Newsletter

Brylewski: pełnia życia

Uderza różnorodność tego, co Brylewski robił w muzyce przez czterdzieści lat. Punk, reggae, ska, jazz, nowa fala, a od 1985 r. także apokaliptyczny folk i bajkowy czad

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Robert Brylewski nie żyje. Nie pasują do siebie słowa w tym zdaniu, gryzą się, potykają, wydaje się wręcz, że „Robert Brylewski” i „nie żyje” to elementy nieprzystawalne, że ktoś się pomylił, że chochlik drukarski… nie, przepraszam, że to fake news.

Brylewski pozostał sobą. Zapłacił za to swoją cenę: w 2014 r. w słynnym już wywiadzie dla Onetu mówił, że nie ma za co żyć: „Czasem nawet nie mam za co do rodziny pojechać, za opłaty za telefon mnie ścigają”

Bo Robert Brylewski to życie. Gdy słucham czterdziestoletniego „Holidays in Siberia” zespołu The Boors, jednego z pierwszych zarejestrowanych utworów „Afy” – bo takiego śląskiego pseudonimu używał też „Max” i „Goldrocker” – to już słychać to życie w punkowej energii, w wyczuwalnym pulsie ska. Pamiętajmy, to rok 1978. Czasy schyłkowego Gierka, narastające zmęczenie, coraz gorsza sytuacja gospodarcza. W Polsce króluje Muzyka Młodej Generacji i rock progresywny: romantyczne, patetyczne, długie dźwięki Exodusu, Heam z Markiem Bilińskim, SBB; nawet toruńska Res Publica (protoplaści późniejszej Republiki) odlatywała wówczas w świat poetyckich marzeń. To wszystko była bardzo dobra muzyka, ale w pewien sposób cywilizowana, niemogąca wyrazić wprost gniewu i frustracji. Zagubiły się gdzieś korzenie rocka: rytm, transowość, bunt. The Boors (samą nazwą ironicznie nawiązujący do wielkiego bandu Morrisona) byli na tym tle jak potężny cios w twarz.

W 1979 r. zmienili nazwę na Kryzys. Gazety pełne były wówczas pustych słów: „Polska wychodzi z kryzysu” (złośliwi dodawali: wielkimi krokami). Nie ma mowy o poetyckich pastelach, jest konkret, z którym trzeba się zmierzyć. Brylewski tak komentuje sytuację: „Jak można nie mówić o pesymizmie, skoro na świecie dzieje się tyle dziwnych rzeczy i rządzą światem dziwni politycy”.

Dlaczego wciąż brakuje nam idoli

Wiemy dużo o niedoli

Nikt nie wie skąd

Podziemny front

Telewizja

Telewizja

Telewizja

(Kryzys, „Telewizja”)

Były to też czasy sporów między fanami różnych zespołów. Kryzys miał walczyć z Tiltem; Brylewski później stwierdzi, że „więcej było w tym żartu i blagi niż rzeczywistych animozji”. Faktycznie w lipcu 1981 wraz z Tomaszem Lipińskim z Tiltu zakłada Brygadę Kryzys. Wkrótce nadszedł karnawał „Solidarności”, potem stan wojenny, i muzykom zabroniono występować pod prowokacyjną nazwą – zaproponowano im wersję „Brygada K.”. Nie zgodzili się, więc nie mogli grać. Mimo to Tonpress wydał im w 1982 r. jeden z najważniejszych albumów polskiego rocka, zwany „Czarną Brygadą”. I choć – jak twierdzą niektórzy – część nakładu poszła na przemiał, to muzyka rozeszła się po całej Polsce i już tam pozostała.

Czekamy, czekamy

Wszyscy na jednej fali!

Centrala nas ocali

Centrala nas ocali

(Brygada Kryzys, „Centrala”)

 Niektórzy zwolennicy spiskowej teorii dziejów twierdzą, że eksplozja polskiego rocka w latach 80. była sterowana przez władze. Ciekawe, czy powiedzieliby to w twarz Brylewskiemu, który w grudniu 1981 został ciężko pobity na komendzie MO. Uratował się tylko dzięki udanej symulacji choroby psychicznej. Lęk przed inwigilującym PRL-em był wszechobecny, a odpowiedzią mógł być tylko spokój ducha i metafizyka. Wszystko to było obecne w pulsie reggae, obecnym od początku w dźwiękach Brylewskiego. W 1983 r. powstał legendarny, rastamański Izrael. Teksty Brylewskiego były zainspirowane Pismem Świętym, choć on sam dystansował się od zorganizowanej religii.

I spojrzałem, i usłyszałem

Jak jeden orzeł lecący środkiem nieba

Zawołał głosem donośnym:

Biada, biada, biada

Wielki Babilon upada

(Izrael, „Biada narodom”)

Uderza różnorodność tego, co Brylewski robił w muzyce przez czterdzieści lat. Punk, reggae, ska, jazz, nowa fala, a od 1985 r. także apokaliptyczny folk i bajkowy czad: to Armia. Tomasz Budzyński w autobiografii „Soul Side Story” z sentymentem wspomina początek lat 90., kiedy w komunie w warmińskim Stanclewie tworzyli wybitną „Legendę”, uprawiali ziemię, żywili się warzywami i tajemniczą przyprawą zwaną gumazjo. Tymczasem w Polsce nadeszły bardziej lub mniej spodziewane przemiany. Dziwnych polityków z nadania sowieckiego zastąpili równie dziwni politycy z nadania demokratycznego. Alternatywa, prowokacja, metafizyka i siła przekazu nadal były w cenie – a Brylewski skomponował wtedy do tekstu Budzyńskiego utwór, o którego sile wątpić nie można.

Posłuchaj jeszcze raz, to wieje wiatr

Oddaję ci swój czas i czekam na znak

Hej, hej, Niezwyciężony!

Hej, hej, poznać się daj!

Hej, hej, Niezwyciężony!

Hej, hej, wstawaj i walcz!

(Armia, „Niezwyciężony”)

Lata 90. to czas jeszcze większych eksperymentów: Brylewski w duecie Max i Kelner, a później jako Warsaw Beat gra muzykę elektroniczną; z Falarek Band – ciemne i potężne dźwięki industrialne, współpracuje też z yassowcami z Trójmiasta. Bardzo udany okazuje się powrót Brygady Kryzys z płytą „Cosmopolis”.

Potem o Brylewskim słychać było coraz mniej. Od czasu do czasu pojawiał się na koncertach, to z Brygadą Kryzys, to z Izraelem, to wreszcie z reaktywowanym Kryzysem. Polacy stawali się coraz bardziej syci i łasi na komercję, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać „Idole”, „Tańce z gwiazdami”, „Mamtalenty”. Niektórzy muzycy alternatywni przyjmowali posady jurorów w sowicie opłacanych, medialnych shows, a Brylewski pozostał sobą. Zapłacił za to swoją cenę: w 2014 r. w słynnym już wywiadzie dla Onetu mówił, że nie ma za co żyć: „Czasem nawet nie mam za co do rodziny pojechać, za opłaty za telefon mnie ścigają”. I wreszcie ta przedwczesna śmierć – tragiczna i niezrozumiała.

Mam dziś przed oczami młodego chłopaka z grzywką, w ciemnej marynarce, koszuli bodaj różowej (o ile kolory starej taśmy filmowej z 1980 r. nie przekłamują), który mówi: „Jesteśmy przeciw wszystkiemu, co jest przeciw nam. (…) Człowiek zapomina o swoich ludzkich odruchach, pchany jest tylko swoimi ambicjami, używa do tego innych ludzi”

A jednak – pozwolę sobie na wysokie „C” – już wiemy, że nie wszystek umarł. Dziś opłakują go nie komercjusze, o których za chwilę nikt nie będzie pamiętał, ale artyści tej klasy, co Pablopavo, dla którego Goldrocker był „ojcem jego muzyki”. Lao Che na słynnym „Powstaniu Warszawskim” powtarzają za Brylewskim: „Wolny naród musi być”, a Muniek Staszczyk mówi, że „całe jego muzyczne życie kręciło się wokół Brygady Kryzys”.

Mam dziś przed oczami młodego chłopaka z grzywką, w ciemnej marynarce, koszuli bodaj różowej (o ile kolory starej taśmy filmowej z 1980 r. nie przekłamują), który mówi: „Jesteśmy przeciw wszystkiemu, co jest przeciw nam. (…) Człowiek zapomina o swoich ludzkich odruchach, pchany jest tylko swoimi ambicjami, używa do tego innych ludzi”.

Naiwne? Być może. Ale prawdziwe. Pesymizm, ale też pełnia życia, skoro młodemu Brylewskiemu chciało się śpiewać, chciało się wykrzyczeć ten sprzeciw. Taki pozostał. Tymczasem ciągle światem rządzą dziwni politycy, ambicja zabija, a rzeczy dzieją się coraz dziwniejsze. Nadal potrzebujemy alternatywy, bo potrzebujemy życia – a ono jest silniejsze od śmierci.