Kronika przepoczwarzenia

Zalewski proponuje czytelnikom klucz interpretacyjny dotyczący „warunków brzegowych” transformacji. Zgoda na te warunki oznaczała możliwość dołączenia do wąskiego grona „wtajemniczonych”

W trakcie kampanii wyborczej 2001 r. Jarosław Kaczyński zaproponował Jerzemu Zalewskiego, by „zrobił prawdziwy film o Polsce, a w istocie o polskiej polityce”. Dokumentalista miał już wówczas w dorobku potępiony przez środowisko „Gazety Wyborczej” film „Obywatel Poeta” (poświęcony Zbigniewowi Herbertowi). W 2003 r., w trakcie realizacji dokumentu, Zalewski rozmawiał z ludźmi, którzy z bardzo bliska przyglądali się tajnikom transformacji. Byli wśród nich Jarosław i Lech Kaczyńscy, Bogdan Borusewicz, Ryszard Bugaj, Jan Maria Rokita, Jan Olszewski, Antoni Macierewicz. Ale ostatecznie produkcja zatytułowana „Dwa kolory” nie uzyskała aprobaty prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Jak lakonicznie ujmuje to reżyser: stało się tak „z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów”.

Niepartyjnie, niepoprawnie

Ponad dekadę później zapis (nieautoryzowanych!) rozmów przeprowadzonych na potrzeby filmu ukazał się w formie obszernej książki. Jest ona historycznym świadectwem czasu przemian, za sprawą których Polska Ludowa przepoczwarzyła się w III Rzeczpospolitą. Istotnym punktem odniesienia jest Okrągły Stół, wydarzenia, które go poprzedziły i nastąpiły niedługo po nim. Były to naznaczona „wojną na górze” prezydentura Lecha Wałęsy, rządy Tadeusza Mazowieckiego, Jana Olszewskiego, Hanny Suchockiej, zwycięstwo wyborcze postkomunistów w 1993 r.

We wstępie do książki „Dwa kolory” Zalewski zwraca uwagę na kilka istotnych pytań, które uważa za aktualne: „Dlaczego przegrywamy? Dlaczego państwo nie jest nasze? Dlaczego jest iluzoryczne, a mimo to opresyjne?”. Wymowna jest formuła tych pytań. Ukazuje ona jeden z wciąż istotniejszych w naszym życiu publicznym podziałów na dwie zantagonizowane, choć różnie definiowane grupy: „my” i „oni”.

Kłopot z jednoznacznością tego podziału uświadamia czytelnikowi sam Zalewski, wskazując, że w „Dwóch kolorach” „to samo wydarzenie opowiada kilkoro świadków, pamiętając je inaczej i wyciągając z niego odmienne bądź różniące się wnioski”. Być może właśnie ta niejednoznaczność przekazu, jego zniuansowanie sprawiły, że film stanowiący punkt wyjścia dla książki nie nadawał się na partyjny „dokument światopoglądowy”.

Asumpt do powstania filmu i znaczniej późniejszej książki dały wydarzenia z początku lat dwutysięcznych. Odsłoniły one na moment „miękkie podbrzusze” stabilizującego się już bez problemów – jak się wydawało – systemu III Rzeczpospolitej. Jego istotą był okrągłostołowy kompromis między beneficjentami transformacji, z których część reprezentowała wąską grupę po-opozycyjnej elity z czasów Polski Ludowej, z drugiej – wpływowe środowiska postkomunistyczne. Polityka, szczególnie ta uprawiana na potrzeby mas, była jedynie czubkiem góry lodowej, jaką tworzyła rzeczywistość zbudowana na tym wieloaspektowym kompromisie, który przenikał głęboko struktury biznesowe, medialne, administracyjne III RP. I całościowo zdeterminował nasze realia społeczne.

Obywatele Polski częściej spotykają się z fasadą demokracji niż z realną demokracją

W momencie, w którym Zalewski rozpoczynał rozmowy z bohaterami „Dwóch kolorów” prezydentem państwa drugą kadencję był Aleksander Kwaśniewski, a Leszek Miller kierował rządem koalicji SLD-UP-PSL. W tym czasie pracowała już sejmowa Komisja Śledcza w sprawie „afery Rywina”. Jan Maria Rokita, wówczas prominentny polityk niedawno powstałej Platformy Obywatelskiej i błyskotliwy śledczy komisji sejmowej ds. „afery Rywina”, wieszczył „szarpnięcie za cugle demokracji”. To był dobry moment, by głośniej niż dotąd zadać pytanie, wcześniej kompletnie niemal ignorowane przez mainstream: co jest nie tak z Polską?

Skomplikowane warunki

„Dwa kolory” mogą sprawić części czytelników pewien kłopot. Dla młodszych roczników bardzo nieraz szczegółowe opowieści bohaterów książki o wydarzeniach, które doprowadziły do Okrągłego Stołu, mogą być nużące jak lekcja prehistorii. Ale drobiazgowość, dotycząca choćby rozbicia i sporów w obrębie schyłkowej opozycji czasów PRL, unaocznia, w jak skomplikowanych warunkach rodził się kraj, w którym żyjemy. Zalewski proponuje czytelnikom klucz interpretacyjny, który na ogół potwierdzają jego rozmówcy, dotyczący „warunków brzegowych” przemian. Otóż zgoda na te warunki oznaczała możliwość dołączenia do wąskiego grona okrągłostołowych „wtajemniczonych”. Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego „rewizjoniści” z kręgu opozycji solidarnościowej, na czele z Adamem Michnikiem, zaczęli „traktować Okrągły Stół nie jako posunięcie taktyczne (…), tylko jako posunięcie zmierzające do co najmniej prefiguracji sytuacji w Polsce, na bardzo wiele lat”.

Powyższa teza jest dobrze utrwalona w większości antymainstreamowych opowieści o transformacji. Nie była niczym nowym w 2003 r., gdy różnymi słowami przedstawiali ją rozmówcy Zalewskiego. Nietypowe i zasługujące na uwagę było to, że mniej więcej od czasu „afery Rywina” zdecydowanie krytyczny obraz Okrągłego Stołu przestał być „teorią spiskową” wartą co najwyżej „drugoobiegowych broszur” sprzedawanych w ultraprawicowych księgarniach i rozdawanych na bogoojczyźnianych wiecach.

Olbrzymi polityczny teatr – w dobrym tego słowa znaczeniu – jakim były transmitowane przez telewizję obrady sejmowej Komisji Śledczej sprawił, że bardzo wielu ludzi przestało pokpiwać z „oszołomskich” teorii dotyczących nieformalnej sieci powiązań tworzonej przez beneficjentów transformacji. Nawet jeśli był to show wymierzony przede wszystkim w rząd Leszka Millera, to stał się narzędziem potencjalnej „strukturalnej korekty”, ponieważ w mało korzystnym świetle telewizyjnych reflektorów postawił niekwestionowanego „arbitra elegancji” z lat 90., czyli środowisko Agory/„Gazety Wyborczej”.

Od pierwszych lat XXI w. argumenty ukazujące dwuznaczność Okrągłego Stołu stopniowo wchodziły do głównego obiegu. Stały się punktem odniesienia dla młodszych pokoleń Polaków, w tym młodej inteligencji, która w czasach „afery Rywina” wciąż jeszcze studiowała, a dziś coraz mocniej wpływa na treść debaty publicznej. Dzisiejsi dwudziestoparolatkowie, krnąbrni wobec mainstreamowej narracji, o wiele słabszej niż w latach 90., są dziećmi tamtego momentu historycznego, który często przedstawia się jako kompletnie zaprzepaszczoną szansę na zasadniczą reformę państwa. Jestem głęboko przekonany, że – mówiąc publicystycznym skrótem – są oni dziedzicami „Dwóch kolorów”, nawet jeśli często w różnym stopniu pozostają krytyczni zarówno wobec „obozu Platformy”, jak i wobec „obozu PiS”.

Opowieść trójwarstwowa

Wszystko to sprawia, że „Dwa kolory” Zalewskiego można czytać jako specyficzną, trójwarstwową opowieść. Pierwsza z nich dotyczy przełomu lat 80. i 90. XX w. i literalnie zajmuje najwięcej miejsca. Druga często zawiera się „między wierszami”. To próba uchwycenia, jak „realia założycielskie” III RP doprowadziły do takich wydarzeń jak „afera Rywina” i skąd wzięły się nadzieje na zmianę, upatrywane przez część społeczeństwa w przejęciu „cugli demokracji” przez możliwą koalicję PO i PiS. Wreszcie trzecia opowieść to refleksja nad książką, na jaką muszą zdobyć się jej czytelnicy, dokonując bilansu ponad dziesięciu ostatnich kontrowersyjnych lat.

Ostatnia kwestia jest o tyle niebagatelna, że wbrew dobrze już dziś ugruntowanemu przekonaniu o zasadniczej różnicy między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością, oba te ugrupowania w początkach swego istnienia przynajmniej sprawiały wrażenie bardzo podobnych centroprawicowych formacji. W dodatku miały poopozycyjne korzenie. Zarówno liderzy PO, jak PiS przekonywali, że budują swoje ugrupowania na kontrze wobec establishmentu i patologii III RP, choć rzadko kto z nich był politycznym nowicjuszem. Historia nazw tych ugrupowań, które dziś postrzegane bywają niemal po manichejsku, to najlepsza „fotografia tęsknot” dużej części polskiego społeczeństwa z początku XXI w. Uświadommy to sobie: rządy prawa, sprawiedliwość pojmowana nie tylko jako symbol sprawnego aparatu sądowniczego, ale zaprzeczenie szeroko rozumianej korupcji dotykającej „młodą demokrację” oraz obywatelskość, czyli partycypacja „zwykłych ludzi” w życiu publicznym i istotnych decyzjach politycznych. Na tych politycznych nadziejach miało powstać państwo oczyszczone z dość szeroko rozumianego postkomunizmu i jego możnych sojuszników z kręgów byłej opozycji. Sprawa okazała się o wiele bardziej skomplikowana.

Ludzie, którzy ponad dziesięć lat temu składali obietnicę, że „szarpną za cugle demokracji”, przyspieszą procesy zmian na lepsze, przejęli państwo dla siebie

„Dwa kolory” są książką przede wszystkim o kuluarach polityki z początku lat 90., mniej tutaj o kwestiach ściśle społeczno-gospodarczych. Sprawy peryferyjności naszego państwa, nowych możliwych form jego kolonizacji, oligarchizacji gospodarki są na dalszym planie. Więcej światła na te wątki rzuca w książce Jan Olszewski. Premier przypomina o uzależnieniu III RP w jej początkach od wymogów Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wskazuje potężny kryzys polskiego przemysłu i uruchomienie przestępczej patologii w świecie gospodarki.

Pozwolę sobie na dłuższy cytat, który można potraktować jako glossę do współczesnych rozmów o neokolonializmie: „nasilenie się afer było przede wszystkim spowodowane tym, że uruchomiono wcześniej, jeszcze za rządu Rakowskiego mechanizm, który całkowicie otworzył [polską – K.W.] gospodarkę na gospodarkę światową i praktycznie na nieograniczony import, a równocześnie zostały wprowadzone mechanizmy powodujące kłopoty w normalnym prowadzeniu przedsiębiorstw państwowych, które zostały z dnia na dzień w sytuacji braku środków obrotowych i niesłychanie drogiego kredytu, w związku z tym produkcja stała się niekonkurencyjna nawet w tych działach gospodarki, zdolne do konkurowania z importem z zagranicy”. Zdaniem premiera Olszewskiego, równocześnie totalnemu rozkładowi uległ stan polskiej ochrony celnej, a wszystko to działo się przy aprobacie Leszka Balcerowicza: powyżej opisane zjawisko było wmontowane w jego plan „żywiołowego uzdrowienia gospodarki”. Parafrazując znane powiedzenie Olszewskiego: niewidzialna ręka rynku okazała się ręką Balcerowicza. A droga do ponownej kolonizacji stanęła otworem.

Fundamenty polskiej korupcji

Czytelnik tej recenzji (i „Dwóch kolorów”) może postawić pytanie: dlaczego dziś, w 2015 roku, mamy zajmować się tak odległymi sprawami jak wydarzenia (około)okrągłostołowe lub obalenie rządu Jana Olszewskiego? Nie mają one przecież bezpośredniego wpływu na naszą bieżącą politykę. Ktoś może argumentować: zostawmy to historykom albo ludziom, którzy potrzebują tego rodzaju dyskusji na użytek sporu między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością. Ale sedno sprawy nie leży w archiwaliach ani partyjnej „polityce historycznej”. Rozwiązania systemowe przyjęte na początku lat 90. są fundamentem naszej rzeczywistości.

Nawet jeśli politycznie postkomunizm znaczy już niewiele (co pokazuje coraz słabsza pozycja SLD), to jednak fundamenty polskiej korupcji, czyli zepsucia państwa, sięgają czasów ukazanych w „Dwóch kolorach”. Widać to przede wszystkim w modelu relacji między elitami a ogółem społeczeństwa. Elity mają dostęp do „reglamentowanej wiedzy” o realnych mechanizmach sprawowania władzy i zarządzania państwem. Elity mają także nieskrępowany dostęp do zasobów gospodarczych, intratnych stanowisk w administracji i wielkich pieniędzy dostępnych dla osób skoligaconych z rodzimym polityko-biznesem. Elity wreszcie – choć sprawia im to coraz większą trudność – arogancko próbują narzucić społeczeństwu własną „historiozofię transformacji”, która zaprzecza poważnym bolączkom społeczno-gospodarczym, skutkującym wysoką emigracją zarobkową wśród młodych.

„Dwa kolory” nie dają recept „na dziś”. Stanowią przypomnienie o mechanizmach, które powodują, że wciąż borykamy się z poważnymi dysfunkcjami państwa, że obywatele Polski częściej spotykają się z fasadą demokracji niż z realną demokracją. Dzięki tej książce łatwiej zrozumieć, że nie da się budować sprawnego państwa, jeśli jego najistotniejszą część stanowią nieformalne sieci powiązań między niekontrolowanymi przez nikogo beneficjentami transformacji. Zbiór wywiadów przeprowadzonych przez Zalewskiego pokazuje, jak istotną część życia publicznego stanowi polityka historyczna jako opowieść nie tylko o losach polis, ale metodach dalszego postępowania.

To od przyjętej opowieści, która często jest równocześnie diagnozą i próbą normatywnego wyrażenia stanu rzeczy, zależy postawa wobec status quo. Mówiąc w skrócie: jeśli elity przedstawiają aktualną kondycję III RP jako „najlepszą z możliwych”, to ich protagoniści nie będą widzieli potrzeby zmiany. I przeciwnie: antagoniści mainstreamowej opowieści o Polsce będą przekonani, że wcale nie żyjemy w opiewanym nie tak dawno przez Bronisława Komorowskiego „złotym wieku”.

Arogancja i zepsucie

Problem w tym, co świetnie ukazują „Dwa kolory” jako opowieść wielowarstwowa, że możliwość zmiany to zarówno szansa, jak i pułapka, a potrzeba korekty systemu może – paradoksalnie – doprowadzić do pogłębienia impasu, utrwalenia istniejącego od początku transformacji stanu rzeczy. Wszak ludzie, którzy ponad dziesięć lat temu składali obietnicę, że „szarpną za cugle demokracji”, przyspieszą procesy zmian na lepsze, przejęli państwo dla siebie, w stylu podobnym, w jakim uczynili ich poprzednicy przy Okrągłym Stole.

Ostatnie wybory prezydenckie, o wyniku których w dużym stopniu zdecydowały antysystemowe hasła i kontestacja polskich realiów przez „młodych gniewnych”, pokazały, że znacznym problemem jest wciąż arogancja politycznego establishmentu i zepsucie państwa, sięgające czasów przepoczwarzania PRL w III RP.

„Dwa kolory”, Jerzy Zalewski, Wydawnictwo 2 Kolory, Warszawa 2015

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Kronika przepoczwarzenia”

  1. 666 pisze:

    Obawiam sie Okraglego Stolu Bis i zmiany brandingu np. z powrotem na otwarcie katolicki. Ale grob pozostanie jedynie tylko pobielany,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz