Opóźnić 29 marca

Nieuchronnie zbliża się magiczna data twardego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jednak w ostatnich dniach lutego pojawiła się szansa, by proces został opóźniony

W bieżącym tygodniu premier Theresa May po raz pierwszy jasno stwierdziła, że rząd Jej Królewskiej Mości rozważa opóźnienie Brexitu. Wydaje się to już naprawdę ostatnią szansą przed kolejnymi głosowaniami w Izbie Gmin w tej kwestii, przewidzianymi na 12 i 13 marca. Jednakże anegdotyczne wręcz meaningful votes, jak media na Wyspach określają tego rodzaju głosowania, odbywały się w brytyjskim parlamencie już kilkukrotnie – ostatnie miało miejsce 29 stycznia i jak zwykle skończyło się odrzuceniem planów „umowy rozwodowej” z UE proponowanych przez rząd. W tym chaosie nie chodzi już tylko i wyłącznie o irlandzki backstop, utrzymanie pewnych form unii celnej Londynu z UE (co proponowali uparcie laburzyści) czy nawet o status brytyjskich pracowników i rezydentów w różnych krajach Unii, a raczej o wiarygodność całej klasy politycznej Zjednoczonego Królestwa. Klasy, która w obydwu głównych swoich odłamach: torysowskim i laburzystowskim stoi przed widmem dezintegracji.

W środę, 27 lutego, Izba Gmin przegłosowała kilka niewiążących co prawda prawnie, ale bardzo znaczących politycznie i dyplomatycznie poprawek zgłaszanych przez różne stronnictwa i posłów niezależnych do stanowiska rządu May w sprawie stanu negocjacji rozwodowych z UE. Zakładają one m.in. możliwość opóźnienia Brexitu w przypadku nieuzyskania poparcia przez rząd w głosowaniu 12 marca (wspólna poprawka posłanki labourzystów Yvette Cooper i torysa Nicka Bolesa). Poparto również jednogłośnie poprawkę torysa Alberto Costy, domagającą się uregulowania statusu pracowników brytyjskich w UE oraz pracowników z krajów unijnych na Wyspach w przypadku braku porozumienia w kwestii Brexitu.

Stanowi to przekroczenie istotnej granicy psychologicznej, którą obserwowaliśmy na Wyspach w ostatnich miesiącach. Wreszcie brytyjska klasa była w stanie przyjąć w miarę konkretne stanowisko, które może wyjść naprzeciw partnerom europejskim i orzecznictwu Trybunału Sprawiedliwości UE z grudnia ubiegłego roku, które potwierdzało, że Londyn może bez żadnych konsekwencji wycofać się z procesu Brexitu. Laburzyści zapowiedzieli co prawda, że w przypadku kolejnego odrzucenia w parlamencie planu May będą dążyć do zorganizowania kolejnego referendum w kwestii obecności Wielkiej Brytanii w UE bądź poszukiwania wszelkich innych opcji, łącznie z wcześniejszymi wyborami parlamentarnymi. Propozycje te, ze względu na układ sił w Izbie Gmin, nie mają oczywiście większego znaczenia. Z Berlina, Paryża i Brukseli popłynęły od razu sygnały, że może warto jest jeszcze dać Brytyjczykom trochę czasu. Żeby jednak nie było tak pięknie, warto zwrócić uwagę, że zarówno torysi, jak i laburzyści nie głosowali 27 lutego z pełną dyscypliną klubową. Łącznie 108 deputowanych Partii Konserwatywnej nie poparło postulatu opóźnienia Brexitu (88 wstrzymało się od głosu, 20 głosowało za odrzuceniem poprawki).

Podjęte przez Izbę Gmin rozwiązanie wygląda co prawda na przejściową, czysto objawową terapię, niemniej pozwala Londynowi uniknąć nieprzewidzianego chaosu „nocy zero” z 29 na 30 marca i zatrzymać proces dezintegracji głównych stronnictw parlamentarnych

Laburzyści też byli podzieleni. Ich lider Jeremy Corbyn jest najwyraźniej przestraszony wizją rozpadu partii po całkiem niedawnym odejściu ośmiu deputowanych, którzy zarzucili kierownictwu nieudolną i niejasną politykę w kwestii Brexitu. Warto przypomnieć, że fronda z 18 lutego (zbuntowani deputowani Partii Pracy dołączyli do grona posłów niezależnych) była największym rozłamem w parlamentarnej reprezentacji tej partii od 1981 roku.

Jaki będzie scenariusz najbliższych wydarzeń? 12 marca odbędzie się w Izbie Gmin kolejne głosowanie nad rządową propozycją Brexitu, w zasadzie stanowiącą powtórzenie głosowania z końca stycznia. Jeżeli przepadnie, a jest wysoce prawdopodobne, następnego dnia deputowani będą głosować nad twardym wyjściem z UE w nocy z 29 na 30 marca br. Jeżeli i to głosowanie nie przyniesie rezultatu, rząd będzie mógł, zgodnie z instrukcjami uchwalonymi 27 lutego zgłosić konieczność opóźnienia realizacji Artykułu 50. Traktatów Europejskich dotyczących dwuletniego okresu negocjacyjnego i poprosić partnerów w UE o przedłużenie okresu przejściowego, np. do połowy bieżącego roku. Prośbę to muszą oczywiście zaakceptować państwa UE – najbliższy po marcowych głosowaniach szczyt Rady UE odbędzie się 21 marca.

Podjęte przez Izbę Gmin rozwiązanie wygląda co prawda na przejściową, czysto objawową terapię, niemniej pozwala Londynowi uniknąć nieprzewidzianego chaosu „nocy zero” z 29 na 30 marca i zatrzymać proces dezintegracji głównych stronnictw parlamentarnych. Co będzie dalej, na razie nie wie tego ani Theresa May, ani Jeremy Corbyn.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, filozof polityki, dziennikarz, publicysta. Współpracuje m. in. z „Laboratorium Więzi”, „Magazynem Kontakt”, Aleteia.pl oraz Polskim Radiem24.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz