Dużo teatru, trochę nadziei

Aktualności,

Macron dokonał rzeczy niezwykłej, ale czy z tego wynika, że jego rządy, teraz już mające oparcie w solidnej większości parlamentarnej, zapowiadają się rzeczywiście jako przełomowe?

Pierwsze wrażenie, jakie narzuca się w analizie francuskiej sceny parlamentarnej po wyborach do Zgromadzenia Narodowego, to poczucie dogłębnej wymiany kadr: nie tylko w znaczeniu politycznym, ale i osobowym. Gdy chodzi o wymiar polityczny: na lewicy Partia Socjalistyczna jest w ruinie, na prawicy Republikanie ponieśli największe straty w całej historii tej partii i jej protoplastów od założenia V Republiki w 1958 r. Gdy chodzi o wymiar ludzki: Nowe Zgromadzenie Narodowe będzie się składało w 75 proc. z nowych deputowanych. Wreszcie, jeszcze nigdy nie zasiadało w tym gremium tyle kobiet (40 proc.), co w izbie wybranej 4 i 18 czerwca.

Po politycznym trzęsieniu ziemi

Wszystko to są owoce zjawiska, które jeszcze wczesną jesienią ubiegłego roku – gdy ówczesny minister gospodarki odchodził z rządu i faktycznie rozpoczynał swoją kampanię prezydencką – wydawało się jakimś mirażem. Temu zjawisku na imię: Emmanuel Macron. Wiele na ten temat napisano na świecie i w Polsce, nie ma powodu tu tego powtarzać. Jest faktem, że ten młody człowiek dokonał rzeczy we francuskiej polityce uchodzącej za niemożliwą, przychodząc spoza systemu partyjnego, a zdobywając szturmem i Pałac Elizejski, i Pałac Burboński (siedzibę Zgromadzenia Narodowego), zarazem przełamując niewzruszony – wydawałoby się – podział lewica–prawica. Ugrupowanie nowego prezydenta usytuowało się w środku sceny parlamentarnej i już chociażby z tego powodu uczyniło wszelką opozycję wewnętrznie niespójną, a więc o tyleż mniej skuteczną.

Po drugiej turze wyborów do Zgromadzenia Narodowego powszechnie notuje się zaskoczenie relatywnie małą skalą sukcesu partii prezydenckiej

Istotnie, Macron dokonał rzeczy niezwykłej, ale czy z tego wynika, że jego rządy, teraz już mające oparcie w solidnej większości parlamentarnej, zapowiadają się rzeczywiście jako przełomowe? Czy te rządy zapowiadają znalezienie narzędzia politycznego, którego na próżno poszukiwali wszyscy poprzednicy młodego prezydenta od czasów Giscarda d’Estaing, a które pozwoli przełamać blokady dotąd ryglujące rozwiązanie wielu narosłych przez lata problemów? Moim zdaniem taki wniosek byłby nieuprawniony. Nie wiemy – naturalnie – czym jeszcze zaskoczy nas prezydent Macron, ale dziś, oceniając jego spektakularną operację zdobycia władzy na zimno, trzeba w niej zauważyć niemało elementów PR-owskiej reżyserii, jeśli nie zgoła przewagę tych elementów nad materią czystej polityki.

Entuzjazm podszyty nieufnością

Już podczas wyborów prezydenckich zauważono, że niekłamanemu entuzjazmowi – nazywano to zjawisko: Macromanie – pewnej części elektoratu towarzyszy dystans innych jego części. Jeden z sondaży przeprowadzonych w dniu drugiej tury, przecież zwycięskiej dla kandydata Macrona, mówił, że 40 proc. jego wyborców oddało na niego głos przede wszystkim ze strachu przed  Marine Le Pen, a z kolei w innym sondażu zaraz po wyborach 60 proc. Francuzów wyrażało pogląd, że nie chcą, żeby Macron miał „swoją” większość parlamentarną. Wprawdzie na fali sukcesu prezydenckiego także partia prezydencka zaczęła gwałtownie rosnąć w sondażach, ale powyższe liczby coś mówią i nie powinny być łatwo zapomniane. Jeszcze do nich powrócę.

Gdyby ktoś chciał dowodu na to, że w polityce Macrona jest sporo politycznego teatru, niech spojrzy na problem moralności publicznej. Macron na tym haśle zbudował niemałą część swojej kampanii, zresztą wydaje się, że nie wygrałby tych wyborów, gdyby nie potężne kłopoty – właśnie tego rodzaju – kandydata Republikanów Françoisa Fillona. Macron zapowiadał, że zaraz po wyborach prezydenckich przystąpi do budowania ustawowej zapory dla nieuczciwych praktyk w życiu publicznym i taką próbę rzeczywiście podjął. Pierwszy projekt ustawy, który stanął na posiedzeniu Rady Ministrów, nosił nazwę ustawy o „umoralnieniu życia politycznego”, a dotyczył głównie minimalizowania sytuacji konfliktu interesów, na jakie mogą być narażeni politycy. Wszelako jeszcze przed wyborami parlamentarnymi prasa ujawniła nazwiska dwóch ministrów, którzy są podejrzani o niemoralne praktyki: jeden z partii Macrona – Richard Ferrand – na styku polityki i biznesu, drugi z partii sojuszniczej – François Bayrou, zresztą, co dodaje sprawie pikanterii, minister sprawiedliwości – w zakresie finansowania posłów do Parlamentu Europejskiego. Korzystając z okazji rutynowej dymisji rządu po wyborach parlamentarnych, prezydent najpierw skłonił Richarda Ferranda do odejścia z rządu, dając mu w zamian wpływowe stanowisko szefa klubu parlamentarnego La République en Marche w Zgromadzeniu Narodowym, a następnie odeszli ministrowie z partii Modem (MouvementDémocratique) kierowanej przez Bayrou: Sylvie Goulard (obrona), Marielle de Sarnez (sprawy europejskie) i sam Bayrou. Szef Modem-u zaprzecza oskarżeniom, ale – jak dotąd – wydaje się, że fakty nie przemawiają na jego korzyść. Wizerunek rządu już został nadszarpnięty, chodziło jedynie o to, by ten proces nie posuwał się dalej.

Jeden z sondaży przeprowadzonych w dniu drugiej tury mówił, że 40 proc. wyborców Macrona oddało na niego głos przede wszystkim ze strachu przed Marine Le Pen

Co się tyczy samej ustawy, to jej pierwotne ambitne plany zostały mocno ograniczone, a nawet wycofano się z – przyznajmy – pretensjonalnej nazwy. Teraz nazywa się ona ustawą „na rzecz zaufania do naszego życia demokratycznego”. Wszystko to razem pokazuje, że dużo łatwiej zapowiadać głęboką zmianę obyczajów politycznych, niż rzeczywiście złe obyczaje wykorzenić, choćby tylko zaczynając od własnego dobrego przykładu w tej materii.

Drugi najważniejszy projekt rządu Macrona, którego premierem jest Edouard Philippe, to reforma kodeksu pracy – jego znaczne uelastycznienie. Macron zaczął tę reformę jako minister gospodarki w socjalistycznym rządzie, teraz chce doprowadzić rzecz do końca. Sprawa jest diablo trudna, bo związki zawodowe są wielu z proponowanych zmian pryncypialnie przeciwne i już zapowiadają protesty. Prezydent jeszcze w kampanii wyborczej anonsował, że reformę tę przeprowadzi za pomocą rozporządzenia z mocą ustawy i tego pomysłu się trzyma. Jeśli mu się uda, będzie to pierwszy poważny dowód na realne istnienie czegoś takiego jak metoda Macrona, służąca do czegoś więcej niż tylko polityczne sztuczki. Z oceną trzeba wstrzymać się do jesieni.

II tura: demokratyczna korekta

Po drugiej turze wyborów do Zgromadzenia Narodowego powszechnie notuje się zaskoczenie relatywnie małą skalą sukcesu partii prezydenckiej. Owszem, sukces jest, partia zdobyła samodzielnie większość parlamentarną, ale jej „urobek” w okolicach 310 mandatów (a 350 razem z sojuszniczą partią François Bayrou) to relatywnie mało w porównaniu z zapowiadanym po pierwszej turze sukcesem rzędu 450 mandatów.

Tu przypominają się sondaże z 7 maja i tuż po, które wskazywały, że ogół wyborców odnosi się do nowego prezydenta mało entuzjastycznie. Wprawdzie nie stało się tak, jak miesiąc temu chciało 60 proc. wyborców, to znaczy Emmanuel Macron jednak ma solidną większość, ale pomiędzy pierwszą a drugą turą tych wyborów stało się coś, co można by nazwać demokratyczna korektą. Zanosiło się na quasi-monopol polityczny obozu Macrona, a wyborcy na tę perspektywę powiedzieli „co za dużo, to niezdrowo” i – jak gdyby – wycofali się z zamiaru obdarzenia go większością, która sprowadzałaby opozycję do rozmiarów symbolicznych. W rzeczywistości opozycja jest słaba i podzielona, ale nie jest symboliczna. Wyborcy jak gdyby powiedzieli: ten młody człowiek jest nader oryginalny, dużo obiecuje, trzeba mu dać szansę, ale zarazem trzeba mu patrzeć na ręce.

Innym wyrazem ograniczonego zaufania do nowej władzy, ale i w ogóle do polityki, jest frekwencja najniższa w historii V Republiki: tylko 43 proc. wyborów poszło 18 czerwca do urn. Owszem, trzeba pamiętać, że w wyborach prezydenckich na przełomie kwietnia i maja frekwencja wyniosła 77 i 75 proc., a część z tych, którzy pozostali przy kolejnych wyborach w domu, uczyniła tak w przekonaniu, że sprawy zasadnicze zostały już rozstrzygnięte. A jednak takie następstwo czasowe, czyli wybory do Zgromadzenia Narodowego zaraz po wyborach prezydenckich, nie jest niczym nowym, zaś frekwencja jest obecnie znacznie niższa niż w 2002, 2007 i 2012 r. Jakiś problem więc jest i częściowo jest to problem ograniczonego zaufania do nowego obozu politycznego, który tak niespodziewanie wygrał wszystko. Czy wygra przyszłość, to znaczy, czy zacznie rozwiązywać najważniejsze problemy, których nie potrafiły rozwiązać kolejne lewicowe i prawicowe rządy od kilkudziesięciu lat? Tego nie wiemy.

Jeśli Macronowi się uda, zostanie z pewnością okrzyknięty człowiekiem opatrznościowym

Wiemy jednak, jakie to problemy. Wysokie bezrobocie, deficyt finansów publicznych, niemoc Unii Europejskiej, której Francja – rzekomo – jest jednym z silników, niski poziom bezpieczeństwa publicznego, groźba katastrofy ekologicznej, załamanie systemu edukacji, problemy masowej imigracji, która w niepokojąco wysokim stopniu nie integruje się, tworząc swoiste getta i – jak się mówi słusznie, ale politycznie niepoprawnie – „zagubione terytoria Republiki”. Wszystkie te problemy zaczęły się w dobie Giscarda d’Estaing, nie potrafili ich rozwiązać wszyscy kolejni prezydenci i ich rządy, mimo że instytucje polityczne V Republiki raczej temu sprzyjały.

Jak na razie zachęcająco wypadły zagraniczne występy nowego prezydenta (szczyt NATO, szczyt G-7) oraz jego udział w posiedzeniu Rady Europejskiej 22 i 23 czerwca. Światowe reakcje na te pierwsze kroki pokazują, jak wielkie są oczekiwania wobec Francji i jak wielki jest głód „nowej jakości” w polityce Francji w świecie i w Unii Europejskiej.

Jeśli Macronowi się uda, zostanie z pewnością okrzyknięty człowiekiem opatrznościowym. Może dobrą wróżbą dla nowego prezydenta jest fakt, że zdobył „swoją” większość parlamentarną w dniu 18 czerwca – tak symbolicznym dla drogi politycznej generała de Gaulle’a? A może to tylko zwykły zbieg okoliczności?