Mit nocnej zmiany

Aktualności,

Opowieść o brutalnym obaleniu rządu Jana Olszewskiego nie ma z prawdą wiele wspólnego. Służy PiS za mit założycielski, a „Nocna zmiana” to praźródło wojny polsko-polskiej

Właśnie mija ćwierć wieku, od kiedy rząd Jana Olszewskiego przestał istnieć. Żadne votum nieufności nie budzi tylu emocji, co właśnie wydarzenia z 4 czerwca 1992 roku. Ten przykład służy obozowi skupionemu obecnie wokół Jarosława Kaczyńskiego jako swoisty mit założycielski. Wówczas lewicowo-liberalna część obozu postsolidarnościowego (oraz Lech Wałęsa) pokazały bowiem swoją prawdziwą, bliższą postkomunistom twarz.

Świetnie ilustruje tę interpretację wydarzeń dokumentalny thriller polityczny „Nocna zmiana” Jacka Kurskiego – nie było więc dla mnie zaskoczeniem, że będzie można go obejrzeć w rocznicę w prime time o 20:25 na TVP1. Prezentuje on sugestywną opowieść o patriotycznym rządzie Jana Olszewskiego, który został pospiesznie odwołany, ponieważ nie chciał instalacji w byłych bazach sowieckich polsko-rosyjskich firm, a przede wszystkim uczciwej realizacji uchwały lustracyjnej. W całej sprawie palce maczali także politycy grający do dziś pierwszoplanowe role w polityce, tacy jak Donald Tusk, z czego płynie wniosek, że „my jesteśmy tam gdzie wtedy, oni tam, gdzie TW Bolek”.

To prawda, ale nie cała. Odwołanie rządu pod osłoną nocy, paniczne ruchy Wałęsy dążącego do tego, by nie wyszedł na jaw fakt jego współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa – dziś tylko ktoś całkowicie zacietrzewiony może mu zaprzeczyć – to wszystko już wówczas tworzyło wokół sprawy atmosferę spisku. Prawdą jest też, że wniosek o wotum nieufności został zgłoszony 29 maja, dzień po przyjęciu sławetnej uchwały lustracyjnej autorstwa Janusza Korwin-Mikkego, co sugeruje, że to ona była zapalnikiem całej sprawy. Tyle, że wnioskodawcy m.in. z Unii Demokratycznej przygotowywali się do tego kroku od początku maja. I rząd Olszewskiego i tak by upadł: jeśli nie w czerwcu, to w lipcu albo wrześniu. Powód był prozaiczny: był to rząd mocno mniejszościowy, opierający się na koalicji kilku ugrupowań liczących łącznie sto kilkadziesiąt szabel w mocno rozdrobnionym sejmie. Kolejne przegrane głosowania pokazywały, jak mizerne ma poparcie. I co więcej, Olszewski nie był chętny do poszerzania bazy swojego rządu, ani w kierunku centrum (UD, czego chciał zresztą Jarosław Kaczyński), ani w kierunku prawicowo-populistycznym (Konfederacji Polski Niepodległej).

Olszewski, występujący w micie „nocnej zmiany” jako bohater narodowy, okazał się w czasie pełnienia urzędów miernym politykiem

O tym, że Olszewski nie jest skłonny do rozszerzenia koalicji o te ugrupowania, było wiadomo jeszcze zanim się okazało, że na „liście Macierewicza” znaleźli się ich politycy. To tylko sprawę przypieczętowało (choć przecież umieszczenie na liście samo w sobie nie przesądzało o tym, czy ktoś współpracował z SB, czy też nie) i umożliwiło powstanie mitu. Olszewski być może powinien zostać odwołany, ale akurat nie za lustrację, co zresztą było wówczas jednym z bardzo wielu zarzutów. Występujący w micie „nocnej zmiany” jako bohater narodowy, okazał się w czasie pełnienia urzędów miernym politykiem, niezdolnym do kompromisów, a jednocześnie niepotrafiącym podejmować zdecydowanych decyzji. Trudno wskazać, co po sobie pozostawił – prócz legendy obalonego premiera, bez której zapewne przeszedłby do historii jako marginalny, przejściowy szef rządu pokroju Hanny Suchockiej. Krótko po utracie władzy odszedł z Porozumienia Centrum, skłócony z Jarosławem Kaczyńskim, by rok później koncertowo przerżnąć wybory parlamentarne (wynik 2,7 proc., jakie osiągnęła jego Koalicja dla Rzeczypospolitej dobitnie świadczy o tym, jakim cieszył się wówczas poparciem; zresztą PC także do parlamentu nie weszło).

„Nocna zmiana” przyniosła jednak dużo szkód dla polskiej polityki. Jest praźródłem obecnej wojny polsko-polskiej w większym chyba stopniu, niż „wojna na górze”. Wykopała rowy, których do dziś nie dało się zasypać, mimo taktycznych i czasowych sojuszy między poszczególnymi uczestnikami sporu. Tymczasem problem nie polegał na tym, że chciano zrealizować uchwałę lustracyjną (skądinąd kiepsko napisaną), ale na tym, że elity postsolidarnościowe okazały się niezdolne do przejęcia odpowiedzialności za Polskę. Skłócone między sobą nie skończyły na śmietniku historii tylko dlatego, że w latach 90-tych XX wieku postkomuniści byli dla jakiejś połowy społeczeństwa zwyczajnie niewybieralni.

Dyskusja wokół odwołania rządu Olszewskiego był także prognozą tego, jak będą wyglądały nasze obecne spory wokół polityki – z obu stron bezpardonowe i nieprzebierające w środkach. Dziś zresztą nie spieramy się przecież o to, jaką Olszewski prowadził politykę gospodarczą, zagraniczną czy obronną (tu zresztą od filmu „Nocna zmiana” lepszym źródłem, choć także jednostronnym, jest jego książkowy odpowiednik, czyli „Lewy Czerwcowy” Kurskiego i Piotra Semki), tylko o to, kto i w jakim gronie ustalał zastąpienie Mecenasa Waldemarem Pawlakiem. Cóż zrobić, kiedy to bardziej „grzeje” i cementuje wspólnotę radykalnych zwolenników obozu władzy.