławach poselskich zresztą tylko do 9 lipca, kiedy Lepper znów stracił swoje stanowisko.

Dopóki szef rządu musi mieć za plecami większość parlamentarną, to, czy minister jest zarazem posłem, jest tylko niuansem, który może najwyżej utrudniać funkcjonowanie parlamentu, ale nie wpływa znacząco na kształt stanowionego prawa

Ale to nie wszystko – bo co by się stało, gdyby zastępcą został poseł, który pokłócił się w międzyczasie z ugrupowaniem, na którego liście wszedł do sejmu? Taka sytuacja nie jest niczym nowym, a najświeższym przykładem jest Małgorzata Janowska, która została posłanką w miejsce tragicznie zmarłego Rafała Wójcikowskiego, jednak postanowiła nie wchodzić do klubu Kukiz’15, a utworzyć z dwoma koleżankami nowe koło „Republikanie”.

Już wyobrażam sobie sytuacje, w których premier odwołuje swoich ministrów z rządu tylko na czas głosowań i powołuje ich z powrotem po przyjęciu kolejnych ustaw, by zbuntowani „zastępcy” nie mogli w nich brać udziału, a lojalni wobec rządu ministrowie owszem. Innym problemem jest problem z „zastępcami” senatorów-ministrów. Tu przecież nie ma głosowania na listy, mamy ordynację większościową – być może więc wybierać będziemy w przyszłości senatora wraz z jego zastępcą.

Projekt ustawy nie trafił jeszcze do sejmu i zapewne zostanie jeszcze poprawiony. Pomysł ma sens, jednakże nie traktujmy zakazu łączenia mandatu poselskiego z funkcją rządową jak kamienia filozoficznego trójpodziału władzy. Są kraje, które z łączeniem funkcji nie mają problemów – wystarczy wymienić ojczyznę współczesnego parlamentaryzmu, Wielką Brytanię, gdzie zwyczajowo minister nie tylko może, ale wręcz musi być członkiem Izby Gmin, albo Izby Lordów.

Zdaję sobie sprawę z tego, że posłowie Kukiz’15 chcą wprowadzenia systemu prezydenckiego – i w jego ramach taki rozdział byłby logiczny. Jednak dopóki szef rządu musi mieć za plecami większość parlamentarną, to, czy minister jest zarazem posłem, jest tylko niuansem, który może najwyżej utrudniać funkcjonowanie parlamentu, ale nie wpływa znacząco na kształt stanowionego prawa.