Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

„Drugi totalitaryzm” vs „opiekuńcza dyktatura”

IPN zyskuje na znaczeniu – tymczasem mnożą się znaki, że jego niemiecki odpowiednik przejdzie po 2019 roku w stan faktycznej likwidacji. Jak Urząd Gaucka wpłynął na postrzeganie NRD przez Niemców?

Podczas gdy w Polsce Instytut Pamięci Narodowej z roku na rok zyskuje coraz silniejszą pozycję we współczesnej polityce historycznej, jego odpowiednik w Niemczech właśnie dzięki polityce sam przechodzi do współczesnej historii. Od pięciu lat mnożą się bowiem na politycznym niebie Berlina znaki, iż kierowana przez Rolanda Jahna Gauck-Behörde przejdzie po 2019 roku w stan faktycznej likwidacji. Straci status osobnego urzędu najwyższego szczebla, zamknie 7-8 regionalnych filii (z dotychczasowych dwunastu), zaś eksponowane na terenie dawnej NRD personalne i materialne zasoby podporządkuje niespektakularnemu zgoła Archiwum Federalnemu, zarządzanemu z odległej, nadreńskiej Koblencji.

Na tym nie koniec: radykalnemu ograniczeniu ma zostać poddany także dział naukowy (jego dominująca do tej pory funkcja ma zostać zredukowana do niewiążących „badań źródłowych”), zaś dział edukacyjny, będący jego uzupełnieniem, będzie musiał zadowolić się znacznie mniejszą niż do tej pory obsadą personalną i techniczną. Utworzony w 1990 r. jeszcze przez rząd dogasającej ustrojowo NRD jeden z pierwszych organów polityczno-edukacyjnej transformacji sam staje się obecnie jej późną “ofiarą” – z tą wszak istotną różnicą, iz postenerdowska rewolucja nie pożera swoich dzieci, lecz przenosi je po 30 latach w stan zaslużonego spoczynku.

Głównym aktorom nurtu „polityki pamięci” z pewnością nie chodziło o naukowe ujęcie NRD. Ich projekt miał charakter obywatelski: forsował zręby społeczeństwa otwartego, fundował wiarę w zasadność reguł parlamentarnej demokracji, torował ścieżki politycznej edukacji, pozbawionej nagle partyjnego nadzoru

 

Antykomunistyczny licznik Geigera

Polityczny zamysł inicjatorów „rekonstrukcji” (do których należą posłowie zarówno chadeccy jak i socjaldemokratyczni) jest dość oczywisty: ma ona na celu normalizację obrazu współczesnej wschodnioniemieckiej historii, zdjęcie z niej odium „dyktatury” i „bezprawia” (które to, zwłaszcza we wczesnych latach 90., zachęcało do – politycznie chwytliwego – zrównywania NRD z Trzecią Rzeszą), na koniec zaś – stworzenie takiej oferty wspólnej postzjednoczeniowej tożsamości, w której dawna i współczesna identyfikacja z NRD nie będą już stanowić przeszkody w integracji. 30 lat po bezkrwawej rewolucji, której początek miał miejsce na ulicach Lipska, ustawodawca jest przekonany, że „stopień napromieniowania” Wschodnich Niemiec aktywnością totalitarną jest zerowy. Dlatego instytucja, zbudowana pierwotnie jako antykomunistyczny licznik Geigera, podlega faktycznej likwidacji.

Koniec Urzędu Gaucka w jego dotychczasowej postaci to także finał tego etapu pozjednoczeniowej polityki historycznej, którego inicjatorami były ruchy obywatelskie i opozycyjne NRD póznych lat 80. To właśnie ich spektakularnemu szturmowi na centralę Stasi na berlińskiej Normannenstraße w dniu 15 stycznia 1990 roku (i wcześniejszym zajęciom regionalnych central w Lipsku, Rostoku, Suhl i Erfurcie w dniu 4 grudnia 1989 r.) należy zawdzięczać zabezpieczenie i ocalenie reszty niszczonej już gorączkowo od tygodni dokumentacji.

Stojące do tamtej pory często w cieniu (protestanckiego) Kościoła grupy dysydenckie przejęły w ten sposób kontrolę nad znienawidzoną organizacją, zaś niecały rok później – 4 października 1990 r. – to właśnie jeden z uczestników ruchów protestacyjnych, ewangelicki pastor z Rostocku, objął kierownictwo instytucji, której zjednoczeniowy parlament powierzył czuwanie nad „radioaktywną” jeszcze przeszłością najistotniejszej organizacji dopiero co bezkrwawo zdemontowanego wschodnioniemieckiego państwa.

 

Nurt „pamięci” i „rewizjonizmu”

Zarówno z cech społecznych i biograficznych kierownictwa Urzędu, z warunków jego powstania jak i z nadanych mu przez Bundestag uprawnień wynikało jasno, czym Urząd Gaucka będzie: organem kontrolno-badawczo-oświatowym, przy czym akcenty tej triady rozkładały się stosunkowo równomiernie. Było wszak od samego początku równie jasne, czym nie będzie: mianowicie instytucją, która niemal monopolistycznie posiądzie stosowne zbiory i – wyposażona w tę materialno-archiwalną broń dalekiego zasięgu – będzie mogła uzurpować sobie prawo do wyłącznosci kształtowania obrazu najnowszej historii w wyrazisty, antykomunistyczny sposób.

Motorem napędowym „rewizjonistów” było uczucie poznawczego niedosytu, jaki towarzyszył lekturze dzieł konkurencji, która nagminnie szermowała pojęciami „totalitaryzmu”, „stalinizmu”, „sowietyzmu”, „dyktatury”, „bezprawia”, „ucisku” i „satelickości”, odmawiając w ten sposób minionej państwowości atrybutów, z którymi czytelnik mógłby pozytywnie łączyć własną biografię

Takie usytuowanie Urzędu Gaucka na granicy polityki historycznej i badań naukowych przypomina o fakcie, że o najnowszą wschodnioniemiecką przeszłość ścierają się od 30 już lat dwa obozy. Pierwszy z nich, wywodzący się własnie z dysydenckich i obywatelskich ruchów NRD, bez trudu można zakwalifikować jako nurt „polityki pamięci”. Drugi z kolei, usytuowany zazwyczaj w instytucjach badawczych i zdominowany przez historyków, politologów i socjologów pochodzących z Zachodnich Niemiec, przyjdzie nam opisać jako nurt „rewizjonistyczny”.

Głównym aktorom nurtu „polityki pamięci” z pewnością nie chodziło o naukowe ujęcie NRD. Ich projekt miał charakter obywatelski: forsował zręby społeczeństwa otwartego, fundował wiarę w zasadność reguł parlamentarnej demokracji, torował ścieżki politycznej edukacji, pozbawionej nagle partyjnego nadzoru. Z oczywistych względów jego edukacyjne zabiegi miały wyrazisty antytotalitarny charakter. Dlatego do podstawowych zasobów nurtu „pamięci” należą właśnie wyraziste środki propagandowo-agitacyjne: obraz „demokracji” w jego wydaniu zawiera w sobie konieczność zdecydowanego „obrachunku z przeszlością”, „przełamania” monopolu SED na historyczno-społeczne konstrukcje, ich intelektualny „demontaż”, „demaskowanie” załganych przekazów, „ujawnienie” zatartych i zepchniętych na margines prawd politycznych.

W ten właśnie nurt wpisują się (zwłaszcza wczesne) publikacje Urzędu Gaucka: naświetlają one historię i strukturę wschodnioniemieckiej opozycji z punktu widzenia centrali Stasi na Normannenstraße. Ich differentia specifica wobec spokrewnionych publikacji tkwi w tym, że autorzy Urzędu prezentują dobrze ugruntowane pozycje naukowe – napisane wszak żywym, wartkim, często też niepozbawionym empatii językiem, co – pod względem formy – zbliża je do publicystyki.

Do wspomnianego nurtu należy także duża grupa wschodnioniemieckich autorów (zwłaszcza publicystów) lat 90. Należą do niej m.in. Markus Meckel, Martin Gutzeit, Stephan Hilsberg, Jens Reich, Bärbel Bohley, Friedrich Schorlemmer, Rainer Eppelmann i Ehrhart Neubert. W przekazie omawianego nurtu dominuje właśnie polityczna publicystyka: w ramach specyficznie pojętej „protestanckiej rewolucji” (pojęcie o tyle uzasadnione, iż główni aktorzy wywodzili się ze środowisk pastorskich) traktowali oni (najnowszą) historię jako polityczną broń, ktorej należało użyć dla ugruntowania demokracji w kraju zdominowanym przez dwudziestowieczne totalitaryzmy.

 

Nie tylko dysydenci

Publicystyczny sukces nurtu “pamięci” (z nim zaś także Urzędu Gaucka) okazał się wszelako połowiczny i trwał jedynie w latach 1989-1992: pozostał równoległy do pierwotnej euforii zjednoczeniowo-kapitalistycznej, której zapaść zanotowano juz dwa lata po przystąpieniu NRD do Republiki Federalnej. Na wzięciu straciły wówczas główne organy „pamięciowe”, zwłaszcza zaś wydawnictwo BasisDruck i ukazujący się w nim (1990-1992) tygodnik „Die Andere”, ale i współpracujące z Urzędem Gaucka wydawnictwo Christoph Links Verlag.

Sama zapaść była oczywiście przewidywalna: w obliczu masowej likwidacji zakładów, zamykania instytucji i uczelni, redukcji miejsc pracy w administracji i gigantycznego bezrobocia (1991 – milion bezrobotnych; 1992 – 1,28 mln; 1996 – 1,31 mln; 1998 – 1,53 mln; 2003 – 1,62 mln; wszystko to w odniesieniu do około 14 mln mieszkańców wyludniających się Wschodnich Niemiec), pierwotny optymizm polityczny ustąpił miejsca długoletniej socjalnej i ekonomicznej destabilizacji.

Dlatego to właśnie apogeum bezrobocia stanowi moment przełomowy dla nowej prezentacji wschodnioniemieckiej historii. Nurt „rewizjonistyczny”, o którym tutaj będzie mowa, narodził się pózniej niż jego „pamięciowy” brat – i przyszedł na świat ewidentnie poza Urzędem. Motorem napędowym „rewizjonistów” było uczucie poznawczego niedosytu, jaki towarzyszył lekturze dzieł konkurencji, która nagminnie szermowała pojęciami „totalitaryzmu”, „stalinizmu”, „sowietyzmu”, „dyktatury”, „bezprawia”, „ucisku” i „satelickości”, odmawiając w ten sposób minionej państwowości atrybutów, z którymi czytelnik mógłby pozytywnie łączyć własną biografię.

Poznawczy niedosyt pojawiał się również tam, gdzie chodziło o wybory ściśle tematyczne: mur berliński, opozycja, dysydenci, więzienia, ucieczki, kościoły i samizdat stanowiły – w rozumieniu większości tak czytelników jak i krytyków – radykalne zawężenie obrazu NRD-owskiej codzienności, jego uproszczenie do czarno-białej konwencji narracyjnej o „ucisku i oporze”, wreszcie faktyczne przekreślenie możliwości identyfikacji z własną przeszłością.

W przekroju diachronicznym historia NRD okazywała się nie mieć nic wspólnego z imputowanym przez konkurencję monolitem, zaś w synchronicznym – zyskiwała na barwności i narracyjnej głębi, kiedy „rewizjoniści” prezentowali ją na szerokim tle zróżnicowanego „Ostblocku”

Dla kompleksowej prezentacji najnowszej wschodnioniemieckiej historii zbawienny okazał się fakt, że badania nad tą ostatnią nigdy nie zostały skoncentrowane w jednej instytucji, lecz – zgodnie z federalnym charakterem Republiki – rozłożone na kilka takowych, przy czym żadna nie uzyskała w tej dziedzinie monopolu. Na czoło wybijają się trzy: Zentrum für Zeithistorische Forschung w Poczdamie, berlińska filia monachijskiego Institut für Zeitgeschichte, wreszcie Hannah-Arendt-Institut für Totalitarismusforschung w Dreźnie. To własnie z ich kręgu wyszły na przełomie stuleci publikacje, które – nie banalizując politycznego charakteru NRD – radykalnie przełamały dotychczasową dominację „pamięci” i jej centralnej kategorii: „totalitaryzmu”.

 

Zupełnie normalne życie

Zwłaszcza ta ostatnia stanowiła dla badaczy historii NRD wyjątkowe wyzwanie. W warunkach zjednoczenia bowiem pojęcie „totalitaryzmu”, przeniesione na grunt Wschodnich Niemiec, oznaczało niemal automatyczne zrównywanie tych ostatnich z państwem Hitlera – tym konsekwentniej, im silniejsze w danym przypadku były motywacje polityki historycznej i „pamięciowej”. W publicystyce historycznej schyłku lat 90. królowała retoryka nawiązujaca do „zweite deutsche Diktatur” („drugiej niemieckiej dyktatury”) jako mikrokopii Trzeciej Rzeszy, zaś „argument” mówiący o „czerwonym Holokauście” stał się szlagierem publicystycznej prawicy. Pragnąc zatem wyjść z publicystyczno-historycznej pułapki, „rewizjoniści” musieli najpierw podważyć zasadność stosowania samej teorii totalitaryzmu dla ujęcia całości NRD-owskich realiów, przy czym nieistotnym było, czy są to teorie starszej (Carl J. Friedrich, Hannah Arendt) czy nieco młodszej daty (Richard Löwenthal, Karl Dietrich Bracher, Juan J. Linz).

Efektem tych usiłowań było po pierwsze silne uhistorycznienie samej kategorii „totalitaryzmu”, który – w wyrazistej odmienności od przekazu forsowanego przez IPN – w rozumieniu „rewizjonistów” dobiegł końca wraz ze śmiercią Stalina; po drugie zaś – istotne zróżnicowanie wewnętrzne historycznego obrazu NRD, który z kolei począł łączyć elementy historii strukturalnej (skoncentrowanej zazwyczaj na opisach mechanizmów funkcjonowania władzy) z historią codzienności (nierzadko integrujacą z kolei narracje tzw. oral history). W przekroju diachronicznym historia NRD okazywała się nie mieć nic wspólnego z imputowanym przez konkurencję monolitem, zaś w synchronicznym – zyskiwała na barwności i narracyjnej głębi, kiedy „rewizjoniści” prezentowali ją na szerokim tle zróżnicowanego „Ostblocku”. Sztandarowymi dziełami tego nurtu pozostają do dzisiaj „Verletztes Gedächtnis. Erinnerungskultur und Zeitgeschichte im Konflikt” („Zraniona pamięć. Kultura pamięci i historia współczesnosci w starciu”, red. Konrad H. Jarausch i Martin Sabrow, 2002), „Ein ganz normales Leben. Alltag und Gesellschaft in der DDR“ („Zupełnie normalne życie. Codzienność i społeczeństwo w NRD“, Mary Fulbrook, 2008), „Arbeiter im ‘Arbeiterstaat’ DDR. Deutsche Traditionen, sowjetisches Modell und westliches Magnetfeld“ („Robotnicy w «państwie robotnikow» NRD. Niemieckie tradycje, radziecki wzorzec i zachodnie pole przyciągania”, Christoph Kleßmann, 2007) i „Kulturgeschichte der DDR” („Historia kultury NRD“, Gerd Dietrich, 2018).

Nadszprewski odpowiednik IPN-u odnosi znaczny sukces jako (pracująca na zaciągniętym przez suwerena hamulcu) instytucja lustracyjno-kontrolna – i musi równocześnie ustąpić pola konkurencji w kwestii „obrachunku z dyktaturą”; cieszy się niepodzielnym od 29 lat uznaniem jako sumienny archiwista – i doznaje porażki przy zbyt forsownej „antytotalitarnej” edukacji w czasach wczesnej transformacji

Sukces, jaki odniósł nurt „historiograficzny”, jest tym większy, im wyrazistsze będzie porównanie jego obrazu NRD z tym, ktory stanowi zrąb narracji o PRL: pod presją argumentów tego nurtu zaprzestano mówienia o Wschodnich Niemczech jako „totalitarnej dyktaturze” w całym okresie jej istnienia. Dzisiaj pojęcia „totalitaryzmu” używa się zazwyczaj dla określenia pierwszego powojennego 10-lecia; epoka pózniejsza ujmowana jest standardowo jako „autorytaryzm”. Rezygnacja z „totalitarystycznego” podejścia pozwala z kolei porzucić czarno-białe narracje „ucisku i oporu” i skoncentrować się na kwestii ciągłości i zmiany, jakie charakteryzowały poszczególne etapy NRD-owskiego istnienia. Pozwoliła ona też bardziej wyraziście niż do tej pory wyodrębnić poszczególne cechy systemu, które stanowiły o tym, że znakomita większość jego obywateli mogła sie w nim zaadaptować, częściowo także – zaakceptować go, co szczególnie dobrze uwydatniają dzieła opisujące NRD-owską codzienność, przebiegającą poza wąskimi ścieżynkami “dysydencji” i “afirmacji”.

 

Gorzkie zwycięstwo 

To kompleksowe, wielowarstwowe i niepozbawione wewnetrznych sprzeczności istnienie zamyka się ostatnio w paradoksalnym neologizmie „opiekuńczej dyktatury” („Fürsorgediktatur”, Konrad H. Jarausch). Okazuje się ono przydatne w rozwarstwianiu zakładanego wcześniej „dyktatorskiego monolitu”, ale ma jeszcze jedną zaletę: stwarza znacznie większe szanse odnalezienia się (ba: utożsamienia) byłych obywateli NRD z obrazem ich minionego świata. Jeśli istnieje bowiem możliwość zabliźnienia psychicznych ran, jakie wschodnioniemieckiej tożsamości zostały zadane, to droga prowadzi własnie tędy: przez precyzyjny, jak najbardziej odideologizowany opis przeszłości, która nie stanowi wprawdzie wzorca państwa prawa, ale której równie daleko do noszenia na czole znamienia Kaina.

Na tle długotrwałej konkurencji „rewizjonizmu” z nurtem „pamięci”, do którego należy także Urząd Gaucka, historia tego ostatniego wypada przeto wielce ambiwaletnie. Nie jest też wolna od zastanawiających paradoksów: nadszprewski odpowiednik IPN-u odnosi znaczny sukces jako (pracująca na zaciągniętym przez suwerena hamulcu) instytucja lustracyjno-kontrolna – i musi równocześnie ustąpić pola konkurencji w kwestii „obrachunku z dyktaturą”; cieszy się niepodzielnym od 29 lat uznaniem jako sumienny archiwista – i doznaje porażki przy zbyt forsownej „antytotalitarnej” edukacji w czasach wczesnej transformacji; jest współautorem obywatelskiego projektu przejścia z autorytaryzmu do demokracji – i przegrywa na koniec walkę o tenże projekt (rozumiany wpółcześnie jako rejestr zaprzepaszczonych przez transformację szans społecznych), bo dzisiaj prym wiedzie w nim lewicowa spadkobierczyni enerdowskiej SED. W walce o interpretacyjną dominację używa języka, ktory wywodzi się biograficznie i społecznie ze Wschodnich Niemiec – ale przychodzi mu uznać pierwszeństwo przekazu ufundowanego na zachodnioniemieckiej retoryce.

Być może właśnie medialna wstrzemięźliwość w autoprezentacji i polityczna rzeczowość w działaniu stanowią o tym, że faktycznej dekonstrukcji Urzędu nie towarzyszą rozhuśtane emocje, zaś jego podporządkowanie Archiwum Federalnemu nie napotyka na istotne opory

W jednym wszak Gauck-Behörde pozostała sobie wierna: bez względu na to, czy na dyrektorskim fotelu zasiadał protestancki ex-pastor Joachim Gauck, liberalno-lewicowa ex-minister Marianne Birthler czy rygorystyczny antykomunista Roland Jahn, Urząd nie był stroną w sporach o zasadność ustawy lustracyjnej, zaś jego czołowi pracownicy okazywali przez lata wyjatkową medialną wstrzemięzliwość wobec uczestnictwa w debatach na ten temat. W centrum publicznej uwagi stali nie oni, lecz ich produkty: publikacje, filmy, wystawy, portale, rejestry, archiwa. Ten styl działania – zaangażowany, ale rzeczowy; nie szukający “zwarcia”, lecz otwarty na debaty – stanowił o ciągłości instytucji, nadawał jej – charakterystyczny zwłaszcza dla niemieckiego protestantyzmu – rys powściągliwości i pracy.

Być może właśnie medialna wstrzemięźliwość w autoprezentacji i polityczna rzeczowość w działaniu stanowią o tym, że faktycznej dekonstrukcji Urzędu nie towarzyszą rozhuśtane emocje, zaś jego podporządkowanie Archiwum Federalnemu nie napotyka na istotne opory. Przekonanie o tym, że swoją istotną funkcje juz spełnił, jest dzisiaj powszechne – także dlatego, że przez 30 lat swojego istnienia nie stał się narzędziem politycznej dezintegracji.

stały współpracownik NK, germanista i historyk, studiował w Berlinie i we Wrocławiu. W przeszłości członek redakcji czasopism „CONstructiv” i „Junge Freiheit”. Specjalizuje się w historii Trzeciej Rzeszy i kulturze NRD. Miłośnik Bayernu Monachium, broni strzeleckiej i prozy Andrzeja Kuśniewicza.

Komentarze

3 odpowiedzi na “„Drugi totalitaryzm” vs „opiekuńcza dyktatura””

  1. Marcin pisze:

    Jak zawsze Pana artykuł jest świadectwem rzadkiej w naszej publicystyce krajowej merytoryki i gładkiego pióra, umiejętnie potrafiącego odpowiednie dać rzeczy słowo.
    Co do meritum pozostaje jedynie ubolewać nad przepaścią z jaką Niemcy traktują historię NRD poprzez dążenie do prawdy historycznej i wyciągnięcia pożytków dla obecnego społeczeństwa , a powszechnym u nas demonizowaniem historii PRL. Jako przykład podam, że uczestnicząc w spotkaniu z Tadeuszem Płużańskim nie wytrzymałem, gdy tenże stwierdził, iż w PRL nota bene traktowanym przez niego łącznie i bez żadnych różnic (niezależnie czy są to lata bermanowskie, gomułkowskie, gierkowskie etc. ), przedsiębiorstwa, handel, banki i tak dalej nie były polskie, tylko działały na rzecz Moskwy. Zarzuciłem mu, że uprawia prymitywną propagandę. Uważam, że IPN prowadzi szkodliwą działalność ahistoryczną w służbie aktualnej przewodniej sile politycznej i jestem wręcz za jego likwidacją.

  2. ziggi pisze:

    Znakomity tekst – brawa dla autora!

  3. AntoniDudek pisze:

    Bardzo interesujący artykuł. Mam tylko jedną uwagę: w IPN toczył się przez lata spór, czy cały okres PRL można nazwać totalitaryzmem. Prowadziłem w tej sprawie dyskusje m.in. z podzielającym ten pogląd Januszem Kurtyką. Dziś znów dominuje tam pogląd Kutyki, ale jest tam wielu znakomitych historyków młodszego pokolenia, którzy uważają, że po 1956 nie można mówić o PRL jako o państwie totalitarnym. Osobiście ten okres nazywam autorytaryzmem o tendencji totalitarnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz