Newsletter

Krok w stronę Polexitu

Konflikt jest na rękę zarówno Komisji Europejskiej, jak i Prawu i Sprawiedliwości. Im będzie on dłuższy i intensywniejszy, tym trudniej będzie z niego wyjść, a niechęć zwolenników PiS do UE będzie rosła

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Polska przeszła wczoraj do historii integracji europejskiej jako pierwszy kraj, wobec którego Bruksela uruchomiła „atomowy”, grożący nawet pozbawieniem prawa głosu, artykuł 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Waga tego wydarzenia nie polega jednak na możliwości wprowadzenia sankcji. Szanse na to są mniej niż znikome, ze względu na konieczność uzyskania jednomyślności w Radzie Europejskiej (art. 7.2 TUE); możemy tu liczyć nie tylko na Węgry, ale też zapewne na bardzo propolską pod rządami premiera Skvernelisa Litwę czy Austrię Sebastiana Kurza.

Po co zatem Komisja Europejska forsuje tę procedurę? Pod rządami PiS Polska wyrosła na unijne „okropne dziecko”, enfant terrible, ostentacyjnie łamiące unijne reguły i upokarzające Brukselę. Czy to gdy poszło o wykonanie postanowień szczytu w sprawie uchodźców, czy o zignorowanie postanowienia Trybunału Sprawiedliwości UE co do zaprzestana wycinki Puszczy Białowieskiej, czy o słynny „gest Kozakiewicza” w postaci listu ministra Ziobry do komisarza Timmermansa. Procedura ochrony praworządności jest świetną okazją do rewanżu, oznacza bowiem wielomiesięczne (a może i kilkuletnie), wizerunkowo-reputacyjne „grillowanie” Warszawy i umożliwia pogłębienie jej izolacji w UE.

Czytając stanowisko KE można wyraźnie zauważyć, że podstawy do interwencji są, ale nie są ani bardzo mocne, ani porównywalne do tych, które zachodziły w przypadku Węgier

Zajrzyjmy w kalendarz: KE dała nam trzy miesiące na wycofanie się z niektórych zmian w sądownictwie; w tym czasie trwać będzie zapewne erystyczna „wymiana ognia”, po czym sprawą zajmą się kolejno Parlament i Rada UE, procedując większościami kwalifikowanymi. Zbudowanie koalicji blokujących jest na tym etapie wątpliwe, dołączanie kolejnych krajów i instytucji do grona krytyków Polski będzie dalej pogarszać nie tylko nasz wizerunek, ale i pozycję polityczną w Unii. Prawdopodobne odrzucenie wniosku w fazie głosowania w Radzie Europejskiej, jeśli nastąpi za sprawą jednego czy kilku ledwie sojuszników, będzie, w szerszym kontekście, naszym kolejnym upokorzeniem.

Niebagatelny jest przy tym fakt, że Polska jest po decyzji o Brexicie największym unijnym buntownikiem poza strefą euro; Bruksela korzysta więc z okazji, żeby pokazać, że o ile na wybryki, przykładowo, niewielkich Węgier skłonna jest, pod pewnymi warunkami, przymykać oko, w przypadku dużego kraju – to już nie przejdzie. Z drugiej strony, wypada zauważyć, że czyniąc znacznie większe postępy w budowie demokracji nieliberalnej, Viktor Orbán naraził się Brukseli znacznie mniej niż Kaczyński, także dzięki temu, że, inaczej niż ten ostatni, zręcznie manewrował, raz po raz nieco się cofając i nieustannie rozmawiając. Czytając stanowisko KE można wyraźnie zauważyć, że podstawy do interwencji są, ale nie są ani bardzo mocne, ani porównywalne do tych, które zachodziły w przypadku Węgier. Potwierdza to okoliczność wszczęcia procedury jeszcze przed choćby zapowiedzią podpisów prezydenta Dudy pod złagodzonymi wersjami ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym.

 

Faktyczny Polexit może nastąpić w sposób cichy i zawoalowany, tak samo jak wyglądać ma wspomniany przewrót ustrojowy w UE

W tle tej rozgrywki są coraz bardziej zaawansowane plany wyjścia z obecnego kryzysu UE – poprzez ucieczkę do przodu. W majowym „Reflection paper” Komisja, jak słusznie zauważył Jan Rokita, przedstawiła rozpisany na osiem lat plan cichego przewrotu ustrojowego w Europie. Miałby on stworzyć de facto Nową Unię w oparciu o strefę euro, z różnych przyczyn bez formalnej likwidacji starej, która jednak zostałaby pozostawiona do stopniowego obumarcia. W tak zreformowanej UE miałaby nastąpić ścisła harmonizacja polityk (w tym podatkowych i socjalnych). To wizja – skądinąd bardzo zbieżna z pomysłami francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona – skrajnie niekorzystna dla Polski, bo oznaczająca potężny cios w naszą konkurencyjność gospodarczą, a w wymiarze geostrategicznym wpychająca nas w diabelski dylemat: zostania unijnym klientem (na co jesteśmy zbyt duzi) lub budowy alternatywnego porządku międzynarodowego (do czego brak nam siły).

To z jednej strony poważne zagrożenie, ale z drugiej – wciąż tylko plan. Polska powinna mu przeciwdziałać jako aktywny i ambitny członek UE z własnymi pomysłami na jej przyszłość. Tymczasem nie tylko daliśmy sobie, w dużej mierze na własne życzenie, przyprawić gębę chłopca do bicia, ale robimy wiele, żeby nie wykorzystać w tej sprawie sceptycyzmu Niemiec, które są największym w Unii hamulcowym brukselsko-francuskich wizji nowej, mniejszej UE. Wulgarność antyniemieckiej, europejskiej erystyki PiS-u jest tu najmniejszym problemem. Jest ona bowiem przede wszystkim fundamentalnie błędna: przy wszystkich wadach, to właśnie Berlin jest dziś największym lobbystą korzystnego dla Polski unijnego status quo. Niewykluczone, że nie mając w tej sprawie oparcia w Warszawie, ulegnie presji brukselsko-francuskiej, czego pierwsze oznaki już zresztą widać. Nie jest skądinąd przypadkiem niemiecka powściągliwość i nadaktywność tak instytucji unijnych, jak i Paryża, w kwestii „ochrony praworządności”.

Jest pozornym paradoksem, że również PiS-owi jest ten konflikt na rękę, gdyż wspiera jego erystykę oblężonej twierdzy, w której prawdziwie niepodległy rząd broni Polski przez złą zagranicą i jej sługusami z opozycji. Tak więc każda z głównych stron sporu gra w inną grę – i wygrywa. To zachęca do eskalacji lub przynajmniej kontynuacji konfliktu. Im będzie on dłuższy i intensywniejszy, tym trudniej będzie z niego wyjść, a niechęć zwolenników PiS do UE będzie rosła. Pomaga w tym także opozycyjny mainstream, korzystając z każdej okazji do eskalacji sporu w złudnej wierze, że w ten sposób przybliży się do pokonania Kaczyńskiego.

Polexit jest całkiem możliwym zakończeniem. Nie dlatego, jak głoszą histeryczni opozycjoniści, że Kaczyński go chce, ale ze względu na szczególną dynamikę polityczną tego konfliktu. Trzeba przy tym pamiętać, że faktyczny Polexit może nastąpić w sposób cichy i zawoalowany, tak samo jak wyglądać ma wspomniany przewrót ustrojowy w UE: jeśli wyżej opisana wizja stworzenia Nowej Unii dojdzie do skutku, pozostanie w tej starej i obumierającej będzie wyjściem de facto, choć nie de iure. Uruchomienie art. 7 niczego jeszcze w tym względzie nie przesądza, ale jest kolejnym i ważnym krokiem w tę stronę.