Newsletter

Popłoch w krainie kangurów

Przemówienie wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a, tym razem na szczycie APEC w Papui-Nowej Gwinei, otworzyło kolejny etap konfrontacji z Chinami. W rozkręcającej się rywalizacji duża rola przypada Australii

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Pozycja Canberry jest nie do pozazdroszczenia. Polityka bezpieczeństwa państwa oparta jest na sojuszu za Stanami Zjednoczonymi, a sama Australia odgrywa bardzo istotną rolę w strategii Waszyngtonu. Jednocześnie jej największym partnerem handlowym stały się Chiny, które starają się bezwzględnie ten fakt wykorzystać. W październiku tego roku Pekin wymógł na Australijczykach odstąpienie od podpisania umowy o wolnym handlu z Tajwanem. Istotnym „lewarem” stali się także chińscy inwestorzy działający na australijskim rynku nieruchomości.

Kto kogo „okrąża”?

Narastająca zależność gospodarcza od dawna wywoływała niepokój. Dzwonki alarmowe rozległy się w ubiegłym roku, gdy wyszło na jaw, że sympatyzujące z Chinami ugrupowania polityczne są finansowane z Pekinu. Wkrótce potem pojawiły się oskarżenia, że chiński wywiad używał telefonów marki Huawei do szpiegowania australijskich władz. Z drugiej wzmagał się nacisk ze strony Waszyngtonu, by w rysującej się konfrontacji stanąć po stronie USA. W efekcie australijskie okręty i samoloty rozpoczęły regularne patrole na Morzu Południowochińskim. To zaś musiało wywołać reakcję Pekinu. We wrześniu 2017 partyjny dziennik „Renmin Ribao” oskarżył Australię o „okrążanie” Chin i pełnienie funkcji „forpoczty Stanów Zjednoczonych”. Całościowo ten zabieg propagandowy był bardzo interesujący, gdyż gazeta podkreślała, że Australia jest zmuszana do odgrywania takiej niewdzięcznej roli przez Waszyngton. Z czasem jednak ton chińskich mediów zmienił się i przeszedł od zrozumienia do otwartych gróźb.

Australia złożyła dużo lepszą ofertę i świetnie wykorzystała swoje atuty

Sprawy nabrały rozpędu w kwietniu tego roku. Platforma medialna ABC poinformowała, że na Morzu Południowochińskim doszło do konfrontacji między australijskimi a chińskimi okrętami wojennymi. Cała sprawa pozostaje niejasna i najprawdopodobniej miała drugie dno. Według wersji podanej przez ABC, grupa australijskich okrętów płynęła z zatoki Subic na Filipinach do Ho Chi Minh w Wietnamie. Zespół przebywał na wodach Azji Południowo-Wschodniej, prezentując banderę, czyli pokazując obecność Australii w regionie. W trakcie rejsu doszło do „uprzejmej, acz zdecydowanej” konfrontacji z chińskimi okrętami. Na tym kończą się informacje podawane przez ABC, powołującą się na nieujawnione „oficjalne” źródła. Australijskie ministerstwo obrony odmówiło komentarza w tej sprawie. Co zaskakujące, chińskie ministerstwo obrony potwierdziło, że doszło do spotkania okrętów. Miało ono mieć miejsce 15 kwietnia. Jednocześnie Chińczycy odrzucili informacje o konfrontacji. Chińskie okręty miały zachowywać się w sposób „zgodny z prawem i konwencjami międzynarodowymi”.

Problemem jest brak szczegółowych informacji. Nie wiadomo, gdzie dokładnie doszło do spotkania i jak ono przebiegało. Australijskie okręty mogły przepływać w pobliżu sztucznych wysp budowanych przez Chiny. Nie wiadomo także, jak zachowywały się obie strony. Agresywne zachowanie chińskich okrętów, a nawet markowanie prób taranowania stały się w takich sytuacjach niestety normą. Według Euana Grahama z Lowry Institute, komuś w australijskim ministerstwie obrony lub siłach zbrojnych mogło zależeć na nagłośnieniu sprawy. Z racji regularnych patroli na Morzu Południowochińskim dość często dochodzi do mniej lub bardziej ostrych incydentów z siłami chińskimi. Upublicznienie sprawy ma zapewne związek z ochładzaniem relacjami na linii Canberra–Pekin, związanymi z ekspansją Chin na Pacyfiku.

Konkurencja o Oceanię

To ostatnie spędza sen z powiek australijskich decydentów. Pekin od lat czyni awanse do wyspiarskich państw Pacyfiku. Podobnie jak w innych częściach świata, Chiny kuszą potencjalnych partnerów pozornie atrakcyjnymi programami inwestycyjnymi. Ponadto południowy Pacyfik został ujęty w oficjalnej „Wizji współpracy morskiej w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku”, opublikowanej przez chińską administrację w czerwcu 2017. Jednak już wcześniej oferty pomocy gospodarczej i militarnej otrzymały Papua-Nowa Gwinea, Fidżi i Samoa. Jako element Morskiego Jedwabnego Szlaku należy także odczytywać poważne inwestycje w infrastrukturę portową w Australii, przede wszystkim w Darwin.

Canberra patrzyła na te działania przez palce. Otrzeźwienie przyszło wiosną 2018 r., gdy pojawiły się pogłoski o możliwości powstania bazy chińskiej marynarki wojennej na Vanuatu. Władze wyspiarskiego państwa zdementowały te doniesienia. Z kolei australijskie media, powołując się na źródła w siłach bezpieczeństwa Vanuatu, twierdziły, że Pekin nie wystąpił z formalną propozycją, a w najbliższym czasie należałoby się raczej spodziewać serii umów, pozwalających chińskim okrętom na uzupełnianie paliwa i zapasów oraz przeprowadzanie napraw.

Działania Chin na obszarze Oceanii bardzo zaniepokoiły nie tylko Australię, uznającą region za swoje podwórko. Niezadowolenie okazały także Stany Zjednoczone, Nowa Zelandia i Francja. Wbrew pozorom, Vanuatu ma bardzo korzystne położenie geograficzne. Wyspy leżą 2,5 tys. km od wybrzeży Australii, podobny dystans dzieli je od Nowej Zelandii, a do francuskiej Nowej Kaledonii jest zalewie ok. 500 km. W warunkach Pacyfiku to rzut kamieniem.

Canberra przystąpiła do kontrofensywy, która szybko zaczęła przynosić rezultaty. Już we wrześniu udało się zablokować działania Chin na Fidżi. Chodziło o reaktywację, modernizację i rozbudowę bazy Black Rock Camp w Nadi. Szczegóły chińskiej oferty pozostają nieznane; nieoficjalnie mówiło się o budowie lotniska. Za pewnik przyjmowano też pojawienie się chińskich wojskowych, chociaż brak informacji, w jakiej liczbie i w jakim charakterze.

Okazało się, że Australia złożyła dużo lepszą ofertę i świetnie wykorzystała swoje atuty. Według lokalnych źródeł wojskowych, Chiny proponowały, aby część prac Fidżi zrealizowało przy pomocy własnych środków, podczas gdy Pekin występowałby jako partner przy innych inwestycjach. Natomiast Canberra zaoferowała całościową modernizację i rozwój Black Rock Camp oraz ewentualne przekształcenie bazy w centrum szkoleniowe dla sił zbrojnych wszystkich państw południowego Pacyfiku. Łączna wartość projektu to 2 mln USD.

Także we wrześniu pojawiły się informacje o rozmowach z władzami Papui-Nowej Gwinei w sprawie reaktywacji i rozbudowy bazy w Lombrum na wyspie Manus w archipelagu Wysp Admiralicji. Canberra zaoferowała na ten cel 5 mln dolarów, a prace mogłyby również objąć przystosowanie lokalnego lotniska do celów wojskowych.

Sama Australia coraz mocniej opowiada się po stronie USA

Agresywne oblicze Chin

Tutaj na arenę wchodzi wiceprezydent Pence. Jego przemówienie w Port Moresby 18 listopada było drugim wystąpieniem, utrzymanym w zimnowojennym klimacie. Pence w zasadzie nakazał państwom Azji Południowo-Wschodniej, by w sporze na Morzu Południowochińskim jednoznacznie opowiedziały się po stronie Chin lub Stanów Zjednoczonych. Zapowiedział także, że Waszyngton wesprze Australię i Papuę-Nową Gwineę w reaktywacji i rozbudowie Lombrum. Niestety nie podał żadnych szczegółów na ten temat.

Wyspy Admiralicji stanowią świetny punkt do zablokowania Chinom drogi na południowy Pacyfik. Samo Lombrum jest położone zaledwie niecałe 1800 km od Guamu, co umożliwia zapewnienie wsparcia tej niezwykle ważnej bazy sił USA.

Pacyfik jest kolejnym przykładem na to, jak Chiny same strzelają sobie w stopę. Bardzo duża dotychczas soft power, w tym rewelacyjny marketingowo pomysł Nowego Jedwabnego Szlaku, zastępowana jest przez arogancję, zaś asertywna obrona własnych interesów przeradza się w agresję. W tej sytuacji państwa Oceanii, mimo zainteresowania Jedwabnym Szlakiem, uważnie patrzą w stronę Australii, która zaczyna wreszcie dobrze rozgrywać swoje karty. Na początku listopada premier Scott Morrison ogłosił projekt utworzenia australijskiego banku inwestycji infrastrukturalnych. Jest to część wartego 2,2 mld USD programu pomocowego skierowanego do państw południowego Pacyfiku. Stawia to jednocześnie przed australijską dyplomacją spore wyzwanie. Canberra musi pokazać się jako łagodny hegemon, który w przeciwieństwie do Pekinu ma na uwadze lokalne interesy. Dotyczy to szczególnie Papui-Nowej Gwinei, która według słów jednego z australijskich analityków nie może za bardzo odczuć, że staje się buforem.

Sama Australia coraz mocniej opowiada się po stronie USA. Wprawdzie chiński lewar ekonomiczny skłania jeszcze premiera Morrisona do mówienia o dążeniu do utrzymania „równych odległości” między Pekinem i Waszyngtonem, ale wiele istotnych decyzji już w Canberrze zapadło. Australijsko-amerykańskie powiązania w zakresie bezpieczeństwa okazały się bardzo silne, a układ, w którym Australia działa jako „legat” Stanów Zjednoczonych na Południowym Pacyfiku, jest bardziej atrakcyjny dla „kangurów” niż porządek sinocentryczny.