Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Przeciw globalnemu samodzierżawiu

Niewykluczone, że największe wyzwanie XXI wieku sprowadza się do pytania: jak sprawić, by świat zachodni nie stał się Rosją?

Niewykluczone, że największe wyzwanie XXI wieku sprowadza się do pytania: jak sprawić, by świat zachodni nie stał się Rosją?

Własność prywatna to sprawa polityczna. To stwierdzenie, które wielu wyda się kontrowersyjne, znajduje świetne uzasadnienie, jeśli porównać zachodnią tradycję posiadania i rosyjskie realia, głęboko sięgające w przeszłość.

Zachodnia sakralizacja własności

Amerykański filozof polityki i historyk idei Richard Pipes na kartach książki Rosja, komunizm i świat przedstawił dwa modele własności, ściśle związane z odrębnymi modelami polityczności. Skąd różnice i jaka jest specyfika tych dwóch odmiennych systemów? Pipes zauważa: „na Zachodzie skłonni jesteśmy traktować pojęcie własności prywatnej jako prawo natury, gwarantujące nam zachowanie i wyłączne korzystanie z dóbr i uprawnień, będących w naszym posiadaniu. Chronimy te nasze dobra i prawa nie tylko przed innymi współobywatelami, ale również przed państwem: mamy święte przekonanie, że rząd nie może nas opodatkować bez zgody naszych przedstawicieli, ani położyć ręki na naszym mieniu bez odpowiedniej rekompensaty”. Ale to, co wciąż stanowi pewien oczywisty punkt odniesienia w obrębie anglosaskiej cywilizacji, ściśle wiąże się z procesami społecznymi, politycznymi i kulturowymi, stanowiącymi dziedzictwo Zachodu.

Konstytucyjną historię Anglii wypełniają spory poddanych z koroną o naruszenia przez nią ich własności. Człowiek jest właścicielem nie tylko dóbr materialnych, lecz także swojego życia i wolności – ta teza Johna Locke’a ugruntowała się w prawnym porządku zarówno angielskim, jak i północnoamerykańskim. Oświeceniowa myśl mogła czerpać z dziedzictwa daleko sięgającego w przeszłość. Królowie rządzą, lecz królowie nie są właścicielami; jeśli zbyt głęboko i nadto chętnie sięgają po cudze dobro, zostaną oskarżeni o tyranię – z tym rozpowszechnionym szeroko w świecie Zachodu przekonaniem musieli się liczyć także władcy absolutystyczni. Zasadę tę następująco wyraził Seneka Młodszy w pierwszym wieku po narodzeniu Chrystusa: „do królów należy władza nad wszystkimi rzeczami, a do poszczególnych mężów – własność”.

Realny rozdział między własnością a władzą miał swoje brzemienne w skutkach konsekwencje dla Anglii, która dała Zachodowi współczesną demokrację parlamentarną i rewolucję przemysłową wczesnego kapitalizmu. Parlamentaryzm w Anglii mógł ugruntować swoją pozycję dlatego, że polityczne obyczaje nie pozwalały na nakładanie bezpośrednich podatków na poddanych bez ich przyzwolenia. Dopiero Izba Gmin, jako reprezentacja społeczeństwa, dawała po temu legalną możność.

W ostateczności prawo do własności prywatnej stało się prawem różnych stanów, czy – wedle dzisiejszej nomenklatury – warstw społecznych. Prawo do własności prywatnej miał na Zachodzie chłop, właściciel ziemski, arystokrata. A gdy nadszedł czas kapitalizmu: posiadacz manufaktury, kapitalista, ale także robotnik, który walcząc o godziwą płacę za wykonaną pracę, stał się nabywcą i posiadaczem dóbr. I nawet jeśli samochód dla ludu musiał mieć czarny kolor, to stanowił własność poszczególnych jednostek. Gdyby nie upowszechnienie prawa własności, jego uniwersalny charakter, nigdy nie powstałby w świecie zachodnim taki byt jak szeroka klasa średnia, współtworzona przez ludzi różnych profesji: od wykwalifikowanych robotników po białe kołnierzyki na usługach biznesu i państwa. Ale to upowszechnienie prawa własności nie dokonałoby się bez odpowiednich tradycji intelektualnych, cywilizacyjnych i politycznych.

Rosyjskie samodzierżawie

Odmienny typ traktowania własności był przez wieki właściwy dla Rosji. Max Weber określał go mianem patrymonialnego – suwerenność władzy obejmowała w nim własność ziemi wraz z ludźmi. Pipes przypomina: „moskiewski władca całe królestwo traktował jako swą własność, a wszystkich świeckich posiadaczy ziemskich miał za swych głównych dzierżawców, którzy zarządzali swymi posiadłościami z jego łaski i tylko pod warunkiem wiernej służby”. System ten przypominał swoiste podwykonawstwo, w ramach którego użytkowanie dóbr i nadzór nad nimi powierzane były tylko na zasadzie „wynajmu”, który może zostać cofnięty przez samodzierżawcę, jeśli poddany popadnie w niełaskę – wskutek przewinień własnych lub carskiego kaprysu.

Własność jako wartość zabezpieczająca wolność prywatną i obywatelską w sensie zachodnim w państwie carów nie istniała: „carat mógł utrzymać się do początków XX wieku w dużej mierze dzięki swej fiskalnej niezależności”. Sobory Ziemskie, traktowane niekiedy jako alternatywna, rosyjska forma parlamentaryzmu, były ciałami marionetkowymi, nie mogły zmusić cara, by zaprzestał lub ograniczył ściąganie danin. Nie mogły tego uczynić, ponieważ nie reprezentowały i nie chroniły żadnej realnie niezależnej od samodzierżawcy własności.

Nawet najpotężniejsi ludzie rosyjskiego biznesu, właściciele najznaczniejszych fortun, zależą od woli władcy. Ich potęga okazuje się iluzją, własność może być im odebrana albo bardzo poważnie nadwyrężona

Ustrój patrymonialny istniał w carskiej Rosji niemal do jej kresu, choć od czasów Katarzyny Wielkiej zachodziły w jego obrębie pewne korekty. W 1785 roku caryca „przywilejem szlacheckim” wprowadziła bezwarunkową prywatną własność ziemi, ograniczoną rzecz jasna do wzmiankowanej w dokumencie dość wąskiej warstwy. Formalną własność ziemi dla chłopstwa carskie prawo zagwarantowało niemal wiek później, w 1861 roku (jak wiemy, równało się to także zniesieniu pańszczyzny na polskich ziemiach zaboru rosyjskiego). Praktyczne rozwiązania prawne dały rosyjskim chłopom własność ziemską dopiero w 1906 roku. Było już za późno – po kilkunastu latach rewolucja bolszewicka zniosła stary świat. Ale zachowała jego anty-własnościowy charakter. Stalinowską kolektywizację można w tym kluczu czytać jako restytucję ustroju patrymonialnego, z tą różnicą, że w miejsce carów, bojarów i opryczniny pojawił się komunistyczny gensek, komitet centralny i kolejni szefowie NKWD.

Warto tę interpretację uzupełnić o przypomnienie, że leninowska doktryna ustroju bolszewickiego, powszechnie kojarzona z marksizmem, wiele czerpała z tradycji narodnickiej, ściśle związanej z tzw. socjalizmem agrarnym. W myśl tej koncepcji to kwestia chłopska, a nie robotnicza, stanowiła rdzeń rosyjskiej tożsamości. Narodnicy odrzucali własność prywatną w zachodnim rozumieniu, równocześnie negując samodzierżawie. W ich przekonaniu ludowa władza w Rosji powinna opierać się na mitycznej obszczinie, czyli gminnej wspólnocie chłopskiej. Lenin (choć jego myśl nigdy nie była zbyt spójna) uważał, że zrealizowany komunizm w Rosji będzie restytucją ludowego kolektywizmu, wzniesieniem na nowy poziom rzeczywistości ustrojowej archaicznej, staroruskiej współ-własności ziemskiej. Kłopot w tym, że tego typu wspólnota najpewniej nigdy w rosyjskich dziejach nie istniała.

Transformacja bez powszechnego uwłaszczenia

Upadek Związku Sowieckiego, który miał dać Rosji szansę na okcydentalizację, przyniósł bodaj więcej nowych zagadek niż rozstrzygnięć. Czy państwo rosyjskie jest dziś patrymonium? Wiele wskazuje na to, że nie – powstała tam można kasta właścicieli prywatnych, którzy zbili fortuny w czasach postsowieckiej transformacji, o wiele brutalniejszej od tej, jaką znamy z własnego podwórka. Pojawienie się własności prywatnej, a przynajmniej własności dla (bardzo) bogatych, zaowocowało rozwarstwieniem społecznym, którego skala budzi zawrót głowy. Z tym, że u jednych spowodowany on jest zachwytem, u drugich – przerażeniem.

Ojcem rosyjskiej „terapii szokowej” był premier Jegor Gajdar, który nieco wcześniej z dużym zainteresowaniem śledził poczynania Leszka Balcerowicza „na polskim poligonie”. Z inspiracji Gajdara w grudniu 1991 roku prezydent Borys Jelcyn „specjalnym ukazem” uwolnił ceny, co spowodowało ich tysiąckrotny (sic!) wzrost i doprowadziło w ciągu kolejnych trzech miesięcy do utraty oszczędności życia przez znaczną część obywateli. Wprowadzono także powszechną prywatyzację, która wedle oczekiwań jej twórców miała stworzyć nową, liczącą się klasę właścicieli. Ale do niczego takiego nie doszło. Przyczyniły się do tego „monopole potężnych «nowych Rosjan», którzy podzielili się najbardziej intratnym majątkiem w procesie jego «odpaństwowienia»” (cyt. za: Rosja w 20. stuleciu, Józef Smaga). Na marginesie: w Rosji początku lat 90. panował ogólny konsensus co do tego, że przemiany własnościowe w ZSRR zaczęły się już w latach 60. XX wieku, gdy oligarchia nomenklaturowa dokonała podziału majątku państwowego. W ten sposób, gdy doszło do przemian ustrojowych, klasa rządząca stała się zalążkiem nowej klasy posiadaczy.

Andriej Siniawski, jeden z nielicznych tamtejszych ex-dysydentów, który nie stał się mentalnym zakładnikiem rosyjskiego odpowiednika środowiska polskiej Unii Wolności, opisywał Rosję czasów przemian jako piekło dla masy potępionych i raj dla zdecydowanie mniej licznych wzbogaconych. W książce Rosyjska inteligencja dokumentował upadek ZSRR i narodziny postsowieckiego państwa. Zbierał cytaty z gazet z tamtego czasu, z bardzo wówczas rozpowszechnioną rubryką: „pomoc przy pogrzebie”. Wymowny cytat z ogłoszenia w piśmie „Niezawisimaja Gazieta”, 30 sierpnia 1994 roku: „W 1992 roku w wyniku dewaluacji straciliśmy wszystkie oszczędności. Zdrowie mamy uległo pogorszeniu. (…) Największym problemem będzie pogrzeb. Mama chciałaby chrześcijański pogrzeb, z kościelną ceremonią. Pomóżcie mi. Skąd wziąć pieniądze na pogrzeb?”.

Żywi i zmarli podzielili się na bardzo bogatych i na bardzo biednych. Było to na tyle widoczne, że do stolicy Rosji przyjechała szwajcarska dziennikarka Teresa Obrecht, by nakręcić film Umrzeć w Moskwie, którego głównym tematem były rodzaje pochówków: „niektórych grzebie się w plastikowych workach (albo po prostu zostawia się ciało własnego ojca w szpitalu), a inni mają luksusowe trumny (którym nadaje się piękne nazwy – na przykład trumna Puszkina). Film ukazuje starych mężczyzn i kobiety przeczesujących wysypiska śmieci w poszukiwaniu czegoś jadalnego”. Zjawisko było powszechne. Prasa moskiewska donosiła o na wpół przegniłych ciałach leżących na ulicach, nieopodal przepełnionych kostnic szpitalnych. Pytani o to lekarze mówili z gniewem – na prowincji jest jeszcze gorzej. Własność zawitała do Rosji, tańcząc Danse Macabre.

A przecież nawet tak brutalne zjawienie się własności prywatnej w Rosji, któremu towarzyszyła masowa pauperyzacja wśród „postradzieckich ludzi”, nie jest dowodem, że system patrymonialny odszedł zupełnie w przeszłość. Świetnie pokazuje to niemiecki film dokumentalny z 2011 roku zatytułowany Chodorkowski. Biografia rosyjskiego magnata finansowego, wysadzonego z siodła przez Władimira Putina, uświadamia, jak bardzo nawet najpotężniejsi ludzie rosyjskiego biznesu, właściciele najznaczniejszych fortun, zależą od woli władcy. Ich potęga okazuje się iluzją, własność może być im odebrana albo bardzo poważnie nadwyrężona.

Prawa państwowe stają się coraz bardziej anachroniczne względem logiki kapitału, który coraz szybciej skupia się w ręku coraz mniej licznej grupy właścicieli

Dotyczy to nie tylko najmożniejszych. Głośny film fabularny Lewiatan w reżyserii Andrieja Zwiagincewa opowiada historię rozpadu rodziny, która traci własny dom na życzenie lokalnego, wszechmocnego satrapy. Wszystkie instytucje, od policji po sąd, okazują się być tylko narzędziem w ręku trzęsącego miastem mera. Nie ma powodów, by wątpić w te przekazy. A wnioski narzucają się same: własność po rosyjsku wciąż jest efemeryczna i nic nie zabezpiecza jej przed despotyzmem władzy.

Nowy patrymonializm?

Wzajemne relacje między własnością a instytucjami politycznymi oraz kulturą narodów/społeczeństw opierają się na sprzężeniu zwrotnym. Charakter i rozpowszechnienie własności prywatnej mają swoje implikacje polityczne – własność zabezpiecza prawa polityczne choćby w tym sensie, że chroni przed takimi modelami polityczności, jak ustrój patrymonialny. Z drugiej strony rozstrzygnięcia prawne, instytucjonalne i czysto polityczne mogą decydować o tym, czy własność jest powszechna i czy stanowi realne zabezpieczenie przed oligarchizacją systemów.

Niestety, nie można wykluczyć, że dzisiejszy świat „osuwa się” w „nowy patrymonializm”. Dzieje się tak dlatego, że współczesny kapitalizm w coraz mniejszym stopniu promuje silną i szeroką klasę średnią. Zmierza ku takiemu podziałowi dóbr, który sprzyja wywłaszczeniu szerokich mas obywateli i promuje interesy globalnej oligarchii. Dobrze pokazuje to choćby niedawny raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), z którego wynika, że powiększa się nierówność dochodów pomiędzy bogatymi a biednymi. Dziesięć procent najlepiej wynagradzanych dostaje ponad dziewięć razy tyle, ile grupa dziesięciu procent najbiedniejszych. Z analizy wynika, że przepaść między bogatymi a biednymi stale się powiększa. W 1980 roku różnice w dochodach pomiędzy tymi dwiema grupami kształtowały się w stosunku 7:1, gdy dziś stosunek ten wynosi 9:1. Angel Gurría, sekretarz generalny OECD, tak podsumował dokument: „Osiągnęliśmy punkt krytyczny. Nierówności są na najwyższym poziomie od czasu, gdy rozpoczęliśmy zbieranie danych na ten temat”.

Coraz ściślejszy sojusz państw i krezusów świata finansów powoduje, że własność często staje się złudzeniem. W świecie zachodnim rzecz nie dokonuje się na ogół w tak ordynarnie brutalny sposób, jak w Rosji. Być może dlatego też łatwiej przeoczyć nam ten potężny kryzys własności. Kredyty, hipoteki, uzależnienie rynków od giełdy, płynność wirtualnej własności, która przechodzi z rąk do rąk, gdy informacje finansowe przepływają w ułamkach sekund z serwera na serwer, wszystko to powoduje, że prawa państwowe stają się coraz bardziej anachroniczne względem logiki kapitału, który coraz szybciej skupia się w ręku coraz mniej licznej grupy właścicieli. Nie bez znaczenia jest także rosnąca dysproporcja między prawami i przywilejami świata kapitału, a coraz mniej pewnym swojego jutra światem pracowników najemnych.

Obśmiana próba mądrej korekty

Systemową zależność obywateli zachodnich demokracji od instytucji finansowej pokazał niedawny kryzys finansowy, na który reakcją był choćby ruch Occupy Wall Street. Ludzie zgromadzeni 17 września 2011 roku w Zuccotti Park w Nowym Jorku byli dziedzicami walki o własność dla zwykłych ludzi, walki, która stanowi część wielowiekowej zachodniej tradycji politycznej i społeczno-gospdarczej. Tylko w bardzo uproszczonych opowieściach, znanych z polskiego podwórka, da się ich traktować jako „rozwydrzonych lewaków”, protestujących przeciw żelaznym koniecznościom wolnego rynku.

Protestujący opracowali listę postulatów dla Kongresu, które dobrze pokazują charakter zagrożeń związanych ze współczesnym modelem globalnej gospodarki, której jednym z newralgicznych punktów są realia północnoamerykańskie. Po pierwsze, ruch Occupy postulował przyjęcie „Ustawy o powrocie do rozsądnej bankowości”, która miałaby przywrócić wiele zasad Glass-Steagall Act z roku 1933, czyli ustawy zakazującej łączenia działalności komercyjnej banków z bankowością inwestycyjną. Jak przypominał Stefan J. Adamski na łamach „Nowego Obywatela”: „ustawa ta została anulowana w roku 1999 przez Gramm-Leach-Bliley Act. Pozwoliło to bankom inwestycyjnym tworzyć i wprowadzać do obrotu derywaty oraz inne toksyczne aktywa i objąć tymi niebezpiecznymi praktykami bankowość komercyjną, przyjmującą i zabezpieczającą depozyty konsumentów. (…) Przyczyniło się to bezpośrednio do intensywności kryzysu finansowego, ponieważ pozwoliło bankom inwestycyjnym z Wall Street grać pieniędzmi swoich depozytariuszy, trzymanych w bankach komercyjnych będących w posiadaniu firm inwestycyjnych lub wręcz przez nie założonych”.

Protestujący domagali się także wyeliminowania luk prawnych pozwalających korporacjom na unikanie podatków oraz zakazu ukrywania przychodów w rajach podatkowych. Jak twierdzili: „należy położyć kres sytuacji, w której firmy takie jak General Electric nie płacą ani centa podatków za cały rok rozrachunkowy lub wręcz otrzymują zwrot”. Potrzebne byłoby także prawo ograniczające wpływ lobbystów i eliminujące sytuacje, w których to lobbyści piszą ustawy bez jakiejkolwiek korekty przegłosowywane przez Kongres. Bardzo negatywnie oceniano zjawisko „obrotowych drzwi”, czyli przechodzenia byłych urzędników administracji rządowej do pracy w firmach prowadzących działalność w branżach i sektorach rynku, których zasady działania urzędnicy ci poprzednio regulowali. Do myślenia daje fakt, że szeregi Occupy Wall Street zasilali liberałowie rozczarowani do Partii Demokratycznej, bardziej lewicowy ruch Progressives, zadeklarowani socjaliści oraz libertarianie. Opracowanie postulatów było ich wspólnym dziełem, ponad ideowymi, klasowymi i religijnymi podziałami. Wszyscy oni sprzeciwili się „sfinansjeryzowanej gospodarce, spekulacyjnym fortunom, ekonomicznej dyktaturze całkowicie niedemokratycznej Rezerwy Federalnej oraz jawnej korupcji politycznej w postaci lobbyingu i systemu «obrotowych drzwi»”.

Wobec „rusyfikacji” świata

Niewykluczone, że największe wyzwanie XXI wieku sprowadza się do pytania: jak sprawić, by świat zachodni nie stał się Rosją? A mówiąc mniej metaforycznie: jak zabezpieczyć własność prywatną jako prawo jak najszerszych warstw społeczeństwa i zapobiec „globalnemu samodzierżawiu”. Problem w tym, że własności prywatnej nie da się ochronić jedynie prywatnie, to znaczy wysiłkiem rozproszonych jednostek, które w dodatku zmuszone są konkurować między sobą w poszukiwaniu niezbędnych do przeżycia zasobów. Darwinizm społeczno-ekonomiczny to ślepa uliczka, ponieważ dodatkowo wzmacnia prawa bardzo bogatych nad coraz biedniejszymi. Szczęśliwie, historia wciąż jest nauczycielką życia. I podpowiada nam, że kształtowanie się na Zachodzie prawa do własności to dzieje wspólnot politycznych, które umiały wywalczyć swoje prawa i je zabezpieczyć. Czy dzisiaj istnieją takie siły? Być może dopiero za jakiś czas będzie można ocenić, czy jakakolwiek systemowa korekta dokonała się choćby za sprawą ruchu Occupy. Tę lekcję trzeba będzie odrobić. Wszak i my, Polacy, jesteśmy spadkobiercami anglosaskiej tradycji własności i zachodnioeuropejskiej koncepcji państwa dobrobytu – choć nie tak daleko nam do Moskwy.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz