Newsletter

Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek

Z rządem pożegnało się kilka osób, których działania były, mówiąc delikatnie, kontrowersyjne. Odejście Szyszki i Macierewicza wskazuje natomiast, że Kaczyńskiemu nie jest już tak bardzo potrzebny koncern medialny o. Rydzyka

Doczekaliśmy się. W końcu, po miesiącach krygowania się, Prawo i Sprawiedliwość (a właściwie Zjednoczona Prawica) wymieniło kilku ministrów. I zmiany te można przyjąć z mieszanymi uczuciami.

Z rządem pożegnało się kilka osób, których działania były, mówiąc delikatnie, kontrowersyjne. Z tego grona najłatwiej było wymienić ministra Konstantego Radziwiłła – nieumocowanego politycznie, pozbawionego poparcia nawet ze strony formacji Jarosława Gowina, która go wcześniej wspierała. Ministerstwo zdrowia zawsze było trudne, wręcz pisane najlepiej komuś o mentalności kamikadze. Komuś, kto ma żyłkę reformatora, kto potrafi zaproponować nowe, przełomowe rozwiązanie piętrzących się problemów. Takim kimś nie jest Radziwiłł – to raczej typ sytego arystokraty, zadowolonego z tego, jak jest, któremu nie przychodzi do głowy, że może być inaczej. Tymczasem świat się zmienia, a współcześni lekarze nie traktują przepracowania jako części zawodowego etosu. Oburzenie na to, że nie chcą pracować dłużej niż 48 godzin tygodniowo, zbywają śmiechem i jedynie irytują się, że żądania, wysuwane przez nich od miesięcy, sprowadza się do sporu o pieniądze. Były już minister kolejnymi swoimi wypowiedziami i brakiem odwagi pokazał, że z tej mąki nie będzie chleba. Jego następcą będzie Łukasz Szumowski – trudno powiedzieć, czy to zmiana na lepsze. To możliwe: jest to lekarz nieco młodszy od Radziwiłła, więc może jeszcze nie wiedzieć, że pewne kwestie są nie do ruszenia.

Jeśli Henryk Kowalczyk nauczy się na błędach Jana Szyszki, może być tylko lepiej

Jestem przekonany, że Mateusz Morawiecki miał ograniczoną możliwość wpływania na kształt swojego rządu. Na ministerstwo zdrowia – pewnie większą, ale na resorty siłowe czy dyplomację już niewielką. Dlatego trudno było oczekiwać jakościowej zmiany w MON i MSWiA. Dobrze, że oficjalna informacja o tym, kto kogo zastąpi, została podana parę minut po dwunastej, za wcześnie na szampana. W związku z tym nikt pospiesznie nie chował butelek, gdy pojawiła się pewność (pogłoski krążyły od rana), że Antoniego Macierewicza zastąpi Mariusz Błaszczak, a Mariusza Błaszczaka – Joachim Brudziński. Słowem: bliscy współpracownicy Jarosława Kaczyńskiego. Pozbawienie Macierewicza jego ukochanej funkcji jest pewnym zaskoczeniem, jednak nie cieszmy się zbyt szybko, gdyż ptaszki ćwierkają, że na osłodę może dostać inne stanowisko. Gdyby był to urząd marszałka sejmu, ludzie, którym wydaje się, że nie może być na tym stanowisku osoby gorszej (w tym przypadku: bardziej konfliktowej i zdolnej do eskalacji sporów) niż Marek Kuchciński, mogliby zacząć rewidować swoją opinię.

Wraz z Macierewiczem z rządu odchodzi inny związany z Radiem Maryja polityk – Jan Szyszko. Zwłaszcza jego dymisja może oznaczać, że Jarosław Kaczyński zdał sobie sprawę, że politycznie koncern medialny o. Tadeusza Rydzyka nie jest mu już aż tak bardzo potrzebny. Tylko bowiem fałszywym przekonaniem o potędze Torunia można tłumaczyć fakt, że Szyszko tak długo utrzymywał się na stanowisku. Był to polityk, o którego działalności minister Piotr Gliński mógł powiedzieć tylko tyle dobrego, że dba o polskie interesy gospodarcze – a to w przypadku resortu środowiska, mającego w swoją naturę wpisane chłodzenie zakusów eksploatacyjnych, jest – przyznajmy – dość nietypowe. Jeśli Henryk Kowalczyk nauczy się na jego błędach, może być tylko lepiej. Podobnie jest w przypadku Jacka Czaputowicza, który zastępuje ministra spraw zagranicznych, Witolda Waszczykowskiego.

Nazwa ministerstwa przedsiębiorczości i technologii przywodzi na myśl czasy, gdy mieliśmy osobne ministerstwa od każdej dziedziny gospodarki

Oprócz kwestii personalnych mamy także strukturalne. Premier Morawiecki wypuszcza ministerstwa finansów i rozwoju ze swoich rąk. Pierwsze oddaje zaufanej współpracownicy, Teresie Czerwińskiej, natomiast drugie… dzieli, a poszczególne wydziały łączy z wydziałami innych resortów. Gdy usłyszałem, że Jadwiga Emilewicz zostanie ministrem przedsiębiorczości i technologii, uśmiechnąłem się. Nazwa tej nowej instytucji brzmi jak żart obrazkowy z „Najwyższego Czasu!”, i to jeden z tych śmiesznych; przywodzi na myśl czasy, gdy mieliśmy osobne ministerstwa od każdej dziedziny gospodarki, od handlu zagranicznego niemal po przemysł lekkopółśredni. W dodatku jest to ministerstwo dziedziny, która zgodnie z doktryną Morawieckiego ma podlegać aktywnym „pchnięciom” w kierunkach, które rząd uzna za słuszne. Jerzy Kwieciński z kolei dostaje tekę ministra inwestycji i rozwoju, co może wprowadzić w konfuzję, bo (abstrahując o tego, że i tak narobiło nam się tych resortów od groma) trudno mi znaleźć powód, by oddzielać inwestycje i rozwój od technologii. Chyba, że ta ostatnia zawiera w sobie kompetencje likwidowanego właśnie ministerstwa cyfryzacji – ale skoro tak, to po co nowa nazwa? I dlaczego minister Adamczyk traci budownictwo ze swojego portfolio? Do kogo ono trafi?

Trudno znaleźć powód, by oddzielać inwestycje i rozwój od technologii. Chyba, że ta ostatnia zawiera w sobie kompetencje likwidowanego właśnie ministerstwa cyfryzacji

Niektóre zmiany budzą nadzieje. Dużo jest tu jednak niewiadomych, choćby właśnie w zakresie podziału obowiązków w nowych ministerstwach. Jedno jest pewne – tasiemiec rekonstrukcyjny dobiegł końca. Teraz miłośnicy seriali produkowanych przez ekipę rządzącą mogą z czystym sumieniem skupić się na „Koronie królów”.