Newsletter

O negatywach dyskryminacji pozytywnej

Następnym razem zamiast pisać, że nie idziesz na debatę, bo biorą w niej udział tylko mężczyźni, przekaż 5 zł na stypendium dla jakiejś dziewczynki, i za kilka lat to ona weźmie udział w takim wydarzeniu

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Fragment z życia „Nowej Konfederacji”. Planujemy debatę. Najpierw wymyślamy temat, potem wspólnymi siłami typujemy osoby, które warto zaprosić. Oczywiście część z nich odmawia, ale ostatecznie udaje się zorganizować fajny skład, więc ogłaszamy wydarzenie na Facebooku. Mija jakiś czas, i wtedy w komentarzach pojawia się słynne: „Nie chodzę na panele, w których występują tylko mężczyźni”. I to pierwszy moment, kiedy myślę o płci moich gości, bo do tej pory nie miała ona znaczenia (zarówno dla mnie, jak i dla moich bardziej konserwatywnych koleżanek i kolegów). Ale może powinna mieć?

Nie chcę myśleć, że ktoś zaprosił mnie do dyskusji, czy wpisał na listę wyborczą tylko dlatego, że jestem kobietą

Spójrzmy na sprawę z mojej, kobiecej perspektywy. Wyobraźmy sobie, że ktoś zaprasza mnie na debatę, ja zgadzam się, ciesząc się, że ktoś uznał mnie za wartościowego dyskutanta. I wtedy moja euforia mija, bo dociera do mnie, że co prawda temat jest mi znany, ale nie jestem w nim ekspertem. Zaczynam więc się zastanawiać, dlaczego mnie zaproszono. I wtedy zaczynam podejrzewać, że być może organizator po prostu szukał kobiety. Cała euforia mija. Ale to nie koniec.

Przychodzi dzień debaty. Podczas rozmowy wychodzą moje braki w temacie, eksperci mnie dosłownie „masakrują”. Nagranie trafia do sieci, pojawiają się komentarze, że niepotrzebnie mnie zapraszano, i w ogóle – kto ją z kuchni wypuścił, skoro widać, że mężczyźni przerastają ją intelektualnie. Czy organizator chciał mnie ośmieszyć? Nie, ale założył, że na debacie MUSI być kobieta. W ten sposób zdjęcia co prawda wyszły ładnie, ale dla mnie jako uczestniczki była to sytuacja niekomfortowa, a wręcz upokarzająca, bo przy doborze uczestników to nie moje kompetencje zostały docenione, a płeć, na którą wpływu nie miałam. Oczywiście jest to poniekąd moja wina, bo mogłam odmówić, ale wtedy sytuacja stałaby się niemiła dla organizatora, który zostałby oskarżony o seksizm. I w ten oto sposób słuszna w swych pierwotnych założeniach idea, żeby w życiu publicznym obecne były zarówno kobiety, jak i mężczyźni, została wypaczona i dała kolejny argument tym, którzy twierdzą, że powinno być ono domeną mężczyzn.

Parytety, niestety

Teoretycznie, tak jak w przypadku każdej innej rekrutacji, jasne warunki naboru powinny chronić organizatora. Niestety – tak nie jest. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że mimo iż kobiet i mężczyzn jest w społeczeństwie mniej więcej po równo, to podział ten nie przekłada się na poszczególne zawody. I tak np. możemy mieć sytuację, w której 80 proc. badaczy średniowiecza w Polsce stanowiły będą kobiety. W ten sposób bardzo prawdopodobne jest, że w panelu dotyczącym tego tematu będą właśnie same kobiety. W ten sposób organizator, który w dobrej wierze chciał zaprosić jak najlepszych ekspertów z tej dziedziny musi mierzyć się z oskarżeniami o seksizm, a być może nawet próba bojkotu wydarzenia. I to wszystko mimo tego, że dyskryminacji w tym przypadku nie było, bo warunkiem otrzymania zaproszenia było bycie badaczem średniowiecza.

Kolejnym ciekawym przykładem są parytety na listach wyborczych. W Polsce 52 proc. społeczeństwa stanowią kobiety, więc oczywiście muszą być odpowiednio reprezentowane w Sejmie. Z tym, że nie widzę żadnego powodu, dla którego nie mógłby mnie reprezentować mężczyzna, znam wielu takich, którzy mają poglądy podobne do moich i byłabym spokojna wiedząc, że dbają o moje interesy. Ale w parytetach nie chodzi przecież tylko o to, by kobiety miały swoją reprezentację, ale również o to, by reprezentowały. W ostatnich wyborach do Sejmu dostało się 125 kobiet (28 proc.) i 335 mężczyzn. Różnica jest więc wciąż duża. Dla porównania w wyborach poprzedzających wprowadzenie parytetów (2007 r) kobiety zdobyły 21 proc. mandatów, w 2011 roku – 24 proc. natomiast w 2014 roku – 27 proc. Widać więc stały wzrost, nie jest on jednak spektakularny (30 mandatów więcej w ciągu czterech kadencji), nie ma również pewności, czy wzrost ten jest związany z wprowadzeniem parytetów. Co ciekawe, w ostatnich wyborach samorządowych kobiety stanowiły aż 41 proc. kandydatów (o 6 proc. więcej niż wymaga ustawa), jednak listy, na których kobiety były na pierwszym miejscu stanowiły zaledwie 23 proc. w przypadku PiS i 29 proc. w przypadku PO. Warto porównać te dane ze statystykami dotyczącymi kandydowania na urząd wójta, burmistrza lub prezydenta, gdzie nie ma żadnych obostrzeń ze względu na płeć. Kandydatek na te stanowiska było 1278, co daje zaledwie 18 proc. wszystkich kandydatów, a w połowie gmin kandydowali wyłącznie mężczyźni.  Można uznać więc, że parytety dały kobietom chociaż możliwość startowania ponieważ inaczej mocniej osadzeni w strukturach koledzy zajęliby wszystkie miejsca. Prawdopodobnie były takie przypadki. Co jednak zrobić, jeśli problem jest odwrotny? Jeśli w okręgu nie mamy wystarczającej ilości chętnych kobiet na listę, bo prawem kobiet jest również nie startować w wyborach? Pewnie duża część naszych czytelników spotkała się z taką sytuacją; wydaje się ona dość powszechna, zwłaszcza wśród mniejszych ugrupowań. Zazwyczaj działacze namawiają wtedy do startu w wyborach swoje żony, córki czy koleżanki. Niestety nie jest to próba ich politycznej aktywizacji. Argumentem w tym przypadku jest „co ci szkodzi, i tak się nie dostaniesz, a bez kobiet nam listy nie zarejestrują” (w wyborach w 2015 roku jedynie 1/3 „miejsc biorących” zajmowały kobiety). W ten sposób niestety zamiast emancypantek na listach mamy kobiety, które podejmują decyzję nie z chęci, a z poczucia winy.

Płeć nie jest najważniejsza

Dlaczego te przykłady wywołują we mnie takie emocje? Bo nie chcę czuć się gorsza. Nie chcę myśleć, że ktoś zaprosił mnie do dyskusji czy wpisał na listę wyborczą tylko dlatego, że jestem kobietą. Tego typu akcje stawiają kobiety w pozycji tych słabszych, bo od przedszkola wiemy, że to słabszych trzeba bronić. To jedynie pogłębia podziały. Kobiety mają prawo i powinny być w Sejmie, w zarządach wielkich firm, czy brać udział w dyskusjach. Ale powinny zawdzięczać to swoim kompetencjom, nie temu, że są kobietami.

Niech nikt nie myśli jednak, że ogłaszam tu swoisty koniec historii jeśli chodzi o prawa kobiet. W Polsce wciąż mamy do czynienia z wieloma problemami, takimi jak nierówny podział obowiązków w domu w sytuacji, gdy małżonkowie pracują w takim samym wymiarze czasu, molestowanie seksualne czy przemoc domowa. Dlatego może następnym razem zamiast wklejać tekst o tym, że nie idziesz na debatę, przekaż 5 zł na stypendium dla jakiejś dziewczynki i za kilka lat to ona weźmie udział w takim wydarzeniu.

Kobiety nie muszą brać udziału w każdej debacie, ponieważ mogą wybrać, że wolą poświęcić ten wieczór na czytanie książki, zabawę z dzieckiem czy układanie płytek w łazience

Jestem feministką. I nie będzie tu żadnego „ale”. Uważam, że to nie płeć jest w człowieku najważniejsza, i w zasadzie w sytuacjach niemających związku z biologicznymi ograniczeniami nie ma ona znaczenia. Dlatego nie znoszę, kiedy ktoś próbuje mnie ograniczać ze względu na to, że jestem kobietą (złośliwym od razu odpowiadam – z wnoszeniem rzeczy, naprawami w domu i prowadzeniem samochodu radzę sobie dobrze, czego o niektórych znanych mi mężczyznach powiedzieć nie można). Przede wszystkim jestem człowiekiem. Wolnym człowiekiem. I właśnie o wolność tu chodzi. Kobiety nie muszą brać udziału w każdej debacie, ponieważ mogą wybrać, że wolą poświecić ten wieczór na czytanie książki, zabawę z dzieckiem czy układanie płytek w łazience. To, że mogę wybrać, jest dla mnie największą wartością. To, że ktoś mówi, że powinnam zostać w domu, mieć już dwójkę dzieci i podać mężowi gorący obiad, kiedy wróci z pracy, nic nie zmienia w moim życiu, bo mogłam wybrać, że wolę iść na studia i zostać sekretarzem w „Nowej Konfederacji”. Są kobiety, które wybrały odwrotnie – i również są szczęśliwe. To właśnie o to powinniśmy walczyć – żeby każda kobieta i każdy mężczyzna mieli możliwość wyboru. Żeby byli postrzegani przez to, jakimi są ludźmi, a nie przez to, jaką mają płeć, orientację seksualną, narodowość, kolor skóry, lub przez to, czy są prawo- czy leworęczni.