„Piątka Kaczyńskiego”, czyli dzielić, by rządzić

Każda z propozycji przedstawionych podczas konwencji PiS ma zadowolić wybraną grupę wyborców. Kaczyński zakłada, że rodzice, ludzie młodzi czy emeryci nie będą myśleć o skutkach systemowych, tylko o zasobności swojego portfela

Polityk, który jednocześnie obiecuje wzrost wydatków i obniżkę podatków, uprawia demagogię. Tak zrobił właśnie Jarosław Kaczyński, który podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości obiecał de facto likwidację PIT dla osób poniżej 26. roku życia, obniżkę kosztów pracy (średnio doprecyzowaną), 500+ od pierwszego dziecka, jednorazową „trzynastkę” dla emerytów i przywrócenie licznych autobusowych połączeń lokalnych.

Propozycje te powodują jednorazowy koszt rzędu 30-40 mld zł i (zwłaszcza, jeśli chodzi o 500+) wielomiliardowy wzrost wydatków stałych, tudzież spadek wpływów do budżetu. Wraz z obniżką podatków powodują zagrożenie wzrostu deficytu budżetowego. Dziwią głosy tych, którzy tego nie widzą, powołując się na nauki Johna Maynarda Keynesa. Wiązanie tych pomysłów z nazwiskiem brytyjskiego ekonomisty jest dla niego obraźliwe, nie postulował on bowiem czynienia z wydatków publicznych gospodarczego perpetuum mobile, a narzędzie (połączone z obniżką podatków), które, zastosowane w okresie recesji, może pomóc szybciej z niej wyjść. Tymczasem nasza gospodarka ma się obecnie bardzo dobrze i stosowanie takiego splotu instrumentów może pogorszyć sytuację w przyszłości, zwłaszcza że już pojawiają się chmury na globalnym gospodarczym niebie. Zwłaszcza wydatki stałe będzie trzeba ponosić bez względu na to, jakie będą wpływy do budżetu.

Nie o samą gospodarkę i sprawy społeczne tu chodzi, a przede wszystkim o zbliżające się wybory. Bez względu na to, czy te obietnice zostaną zrealizowane przed jesienią, będą pułapką na obecną opozycję

Nie jest to zresztą pierwszy raz, kiedy PiS sięga po takie narzędzia. Co prawda obniżka podatków za „pierwszego PiS-u” pomogła przejść nam względnie suchą nogą przez kryzys po 2008 roku, jednak jednocześnie zmniejszyła rządowi PO-PSL pole manewru. I choć można założyć, że Donald Tusk oferujący Polakom „ciepłą wodę w kranie” i tak nie próbowałby realizować swoich wcześniejszych obietnic, to jednak te fakty, interpretowane bez sięgania do globalnego tła wydarzeń, ułożyły się (przynajmniej w oczach zwolenników PiS) w obraz przedstawiający partię Jarosława Kaczyńskiego, który „pokazuje, że się da”, zaś PO i PSL jako skąpiradła, za których rządów mieliśmy znacznie gorsze wyniki gospodarcze.

Zresztą, nie o samą gospodarkę i sprawy społeczne tu chodzi, a przede wszystkim o zbliżające się wybory. Bez względu na to, czy te obietnice zostaną zrealizowane przed jesienią, będą pułapką na obecną opozycję. Ta bowiem albo będzie licytowała się na obietnice, albo będzie musiała zmierzyć się z ewentualnymi skutkami nowych wydatków. Niestety wielu wyborców nie będzie badać, czy „500+” na każde dziecko będzie miało wpływ na demografię czy jakie będą jego długofalowe znaczenie dla budżetu. Nie będzie też zastanawiać się nad tym, czym rekompensować ubytek z PIT i czy przypadkiem nie skończy się na rotacji sztucznie zatrudnianych młodych ludzi, których po 26. urodzinach będzie się wymieniało na młodszych (zwłaszcza tam, gdzie zdobyte doświadczenie nie odgrywa aż tak dużej roli), a także – czy ustawa jest w ogóle konstytucyjna.

Ważniejsze może się okazać, że konkretna propozycja wymiernie polepszy zasób ich portfela. Każda z tych propozycji (poza mglistą obniżką kosztów pracy) ma zadowolić wybraną grupę wyborców – rodziców, młodych, emerytów lub osoby mieszkające w mniejszych, słabiej skomunikowanych miejscowościach. To całkiem zrozumiałe, że ktoś, komu na konto wpływa miesięcznie 500 dodatkowych złotych lub kto dostanie jednorazową emerytalną „trzynastkę”, cieszy się z tego. To nie zmienia jednak faktu, że ma to również wpływ na ogół. Choć badania dotyczące motywacji przy głosowaniu nie są jednoznaczne (przykładowo Brian Caplan w „Micie racjonalnego wyborcy” stawia tezę, że głosujący w lokalu wyborczym nie kierują się interesem własnym, tylko swoimi wyobrażeniami na temat tego, „jak powinno być”), to jednak „piątka Kaczyńskiego” wyraźnie wskazuje na to, że politycy PiS chcą dać różnym grupom konkretne przywileje.

Można założyć, że nawet jeśli ma to przy urnach umiarkowane znaczenie, to jednak im bliżej do wyborów, tym jest ono potencjalnie większe, zwłaszcza od rozwiązań wprowadzonych na początku kadencji, do których Polacy zdążyli się już przyzwyczaić i traktują je jak oczywistość. Jednocześnie hojne obietnice mogą rozwścieczyć tych, którzy od lat domagają się np. podwyżek – jak choćby nauczyciele. Związek Nauczycielstwa Polskiego już zapowiedział zaostrzenie strajku planowanego na kwietniowe egzaminy gimnazjalne i na koniec szkoły podstawowej.

Na „piątkę Kaczyńskiego” można więc patrzeć od strony jej potencjalnych skutków dla gospodarki i państwa, nie można jednak tracić z oczu tego, że są to przede wszystkim obietnice przedwyborcze, nakierowane na skutki partyjno-polityczne. Nie pierwsze to tego typu postulaty i przygotujmy się na to, że w tym roku na pewno nie ostatnie.

fot: Kancelaria Sejmu

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

3 odpowiedzi na “„Piątka Kaczyńskiego”, czyli dzielić, by rządzić”

  1. Jacek pisze:

    Nie ma publicznej dyskusji o strategicznych problemach. Nie ma racjonalnych argumentów i kontrargumentów. Jest okładanie się kijami i licytacja „co nam dadzą”. Oczywiście, że dadzą to, co zabiorą minus „koszty pozyskania”. Totalna opcja na okładanie kamieniami dinozaura przyjęta przez opozycję i budowanie koalicji „wszyscy, którzy przeciw” bez mądrej propozycji przyszłości, zawęża możliwość działania. Coraz bardziej widać jak środowiska post-okrągłostołowe zapędziły się w kozi róg i utrwalają ten stan.

  2. cimber pisze:

    Ale gdzie w tym wszystkim jest liberalna opozycja?
    Jako pracujący jestem stanowczo przeciwny takiemu rozpasaniu budżetu i dawania mi i innym czegokolwiek za co ja koniec końców będe musiał zapłacić.
    I nie mam na kogo głosować. Nie ma żadnej liczącej się siły która powiedziała by w sejmie w moim imieniu że jest przeciw. Że to za dużo, że juz teraz mamy deficyt, a może być gorzej. Że inwestycje stoją, infrastruktura wciąż wymaga poprawy.
    I że jest wreszcie cała masa ludzi którym należą się podwyżki za prace którą wykonują jako pielęgniarki, nauczyciele, urzędnicy niskiego i średniego szczebla. I to za ich prace powinniśmy im najpierw godnie zapłacić.

    Co na to np PO, albo psl, albo sld? Jest ktokolwiek na naszej scenie politycznej, kto myśli o Polsce, a nie tylko o wygraniu wyborów?
    Przecież są w Polsce ludzie którzy cenią polityków z zasadami wizją i odwagą.

  3. Jacek pisze:

    „Liberalna” opozycja, bo tak określa siebie PO (!), mówi, że nie ma na to kasy ale w sejmie poprze wszystkie socjalne propozycje PIS (autentycznie, powiedzieli, że zagłosują „za”). Tak to wygląda, że nie mają nic spójnego do zaproponowania. Patrzą, co da im poparcie w sondażach, kreują sztuczne konflikty, na których dałoby się wjechać do sejmu czy do PE i wynoszą każdy prawdziwy i wydumany konflikt poza Polskę. Prawicowa opozycja nie istnieje. Mają więcej ambitnych przywódców niż członków. I tak się to wszystko toczy. Za jakiś czas zobaczymy dokąd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz