Katalońska noga w unijnych drzwiach

Aktualności,

W napisanej w 1820 roku książce Joachim Lelewel opisywał historyczną paralelę między Polską a Hiszpanią od XVI do XVIII stulecia. Później też historia nas co jakiś czas łączyła. Tylko 12 lat dzieli wyjście Hiszpanii z autorytaryzmu od wyjścia Polski z komunizmu. W 2003 roku polski premier Miller i hiszpański Aznar wspólnie zablokowali europejską konstytucję. Dziś z losem polskim los hiszpański splótł się niespodziewanie za przyczyną separatystyczno-niepodległościowych dążeń Katalończyków. Konflikt hiszpańsko-kataloński, który ma co najmniej 500-letnią historię, wszedł w nową fazę w 2010 roku wraz z bolesnym dla Katalończyków okrojeniem ich statutu autonomicznego przez trybunał konstytucyjny. Od tej pory w ciągu paru lat poparcie dla postulatu niepodległości Katalonii wzrosło w regionie z 14 proc. do ponad 40 proc., choć nikt nie wie, czy przekracza 50 proc. Wraz z niekonstytucyjnym i nielegalnym referendum, zorganizowanym przez katalońskie władze autonomiczne, oraz reakcją na nie rządu w Madrycie, konflikt ten wszedł w etap otwartego i ciężkiego kryzysu konstytucyjnego i politycznego, z którego nie będzie szybkiego wyjścia. Hiszpania się nie rozpadnie, do wojny secesyjnej nie dojdzie, ale przez parę lat kraj ten będzie wewnętrznie rozdarty i politycznie osłabiony.

Dla Polski to dobra wiadomość, i to nie dlatego, by dzieliły nas z Hiszpanią różnice interesów, poza naturalną konkurencją o środki unijne. Kryzys hiszpański daje nam czas, by przeczekać rządy PiS, które pod hasłami narodowej asertywności prowadzą Polskę na margines Unii Europejskiej. Po kryzysie 2008 roku i Brexicie w UE powstaje nowa architektura władzy, wpływów i przepływów środków finansowych. Ci, którzy współtworzą ten nowy układ, będą w przyszłości pobierali rentę obecności, ci, którzy przystąpią do niego później, będą musieli zapłacić wpisowe, tym wyższe, im bardziej układ stanie się zamknięty. Ponieważ obecny polski rząd odmówił udziału w tworzeniu nowego kształtu UE, wybierając pozycję „obrażonego hamulcowego”, to dla Polski tym lepiej, im dłużej nowy układ będzie się tworzył i im bardziej będzie niedomknięty i luźny.

Pomysł na przekształcenie Europejskiego Mechanizmu Stabilności w Europejski Fundusz Walutowy przedstawił odchodzący z polityki Wolfgang Schäuble i poparła go wprost kanclerz Merkel, co zdecydowanie ogranicza pole kompromisu między Niemcami a Francją

Dwie okoliczności dają nadzieję na taki szczęśliwy przebieg procesu dochodzenia do pogłębionej integracji europejskiej. Pierwszą jest wynik wyborów w Niemczech, który przesądza o tym, że udział liberałów z Wolnej Partii Demokratycznej (FDP) w koalicji rządowej jest koniecznością. Drugą jest kryzys hiszpański. Pan Bóg znowu spojrzał na Polskę łaskawym okiem.

W Unii, a dokładniej w strefie euro, powstają trzy koncepcje nowej architektury rządzenia. Za pierwszą opowiadają się kraje Południa, a ich rzecznikiem jest Francja. Chodzi im o tzw. unię transferową, czy też fiskalną; o to, by stabilne kraje Północy, które na UE i strefie euro korzystają, zabezpieczyły przed szokami asymetrycznymi kraje Południa. Wykonawcą takiej polityki miałaby być wyposażona w nowe kompetencje Komisja Europejska wraz z Europejskim Bankiem Centralnym oraz ministrem finansów strefy euro. Pomysł ten ściera się z niemiecką koncepcją unii dyscypliny fiskalnej, w której przepływy z Północy na Południe też byłyby możliwe, ale w ramach pożyczek stabilizacyjnych, a politykę tę miałaby realizować nie KE, ale Europejski Mechanizm Stabilności (EMS), przekształcony w Europejski Fundusz Walutowy (EFW). Niemcy jako największy udziałowiec miałyby w nim najwięcej do powiedzenia. Między tymi koncepcjami lawiruje przewodniczący KE, Juncker.

Pomysł na przekształcenie EMS w EFW przedstawił odchodzący z rządu Wolfgang Schäuble i poparła go wprost kanclerz Merkel, co zdecydowanie ogranicza pole kompromisu między Niemcami a Francją. Merkel zrobiła to po wyborach, także z powodu europejskiej polityki FDP. Wolni Demokraci przemyśleli bowiem przyczyny swojej czteroletniej nieobecności w Bundestagu. FDP w 2009 roku uzyskała najlepszy wynik w swojej historii – sporo ponad 14 proc., by w 2013 nie dostać się do parlamentu z powodu nieprzekroczenia pięcioprocentowego progu zaporowego. W drugim rządzie Angeli Merkel nie uzyskali stanowiska ministra finansów i zgodzili się na to, co określają jako „ukrytą unię transferową”, realizowaną głównie przez politykę „luzowania ilościowego” Europejskiego Banku Centralnego. Po czterech latach zostali za to srogo przez swoich wyborców ukarani i zapowiadają, że tego błędu nie powtórzą. Jak ma się do tego kryzys hiszpański? Otóż zdecydowanie wzmacnia on ich jednoznacznie antytransferowe stanowisko, dając im mocne argumenty wobec kanclerz Merkel. Wspólnie z nią będą przeciwni „jawnej” unii fiskalnej, ale tam, gdzie w grę wchodzić będzie unia „ukryta”, mogą stwierdzić: dlaczego ma dochodzić do transferów na Południe, skoro nie wiemy, czy Hiszpania nie znajdzie się w procesie rozpadu? Poczekajmy te parę lat, aż sytuacja się wyjaśni.

I Niemcy poczekają. A my możemy się cieszyć, że drzwi się przed nami nie zamkną i nikt nie przekręci w nich klucza.