Newsletter

PIT-owski bubel

Pozbawienie części małżonków korzyści ze wspólnego rozliczania się ma dwa źródła: naprawianie świata za pomocą systemu podatkowego i nonszalanckie ustawodawstwo

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Tradycją konserwatywnych liberałów związaną z końcem kwietnia jest od jakichś 20 lat znęcanie się nad formularzem PIT. Jedzenie, palenie, a ostatnio nawet wysyłanie w kosmos – tyle zachodu po to, by wykazać podatnikom bezsens ich starań przy wypełnianiu deklaracji podatkowej oraz by przekonać ich do szkodliwości tej daniny.

Lata mijają, a Polacy nie chcą się rozstać z PIT-em. Wygląda na to, że zdążyliśmy się już do niego przyzwyczaić, choć pewnie nie polubić: w końcu każdy choćby na dwie godziny w roku staje się korwinistą, gdy musi wypełniać kolejne rubryczki swojego zeznania i to zupełnie bez sensu, bo przecież urzędnicy i tak już te dane mają. Od niedawna mała grupa podatników dostała kolejny powód do pomstowania.

Chodzi o zmiany w kwocie wolnej od podatku. W 2016 roku parlament głosami Prawa i Sprawiedliwości uchwalił prawo, które podwyższa kwotę wolną najuboższym, dużej części Polaków – pozostawia bez zmian, a bogatszym – obniża lub wręcz likwiduje. Dzieje się to na zasadzie dość skomplikowanej formuły degresywnej. Może się to komuś podobać lub nie, jednak byłaby to typowa zmiana z socjalno-równościowego arsenału, gdyby nie fakt, że doprowadziła do pewnego absurdu. Otóż w efekcie części małżeństw – tym, w których jedno z małżonków zarabia dużo więcej niż drugie – nie opłaca się rozliczać wspólnie, gdyż w efekcie jedno z nich może stracić prawo do kwoty wolnej.

Niejeden podatnik dostaje białej gorączki ze świadomości, że ma prawo do przywileju, z którego nie może korzystać

Nie doprowadzi to oczywiście do masowego wzrostu liczby rozwodów (wystarczy bowiem rozliczać się oddzielnie, i akurat ten problem znika), niemniej niejeden podatnik dostaje białej gorączki ze świadomości, że ma prawo do przywileju, z którego nie może korzystać. Cały bałagan ma cztery źródła, z których trzy mają wspólny mianownik: naprawianie świata w myśl światopoglądu rządzących za pomocą systemu podatkowego. Świat nie jest idealny, ale ta sytuacja pokazuje, że machinacje przy podatku PIT nie są może najlepszym narzędziem do tego, by go zmieniać.

Chodzi, po pierwsze, o progresję. Można oczywiście być za nią w imię walki z nierównościami, niemniej faktem jest, że gdybyśmy mieli podatek liniowy (nawet przy kwocie wolnej), nie byłoby problemu z wpadaniem w drugą stawkę podatkową przy rozliczaniu części dochodu. Przed tym mechanizmem chroni małżonków – w imię preferowania przez państwo związków małżeńskich względem konkubinatów – możliwość wspólnego rozliczania się z PIT. Tego przywileju część małżonków została pozbawiona, ponieważ (po trzecie) PiS postanowił odpowiedzieć na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, wprowadzając degresywną kwotę wolną, mającą z jednej strony ulżyć losowi najbiedniejszych, z drugiej zrekompensować ubytki kosztem ludzi bardziej majętnych.

I to dałoby się pewnie rozwiązać w uporządkowany sposób, gdyby nie to, że PiS – nie pierwszy i nie ostatni raz – podszedł do legislacji w wysoce nonszalancki sposób. Miesiącami posłowie bimbali sobie na wyrok TK, ba, nawet wyrzucili jeden z projektów mających go implementować do kosza (autorstwa Platformy Obywatelskiej, która będąc w opozycji nagle się w tym temacie zaktywizowała) – by obudzić się na ostatniej prostej i uchwalać prawo metodą senackiej wrzutki w ostatnim możliwym terminie. Niewykluczone, że była to najszybciej uchwalona zmianą prawa w historii parlamentaryzmu III RP. Być może gdyby parlamentarzyści pracowali nad nią dłużej (czyli zaczęli pracować nad nią wcześniej – no, ale wtedy mieli ważniejsze sprawy na głowie, np. wywracanie TK do góry nogami), do bałaganu by nie doszło. Ale pracowali krócej.

Niektórzy twierdzą, że właściwie nie ma w tym nic złego, bo przecież wspólne rozliczanie nie powinno służyć „najbogatszym”. To absurd: na wspólnym rozliczaniu się korzystają właśnie ci małżonkowie, u których istnieją na tyle duże różnice w dochodach, by jedno wpadało w wyższą stawkę PIT. Można być oczywiście przeciwnym takiemu rozwiązaniu, ale wtedy trzeba dążyć do likwidacji wspólnego rozliczania się, a nie prowadzić do sytuacji, w której istnieje pewien przywilej, z którego i tak nie można korzystać. To wpływa bardzo negatywnie na kulturę prawną i podważa zaufanie do państwa prawa.

Problem w tym, że PiS już nieraz pokazał, że dbałość o kulturę prawną nie znajduje się wysoko w jego hierarchii wartości. Zamiast zmiany tego absurdu spodziewam się więc prędzej wprzęgnięcia go w trwającą właśnie kampanię przeciwko „najbogatszym”.