Odmłodzenie to jeszcze nie Zmiana

Aktualności,

Idea rewolucji pokoleniowej w polskiej polityce może ponieść w najbliższym czasie klęskę. Nie dlatego, że nie zaowocuje kilkudziesięcioma spektakularnymi karierami trzydziestolatków. Ale dlatego, że sprowadzi się tylko do nich

Oznaczać to będzie nie tylko zmarnowanie społecznych nadziei na zmianę, ale także zmarnowanie wysiłku tych ośrodków, które – jak „Nowa Konfederacja” – przez ostatnie lata gromadziły pewien kapitał intelektualny, który powinien przynieść polityczne owoce w momencie przełomu. Jeżeli opinie tych kręgów zostaną tym razem pominięte, na następną okazję przyjdzie długo czekać.

To nie jest ostateczna wygrana

Skorzystanie z okazji wymaga jednak dość precyzyjnego opisania sytuacji, w której znaleźliśmy się po majowych wyborach. Po pierwsze, uniknięcia przekonania, że rewolucja pokoleniowa w zasadzie się dokonała. Ten triumfalizm, który w Sieci wyrażają autorzy mówiący o końcu „pokolenia okrągłego stołu” i jego roli w polskiej polityce, jest nieuzasadniony. Ani na poziomie elektoratu, ani – elity politycznej. Po drugie, nawet gdy wybory parlamentarne przyniosą wyraźny wzrost obecności młodego pokolenia w instytucjach przedstawicielskich, nie ma pewności, iż ci nowi reprezentanci wniosą do polityki nowe idee i pomysły.

Pierwsza wątpliwość dotyczy tezy, że to młodzi wyborcy „przesądzili” o wyniku wyborów. Pomińmy już banalne zastrzeżenie, że każdy głos oddany na Andrzeja Dudę miał takie same znaczenie, bez względu na właściwości głosującego. Zatem owo przesądzanie jest czymś bardzo umownym. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że nie wiemy, jaka była frekwencja w poszczególnych grupach wiekowych. Czytamy exit poll IPSOS tak, jakby grupy wiekowe były równie liczne. A tymczasem może się okazać, że realny wpływ młodych wyborców, liczony jako ich odsetek w całej grupie głosujących na Dudę, nie był tak duży. Fakt, że w tej grupie Andrzej Duda miał dużą, wynoszącą 20 punktów przewagę nad Bronisławem Komorowskim, nie przekłada się bowiem automatycznie na tezę, że to grupa osób poniżej 30 roku życia stanowiła większą grupę wyborców Dudy niż 30, 40 czy 50-latkowie, nie mówiąc już o grupie w wieku powyżej 60 roku życia.

Triumfalizm, który w Sieci wyrażają autorzy mówiący o końcu „pokolenia okrągłego stołu” i jego roli w polskiej polityce, jest nieuzasadniony

Druga wątpliwość dotyczy przekonania, że zmiana pokoleniowa w zasadzie już się dokonała. Możemy o niej mówić przede wszystkim w odniesieniu do urzędu prezydenta. Choć warto przypomnieć, że Duda nie jest w tej mierze „rekordzistą”. Aleksander Kwaśniewski miał w roku 1995 dwa lata mniej niż Duda obecnie, a nie pamiętam, by mówiono o jego wyborze w kategoriach odmłodzenia polityki. Ważne wydaje się to, że kluczowe decyzje w sprawie budowy list wyborczych nadal będą podejmować liderzy starszej niż Duda generacji – Jarosław Kaczyński, Ewa Kopacz, Leszek Miller, Janusz Piechociński, Paweł Kukiz, Janusz Korwin-Mikke. Jedynym politykiem-liderem przed pięćdziesiątką będzie Ryszard Petru (43 lata).

Duda będzie przy tym jednym z niewielu czterdziestoparolatków pełniących tak wysokie funkcje. Obok niego przed pięćdziesiątką są jeszcze prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski, wicepremier i szef MON Tomasz Siemoniak oraz kilku ministrów. W prezydium Sejmu i Senatu najmłodsza osoba ma lat 57.

Przywracanie równowagi

Zmiana pokoleniowa ma zatem raczej doprowadzić do przywrócenia zachwianej równowagi między różnymi grupami wiekowymi, a nie do jakiegoś przejęcia władzy przez młodych. W przygotowanym w zeszłym roku po wyborach europejskich raporcie zwracałem uwagę na fakt, że Platforma Obywatelska ma najstarszą spośród partii krajowych liczących więcej niż 10 posłów reprezentację w PE. Drugim znaczącym faktem był bardzo niski odsetek posłów poniżej czterdziestki w całej polskiej grupie. Wynosił 2 procent, przy średniej dla całego PE na poziomie 15 procent. Te 2 procent to poseł Jarosław Wałęsa, a zatem – mówiąc przekornie – osoba wybrana pomimo swojego wieku.

Podstawowy problem ze zmianą pokoleniową dotyczy nie jej zakresu czy „umocowania” społecznego, ale przekładania się zmian generacyjnych na zmianę polityki

Warto też dodać, że właśnie w tej sferze zaszła najistotniejsza zmiana w charakterze polskiej reprezentacji. W poprzednich dwóch kadencjach odsetek posłów poniżej czterdziestki wynosił bowiem powyżej 20 procent. Trendy były zatem dość jednoznaczne. Co ciekawe, zostały odwrócone w miejscu, w którym najmniej można się było tego spodziewać: w jesiennych wyborach prezydentów miast. Zjawisko nie zostało zauważone przez „centralne media”, bo dotyczyło głównie miast średnich, podczas gdy w największych metropoliach utrzymało się status quo.

Fakt, że 19 z 40 nowo wybranych prezydentów to osoby przed czterdziestką, wskazywał na pewną gotowość wyborców nie tylko na zmianę, ale także na kandydatów zdecydowanie młodszych niż w poprzednich kadencjach. Wśród zwycięzców znaleźli się bowiem także prezydenci, którzy nie ukończyli 30 roku życia. Ten fakt ma jeszcze jedno istotne znaczenie. Jeżeli bowiem większość z tej dziewiętnastki nie przegra swojej pierwszej kadencji, stworzy precedens, który ułatwi start młodym kandydatom w kolejnych wyborach. Co więcej, obejmowane przez nich stanowiska są znacznie bardziej samodzielne niż fotele rządowe czy inne funkcje z partyjnej nominacji. Nawet jeśli fakt ten nie wpłynie na politykę ogólnopolską, będzie w stanie zmienić reguły gry na poziomie lokalnym.

Zmiana bez skutków politycznych

Podstawowy problem ze zmianą pokoleniową dotyczy jednak nie jej zakresu czy „umocowania” społecznego, ale przekładania się zmian generacyjnych na zmianę polityki. I nie mówimy tu o stylu czy wizerunku, ale o czymś poważniejszym. O hierarchii ważności podejmowanych problemów, sposobach ich rozwiązywania, nowych ideach, niekonwencjonalnych pomysłach. O ile sporo takich zjawisk dostrzegam w „młodych” pismach ideowych, o tyle zadziwia mnie fakt, iż nie przenikają one w żaden sposób do wypowiedzi młodych polityków. W kampanii prezydenckiej nie znalazłem żadnego nawiązania, choćby na poziomie retorycznym. Nawet młodzi kandydaci – Duda, Jarubas, Ogórek – zachowywali się tak, jak gdyby nie wiedzieli o istnieniu „Krytyki Politycznej” czy „Nowego Obywatela”, „Kultury Liberalnej” czy „Nowej Konfederacji”, „Pressji” czy „Liberte”.

Prędzej do tych wypowiedzi nawiążą politycy średniego pokolenia niż młodzi. Ci ostatni są jak gdyby zawodowo przystosowani do omijania tego typu tekstów, jako nadmiernie abstrakcyjnych czy teoretycznych. Można mówić rzeczy bardziej radykalne, nie mające związku z rzeczywistością, ale istnieje coś w rodzaju zakazu nawiązywania do ważnego i mądrego tekstu sformułowanego na łamach prasy „metapolitycznej”.

Skąd zatem mają się pojawić nowe idee i nowe kategorie, którymi operować będzie „młoda polityka”? Na razie łatwiej „odgrzać” poglądy Korwina-Mikkego, Kaczyńskiego czy Tuska, sięgnąć po język „Gazety Wyborczej” z jednej strony czy „Do Rzeczy” lub „wSieci” z drugiej, niż poszukać inspiracji w tekstach rówieśników. Co ciekawe, nawet nowe ruchy są w tym względzie szalenie zachowawcze retorycznie. Mam wrażenie, że znaczną ich część haseł słyszałem w latach 90.

Młodzi politycy, impregnowani na nowe idee, obawiający się ich, podtrzymują zdolność systemu do odrzucania wszelkich nowych konceptualizacji polityki. Konserwują go z tą samą skutecznością, co starsi

To blokuje zmianę polityczną podwójnie. Po pierwsze, czyni bezbarwnymi kariery młodszych polityków. Ich oferta brzmi bowiem „stare idee minus doświadczenie”. W najlepszym przypadku po kilku latach średnio udanego sprawowania funkcji dojdą oni do poziomu, na którym znajdują się dziś ich starsi koledzy. Lub – zużyją swój jedyny atut, czyli młodość, i wejdą do czwartego szeregu partyjnych foteli, by czekać na kolejną szansę.

Druga blokada nie dotyczy już indywidualnych karier, ale jest blokadą artykulacji w sensie systemowym. Młodzi politycy, impregnowani na nowe idee, obawiający się ich, podtrzymują zdolność systemu do odrzucania wszelkich nowych konceptualizacji polityki. Konserwują go z tą samą skutecznością, co starsi. I podtrzymują złe zjawisko izolacji politycznej grup, które powinny stanowić programowe zaplecze młodych generacji elity politycznej.

Postrepublikanizm stosowany

Wspólną cechą młodych pism metapolitycznych jest republikanizm, rozumiany jako poszukiwanie podmiotowości wynikającej z posiadania praw obywatelskich i poszukiwania nowej wizji obywatelskiej wspólnoty. W przypadku prawicy był on deklarowany wprost, niekiedy nawet polukrowany echami amerykańskiej Tea Party czy podziwem dla polityki Reagana. W przypadku pism lewicowych i liberalnych – formułowany jako postulat polityki obywatelskiej, społecznej partycypacji, nawiązujący do zapomnianej we współczesnej Polsce lewicowej tradycji republikańskiej. Jest to – o czym pisałem na łamach „Nowej Konfederacji” – republikanizm sytuacyjny, wynikający w znacznej mierze z lekceważenia poglądów i opinii całego pokolenia młodych publicystów, komentatorów, liderów politycznych nie mieszczących się w sztywnych ramach karier partyjnych.

Naturalne w latach 90. ubiegłego stulecia przenikanie się sfer polityki i metapolityki w drugiej dekadzie XXI wieku stało się prawie niemożliwe

Problemem tego republikanizmu było to, że często nie wychodził ze swoimi koncepcjami daleko poza sferę poszerzenia partycypacji politycznej. Poglądy te nie były konfrontowane z doświadczeniami młodych polityków czy urzędników, mówiących o narzędziach i zasobach, jakie pozostają dziś w dyspozycji instytucji politycznych. Poszukiwanie rozwiązań na poziomie mobilizacji społecznej czy reformy prawa wyborczego tylko tę apolityczność, a niekiedy wręcz instytucjonalny analfabetyzm, podtrzymywały, dając złudzenie posiadania programu politycznego. Pisma, które – jak „Nowa Konfederacja” – przełamywały ten schemat, nie stawały się jednak przedmiotem zainteresowania trzydziestolatków zasiadających w ławach poselskich. To naturalne w latach 90. ubiegłego stulecia przenikanie się sfer polityki i metapolityki w drugiej dekadzie XXI wieku stało się prawie niemożliwe.

Nie mam złudzeń co do możliwości zmiany postaw młodego pokolenia polityków. Także tych, którzy jesienią po raz pierwszy zostaną posłami, obejmą rządowe stanowiska, uzyskają wpływ na instytucje. Bardziej prawdopodobne jest poszukiwanie przez grupy znajdujące się na obrzeżu polityki ciekawych pomysłów na stosowanie ich przekonań w polityce państwa. Zmiana koalicji rządzącej, do której może dojść jesienią, jest dla nich pewnego rodzaju okazją. Ani PiS, ani tym bardziej nowe ugrupowania nie dysponują bowiem szufladami pełnymi projektów. Jeżeli gdzieś istnieją zasoby pomysłowości w polityce, to w tych kilku, może kilkunastu, pismach młodej lewicy, centrum i prawicy. Jeżeli kiedyś mogą one szukać swoich zastosowań, to właśnie w momencie zmiany na scenie politycznej, a nie wtedy, gdy polityka rządu zostaje poddana już pewnej rutynie.