Newsletter

Porozumienie nuklearne z Iranem: między Stanami a Unią

Rozsądne będzie przeciąganie procesu decyzyjnego w UE w sprawie odpowiedzi na sankcje amerykańskie tak, by doczekać wiarygodnej i wiążącej deklaracji Amerykanów w sprawie stałej obecności ich wojska w Polsce

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

„Polska jest przeciwko unijnym działaniom, które miałyby osłabiać amerykańskie sankcje wobec Iranu” – stwierdził w Brukseli 28 maja polski minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, dodając jednocześnie, że jest to stanowisko nie tylko Polski, ale także tych krajów unijnych, których bezpieczeństwo zależy od Stanów Zjednoczonych. Rytualnie też zaznaczył, że „trzeba rozmawiać ze Stanami Zjednoczonymi, i sporo państw się z tym zgadza, natomiast oczywiście działać w ramach UE, bo jako całość ma ona silniejszą pozycję”.  Pojawia się pytanie, jak ta deklaracja ma się do polskiego interesu narodowego. Najprostsza odpowiedź na nie brzmi: to zależy od tego, co się działo, i od tego, co się stanie. Jeżeli chodzi o to, co się działo, to w kontekście polskim zwraca uwagę zdziwienie Federiki Mogherini, unijnego wysokiego przedstawiciela do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, że przecież podczas kolacji w Sofii (przed szczytem UE-Bałkany Zachodnie 17 maja br.) przywódcy państw unijnych uzgodnili wspólną linię przeciwstawienia się Ameryce. Na to minister Czaputowicz napomknął, że to, co ustalono podczas kolacji w Sofii, „można różnie interpretować”.

8 maja prezydent Trump ogłosił, że USA wycofują się z porozumienia nuklearnego z Iranem, po 90 dniach wejdą w życie sankcje amerykańskie, które działały przed jego zawarciem, i tyle czasu mają firmy europejskie, by zwinąć tam swoje interesy. Porozumienie nuklearne z Iranem ma charakter wielostronny, z krajów UE stronami są Francja, Niemcy i Zjednoczone Królestwo i przywódcy tych państw w ciągu paru dni ostro skrytykowali prezydenta Trumpa. Następnie doszło do wspomnianej  roboczej kolacji w Sofii, przed którą przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk w liście do przywódców krajów UE i oświadczeniu prasowym podkreślał jedność Unii w obronie przeciw ewentualnym sankcjom amerykańskim, a po niej jej ustalenia zreferował przewodniczący Komisji Europejskiej Juncker zapowiadając uruchomienie przeciw sankcjom amerykańskim tzw. rozporządzenia blokującego z 1996 roku, które w owym czasie miało zabezpieczać europejskie firmy przed sankcjami USA za handel z Kubą. W tym czasie Polska nie traciła okazji, żeby milczeć.

Milczenie nie trwało długo. 21 maja minister Czaputowicz spotkał się w Waszyngtonie z sekretarzem stanu USA Mike’em Pompeo, który parę dni wcześniej zapowiedział tworzenie przez Stany „koalicji antyirańskiej”. Po spotkaniu min. Czaputowicz przeprowadził rozróżnienie między wymiarem gospodarczym a wymiarem bezpieczeństwa: „musimy być z innymi członkami Unii Europejskiej, jeśli chodzi o wymiar gospodarczy, bo Unia w tym zakresie decyduje o podejmowanych działaniach. Natomiast, jeśli chodzi o wymiar strategiczny i bezpieczeństwa rozumiemy też obawy Stanów Zjednoczonych” . Deklaracja z 28 maja w Brukseli była już wisienką na torcie.

Zasadnicze pytanie brzmi: czy 21 maja w rozmowie z ministrem Czaputowiczem Mike Pompeo powiedział coś takiego, że warto było dla podstawowych interesów Polski zrezygnować z dotychczasowej powściągliwości i iść na udry (kolejne zresztą) z najsilniejszymi graczami w Unii (Niemcami i Francją)? Z polskiego punktu widzenia należy rozróżniać między błyskotkami a brylantami. Błyskotki są dobrze znane: to wypowiedzi o roli Polski w historii i niezłomnym męstwie Polaków, poparcie dla koncepcji Trójmorza (Trójmorze to projekt za unijne pieniądze), ewentualnymi sankcjami wobec Nord Stream 2 (bardzo miło, ale to przede wszystkim interes amerykański, żeby zwiększyć popyt na gaz, którego z racji rewolucji łupkowej Amerykanie mają w nadmiarze), czy sprzedaż Patriotów (to Amerykanom zależy, żebyśmy im nabili kabzę). Brylant jest jeden: stała obecność brygady armii USA w Polsce.

Zasadnicze pytanie brzmi: czy 21 maja w rozmowie z ministrem Czaputowiczem Mike Pompeo powiedział coś takiego, że warto było dla podstawowych interesów Polski zrezygnować z dotychczasowej powściągliwości i  iść na udry (kolejne zresztą) z najsilniejszymi graczami w Unii (Niemcami i Francją)?

Jest to koncepcja, którą jako pierwszy podniósł za czasów rządów PO-PSL minister Radosław Sikorski, wysuwając postulat stacjonowania na terenie Polski dwóch ciężkich brygad armii USA; w trop za nim poszedł PiS-owski minister obrony narodowej Antoni Macierewicz, który ograniczył się do jednej brygady i zapewnił w rozsyłanym do członków Kongresu USA memorandum, że Polska wyasygnuje na to przedsięwzięcie ok. 2 mld dolarów. Stała, nie zaś rotacyjna, obecność wojsk USA na terenie Polski w sposób rewolucyjny zmienia na lepsze nasze bezpieczeństwo. Ewentualna agresja na Polskę łączy się dla Federacji Rosyjskiej z ryzykiem bezpośredniego konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi. Przed I wojną światową podczas przygotowań do brytyjsko-francuskiego sojuszu wojskowego generał brytyjski zadał swemu francuskiemu odpowiednikowi, przyszłemu marszałkowi Ferdynandowi Fochowi pytanie: jaki jest najmniejszy brytyjski oddział, który stanowiłby dla was istotne wsparcie militarne przeciw Niemcom. Foch odpowiedział bez wahania: jeden brytyjski żołnierz, a my już dopilnujemy, żeby został zabity. I o to właśnie chodzi.

Nie jest wykluczone, że ze strony administracji Trumpa taka deklaracja padła. 25 maja Komisja Sił Zbrojonych Senatu przegłosowała proponowany przez republikanina Johna McCain projekt National Defence Authorization Act 2019 (czyli budżet obronny USA), który zawiera m. in. następującą klauzulę: „zobowiązanie Sekretarza Obrony do sporządzenia raportu o wykonalności i celowości stałego stacjonowania na terenie Polski brygady bojowej armii Stanów Zjednoczonych”.

W tej sprawie nikomu nie należy nie ufać albo ufać za bardzo

Zobowiązanie do wykonania studium wykonalności i celowości to jeszcze nie decyzja, ale początek decyzji. Z polskiego punktu widzenia rozsądne będzie jak najdłuższe przeciąganie procesu decyzyjnego w UE w sprawie odpowiedzi na sankcje amerykańskie wobec przedsiębiorstw europejskich tak, by doczekać wiarygodnej i wiążącej deklaracji strony amerykańskiej w sprawie stałej obecności jej wojska w Polsce. W tej sprawie nikomu nie należy nie ufać albo ufać za bardzo. Totalna nieufność też nie jest wskazana. Jeśli skończy się wywołana kretyńską nowelizacją ustawy o IPN blokada w stosunkach na najwyższym szczeblu między Polską a USA, to sygnałem, że warto pójść na kurs kolizyjny z Francją i Niemcami będzie wiążąca deklaracja prezydenta Trumpa, że Stany Zjednoczone uznają stałe stacjonowanie swojej brygady bojowej brygady bojowej na terenie Polski za wykonalne i celowe. A jak nie, to nie.