Lewatywa Trumpa

Czy brutalna terapia, którą ordynuje NATO prezydent Donald Trump, w dłuższej perspektywie wzmocni pacjenta, czy raczej go zabije?

Przywódcy 29 państw Sojuszu podjęli w Brukseli kilka dość istotnych decyzji. Między innymi w sprawie utworzenia nowych dowództw, które bez wątpienia usprawnią codzienne funkcjonowanie struktur wojskowych, a także kreacji w perspektywie roku 2020 nowych zdolności do (względnie) szybkiego reagowania. Tzw. „inicjatywa 4×30” ma oznaczać utrzymywanie w ramach Paktu na wysokim poziomie gotowości 30 batalionów zmechanizowanych, 30 eskadr lotniczych oraz 30 okrętów, gotowych do działania w czasie nie dłuższym niż 30 dni. Na uwagę zasługuje także warunkowa zgoda na rozpoczęcie rozmów akcesyjnych z Macedonią oraz wyraźne potwierdzenie otwartości Paktu na aspiracje Ukrainy i Gruzji. I wreszcie – co szczególnie ważne z punktu widzenia polskich obaw o bezpieczeństwo – mocne potępienie agresywnych posunięć Rosji, od bezprawnej aneksji Krymu po atak z użyciem „nowiczoka” na terenie Wielkiej Brytanii, a także deklaracja pełnej solidarności wszystkich członków Sojuszu, również w zakresie obrony ich integralności terytorialnej i suwerenności. Liderzy NATO zgodzili się ponadto na utworzenie złożonych z ekspertów „zespołów wsparcia” jako elementu reakcji na zagrożenia hybrydowe, np. w obszarach takich jak obrona przed atakami cybernetycznymi, zwalczanie propagandy i bezpieczeństwo energetyczne.

Jest jednak inne wytłumaczenie tego, co zrobili Amerykanie. Mianowicie takie, że na zimno zaplanowany i starannie rozpisany na role spektakl, z prezydentem obsadzonym jako „zły glina” oraz kilkoma generałami i dyplomatami, wykazującymi bardziej pragmatyczne i ugodowe podejście, był w rzeczywistości wysłaniem próbnego balona – i sondowaniem reakcji na perspektywę faktycznej likwidacji NATO

W wielu doniesieniach medialnych na pierwszy plan wysunęła się jednak kwestia wydatków na obronność, a konkretnie – osiągnięcia zadeklarowanego już dawno przez wszystkie kraje NATO (ale realizowanego przez nieliczne) poziomu 2 proc. PKB. Zostało to spowodowane medialną szarżą prezydenta USA, który publicznie zbeształ sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga, wytykając przy okazji kanclerz Angeli Merkel niemieckie zaniedbania w tym zakresie (słusznie) oraz energetyczne uzależnienie od Rosji (nieco na wyrost) i wstydliwy casus jej poprzednika, Gerharda Schrödera, zatrudnianego na lukratywnej posadzie przez Władimira Putina (też słusznie). Prawdopodobnie w zaciszu gabinetów padły też sugestie o możliwym wycofaniu się Amerykanów z NATO. I choć już drugiego dnia szczytu wszyscy prominenci rzucili się do zaprzeczeń, coś chyba jednak było na rzeczy.

Możliwe oczywiście, że był to wyłącznie element nacisku negocjacyjnego na europejskich partnerów. Bez wątpienia bowiem znane już, „komiwojażerskie” podejście Donalda Trumpa do polityki międzynarodowej przejawiło się tym razem w promowaniu zarówno amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, jak i amerykańskiej oferty surowców energetycznych. Tymczasem głównym problemem NATO nie jest przecież brak pieniędzy w sektorze bezpieczeństwa, ale raczej celowość wydatkowania miliardów dolarów i euro (nawet dwukrotne zwiększenie wydatków przez niektóre kraje będzie co najwyżej oznaczać dwukrotnie większe marnotrawstwo). O tym zaś przywódcy 29 państw oraz ich zausznicy podczas szczytu bardzo solidarnie milczeli, we wszystkich znanych sobie językach.

Jest jednak inne wytłumaczenie tego, co zrobili Amerykanie. Mianowicie takie, że na zimno zaplanowany i starannie rozpisany na role spektakl, z prezydentem obsadzonym jako „zły glina” oraz kilkoma generałami i dyplomatami wykazującymi bardziej pragmatyczne i ugodowe podejście, był w rzeczywistości wysłaniem próbnego balona – i sondowaniem reakcji na perspektywę faktycznej likwidacji NATO.

Czy się to komu podoba, czy nie, NATO w swych generalnych założeniach jest jednak naprawdę instytucjonalnym reliktem Zimnej Wojny, który pomimo licznych prób i faceliftingów nie do końca przystaje do strategicznych realiów XXI wieku – zwłaszcza z waszyngtońskiego punktu widzenia. Procedury polityczne i biurokratyczne, siłą rzeczy, spowalniają jego działanie – a warto pamiętać, że gra o bezpieczeństwo nie toczy się już w perspektywie tygodni i miesięcy, ale w czasie rzeczywistym. Struktury demokratyczne niestety nie są w stanie podejmować i wdrażać decyzji w tym tempie, natomiast przywódcy autorytarni oraz liderzy nielegalnych organizacji – jak najbardziej. Po drugie, NATO nie tworzy dla USA szczególnej „wartości dodanej” w potencjalnie najistotniejszych teatrach operacyjnych: blisko- i dalekowschodnim. W pierwszym – kluczowym sojusznikiem i tak pozostaje Izrael, pozycję za nim plasują się konserwatywne monarchie arabskie, zaś członkowie Paktu, tacy jak Turcja, Niemcy czy pod pewnymi względami Francja i nawet Wielka Brytania mogą być bądź obciążeniem, bądź wręcz konkurencją. W drugim podobnie – od europejskich członków NATO bardziej użyteczne są kraje powiązane z Ameryką innymi sojuszami, takie jak Japonia, Korea Płd. czy Australia.

W Paryżu i Berlinie, a zwłaszcza w Rzymie i Madrycie, wiele wpływowych osób powita taki scenariusz z radością

Owszem – wspomniany Jens Stoltenberg miał rację, podkreślając, że pod rządami Donalda Trumpa zaangażowanie USA w europejskie bezpieczeństwo wzrosło, zarówno w wymiarze obecności wojskowej, jak i finansowym. Tyle, że ten – logiczny i uzasadniony z perspektywy Waszyngtonu – „powrót do Europy” wynika w dużej mierze z pogorszenia relacji z Rosją (być może chwilowego; dowiemy się już za chwilę, podczas spotkania Trump-Putin) oraz z perspektywy intratnej ekonomicznie współpracy z krajami środkowowschodniej części kontynentu. Nie wiąże się natomiast wcale ze skłonnością do dalszego inwestowania w bezpieczeństwo Europy Zachodniej. Jeśli więc ze strony takich krajów jak Niemcy i Francja nie napłynie rychło wyraźny sygnał, że są zainteresowane podtrzymaniem północnoatlantyckiej architektury bezpieczeństwa – a w obliczu konfliktów handlowych i bardzo antytrumpowskich nastrojów znacznej części europejskich elit nie będzie to łatwe – w Waszyngtonie może niebawem przeważyć opcja samodzielności strategicznej, sojuszy raczej bardziej elastycznych i bilateralnych, oraz rezygnacji z wiązania sobie rąk wielostronnymi porozumieniami.

Co więcej – w Paryżu i Berlinie, a zwłaszcza w Rzymie i Madrycie, wiele wpływowych osób powita taki scenariusz z radością. Nawet nie dlatego, że są agentami Moskwy czy Pekinu (acz to też…), ale z powodu zmęczenia ścisłym sojuszem z Ameryką, liczenia na zyski ekonomiczne z lepszej współpracy w układzie euro-azjatyckim oraz na korzyści wewnątrzpolityczne, wynikające ze wzrostu elektoratu nastawionego antyizraelsko i antyamerykańsko. Donald Trump zaś, swoim stylem wywierania nacisku na członków NATO, bardziej kojarzącym się z terapią przy pomocy lewatywy, niż aspiryny – niezależnie od swej faktycznej intencji, obiektywnie takie nastroje wzmacnia.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, wicedyrektor Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, członek Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int, jeden z fundatorów i wiceprezes Fundacji Wiedza-Rozwój-Bezpieczeństwo. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu, public relations i wywiadu konkurencyjnego. Współpracował z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, był członkiem Polar Task Force (zespołu doradczego ad hoc przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych). Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Zajmuje się problematyką ewolucji cywilizacji zachodniej i jej wpływem na bezpieczeństwo, wyzwaniami i zagrożeniami asymetrycznymi (w tym walką informacyjną, terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i migracjami), a także funkcjonowaniem służb specjalnych i sektora prywatnego w sferze bezpieczeństwa. Jest autorem, redaktorem i współredaktorem kilkudziesięciu prac naukowych z tego zakresu, w tym monografii: „Polityka bezpieczeństwa na Starym Kontynencie” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2010), „Asymetria i hybrydowość – stare armie wobec nowych konfliktów” (Wyd. Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Warszawa 2011) oraz „Sztuka polityki” (Wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2017). Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego (1992) oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej (1996); stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (2005).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Lewatywa Trumpa”

  1. TWD pisze:

    To bardzo dobre ujęcie tematu, gratuluję… Wartość dodana NATO jest dla USA faktycznie nieprzesadna tym bardziej, że POTUS Trump postrzega sprawy bezpieczeństwa i gospodarki łącznie i wprost mówi – mam wam zapewnić bezpieczeństwo i jeszcze za to zapłacić? Ok, ale dorzućcie się i dajcie nam zarobić w interesach. Tymczasem pozostali członkowie NATO wydają się przyjmować parasol ochronny stanów zjednoczonych jako oczywistość, podobnie jak partnerzy handlowi są przekonani, że wolny handel to naturalna rzecz, a nie dobra wola i wysiłek finansowy USA. Z punktu widzenia Trumpa, zapewnia on bezpieczeństwo militarne i bezpieczeństwo wolnego handlu państwom, które korzystając z tego robią interesy i wzmacniają jego głównego przeciwnika Chiny. Jedyne z czym się nie zgodzę, to zaproponowana przez autora lista priorytetów Trumpa – Bliski i Daleki Wschód. IMHO jedynym w tej chwili priorytetem Trumpa jest Daleki Wschód, konkretnie południowo-wschodnia Azja. Natomiast reszta, w tym dwa zasadnicze – Lewant i wschodnia flanka NATO – jest temu podporządkowana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz