Dlaczego Chiny nie wygrywają wojny ideologicznej z USA?

Nadal nie doczekaliśmy się ze strony Państwa Środka żadnej uniwersalnej doktryny, ważnych manifestów programowych czy chociaż otwartego zanegowania promowanych przez Zachód wartości

Nadal nie doczekaliśmy się ze strony Państwa Środka żadnej uniwersalnej doktryny, ważnych manifestów programowych czy chociaż otwartego zanegowania promowanych przez Zachód wartości.

W 1990 r. John Williamson po raz pierwszy użył sformułowania „Konsensus Waszyngtoński”. Analizując politykę gospodarczą państw Ameryki Łacińskiej, wyróżnił dziesięć zasad, które zostały im narzucone przez instytucje mniej lub bardziej zdominowane przez Stany Zjednoczone. Pośród nich znajdowały się m.in. dyscyplina fiskalna, liberalizacja handlu, prywatyzacja czy ochrona własności prywatn

W związku z trwającymi transformacjami w dawnym bloku wschodnim, również przebiegającymi wedle wymienionych reguł, określenie zrobiło zawrotną karierę. Przestało być wyłącznie terminem ekonomicznym, stało się pojemniejsze. Obok neoliberalnego członu ekonomicznego pojawił się polityczny, bazujący na zasadach liberalnej demokracj

Wypatrując alternatywy

Na początku ubiegłej dekady, w związku z coraz bardziej widocznym wzrostem znaczenia Chin połączonym z zaniepokojeniem przyszłością amerykańskiej dominacji, zaczęły się pojawiać głosy, że oto wyłania się nowy, bardziej praktyczny model rozwoju. W 2004 r. Joshua Cooper Ramo opublikował artykuł „The Beijing Consensus”. Wyrażał w nim przekonanie, iż Konsensus Waszyngtoński skompromitował się, zaś remedium na jego wady krystalizuje się właśnie w Pekinie.

„Konsensus pekiński” miałby się opierać na trzech filarach – innowacyjności i permanentnym eksperymentowaniu, zrównoważonym rozwoju gospodarczym oraz współpracy państw rozwijających się w celu zapewnienia sobie suwerenności w prowadzonej polityce gospodarczej. Idea była o tyle ciekawa, ile nieprzystająca do rzeczywistości, przez co została poddana ostrej krytyce. Mimo to, podobnie jak waszyngtoński odpowiednik, „konsensus pekiński” stał się określeniem, które zrobiło karierę w pewnym oderwaniu od swojego znaczenia.

Z pewną regularnością w mediach zachodnich pojawiają się alarmistyczne artykuły, prorokujące powstanie atrakcyjnej konkurencji dla liberalnej demokracji, którą symbolizuje – generalizując – połączenie swobód gospodarczych i politycznych. Są one potęgowane poprzez kolejne pokazy chińskiej siły i przejawy gospodarczego, politycznego i tożsamościowego kryzysu świata Zachodu. Można odnieść wrażenie, iż ponad dwadzieścia lat po zakończeniu zimnej wojny doczekaliśmy się nowego sporu o model rozwoju, przywołującego globalną rywalizację ideologiczną, z którą już niegdyś mieliśmy do czynienia.

Wbrew tym alarmom nadal nie doczekaliśmy się jednak żadnej uniwersalnej doktryny, ważnych manifestów programowych czy chociaż otwartego zanegowania promowanych przez Zachód wartości. Instytuty Konfucjusza popularyzujące kulturę i język powstają na całym świecie, lecz jednak nie da się ich porównać z magnetyzmem, który rozbudzali swego czasu Sowieci. Czemu Chińczycy przegrywają w ideologicznej konkurencji? A może należy zadać pytanie: czy w ogóle do niej przystąpili?

Pekin nie chce zbawiać świata       

Chiny nie rzucają rękawicy Stanom Zjednoczonym na polu ideologicznym z kilku powodów. Po pierwsze, do przemian gospodarczych muszą dostosowywać propagandę na użytek wewnętrzny. Odchodzenie od zasad gospodarki socjalistycznej, wzrost znaczenia klasy średniej, powstanie klasy bogatych partyjnych dygnitarzy czy powstanie potężnych kanałów komunikacji internetowej – wszystko to sprawia, że zmieniają się relacje pomiędzy rządzącymi a rządzonymi.

Jak wspomina Lee Kuan Yew, pierwszy i wieloletni przywódca niepodległego Singapuru, którego pekińscy komuniści nadzwyczaj chętnie się radzili: rządzący Chinami chcieliby zachować scentralizowaną władzę, ale mają świadomość, że muszą się w tym celu zmieniać. Stąd coraz częstsze pojawianie się w stosowanej retoryce wątków nacjonalistycznych – podsycanie antyjapońskich nastrojów, podniesienie kwestii spornych wysp na Morzu Południowochińskim itp. Jednak nacjonalizm sam w sobie nie jest żadną oryginalną lekcją, którą można przekazać innym narodom.

Zachodnie idee kształtowania ładu międzynarodowego, obejmowania w nim przywództwa, wreszcie tworzenia uniwersalistycznego wzorca osiągania dobrobytu są chińskiej tradycji politycznej genetycznie obce

Po drugie, obowiązująca w najludniejszym państwie świata dyktatura światopoglądowa może przechodzić większe przemiany, niż myślimy. Świadczy o tym choćby wspomniana skłonność do eksperymentów, w charakterystycznej dla tego regionu skali. Mark Leonard, który zgłębił współczesny chiński pejzaż intelektualny, opisuje starcie modeli Guangzhou i Chongquing.

Pierwsze z nich wprowadza szersze niż gdzie indziej elementy samorządności i liberalnego stosunku do handlu. Drugie (do niedawna pod panowaniem skazanego ostatnio Bo Xilaia) skupiło się na zdecydowanej walce z korupcją i podkreślaniu wartości maoistycznych. Przy tej skali „niezdecydowania” trudno o wypracowanie spójnego modelu. Skłonność do eksperymentów, która będzie się sprawdzać w ogromnych państwie, może się nie wydać dość kusząca mniejszym organizmom.

Po trzecie, Chińczycy realistycznie oceniają własne możliwości. W ferworze fascynacji wzrostem gospodarczym, imponującą rozbudową infrastruktury czy przyrostem klasy średniej, zapominamy, że nadal mamy do czynienia z państwem na dorobku. Pomimo znaczących osiągów, czasami przebijających osiągnięcia krajów rozwiniętych, Państwo Środka jest nadal beneficjentem pomocy rozwojowej, borykającym się z poważnymi problemami wewnętrznymi jak napięcia społeczne, duże zanieczyszczenie środowiska czy raczkująca polityka społeczna.

Pekin ma dość problemów z ich uporządkowaniem, aby aktywnie angażować się na skalę światową. Mało energicznie dążą Chińczycy do zwiększenia wpływu na globalne instytucje finansowe (tak ważne w Konsensusie Waszyngtońskim) i nie kwapią się do budowania własnych (pouczające są tu problemy przy stworzeniu wspólnego banku rozwojowego państw BRIC). Chętnie udzielają pomocy finansowej (np. państwom afrykańskim), lecz robią to bezpośrednio, za jasno określone przywileje, przede wszystkim w dziedzinie dostaw surowców.

Po czwarte, dotychczasowy brak zainteresowania Pekinu podjęciem otwartej rywalizacji o globalne przywództwo wiąże się poniekąd ze specyfiką tradycyjnej chińskiej myśli politycznej, przechodzącej obecnie swój renesans. Jest ona ściśle państwocentryczna, skupia się zwłaszcza na zapewnieniu krajowi dobrobytu i jak najbardziej harmonijnych warunków do rozwoju. Zachodnie idee kształtowania ładu międzynarodowego, obejmowania w nim przywództwa, wreszcie, tworzenia uniwersalistycznego wzorca osiągania dobrobytu są chińskiej tradycji politycznej genetycznie obce.

Widać to we wspomnianym sposobie inwestowania w państwach trzeciego świata, ale nie tylko. Zwraca uwagę szybkie zwiększanie wpływów w Azji Centralnej, połączone z relatywnie niewielkim zaangażowaniem w stabilizowanie sytuacji w Afganistanie. Dopóki nie stanie się ono dla Pekinu konieczne z uwagi na ochronę swoich interesów, nie będzie się on tym przejmował.

Z perspektywy naszego liberalno-demokratycznego świata trudno nam zrozumieć, że wzrastające mocarstwo nie stara się usprawiedliwiać swojej ekspansji za pomocą wzniosłych wartości, udając, że zbawi świat. Jak na razie Pekin nie objawił ambicji przejęcia pałeczki przywództwa od Waszyngtonu, wspominając raczej o „pokojowym wzroście” i konieczności potwierdzenia wielobiegunowości współczesnej areny międzynarodowej.

Lęk przed nieznanym

Perspektywa uformowania się nowego, przyciągającego ambitnych i rozwijających się całego świata modelu, nieopierającego się na swobodach, do których jesteśmy tak przyzwyczajeni, musi budzić lęk. Nowy konsensus, oparty na mocnych podstawach i grający na odpowiednich antyzachodnich resentymentach, mógłby się okazać niezwykle skuteczną bronią, o czym przekonuje historia zimnej wojny czy (w znacznie mniejszej skali) działalność islamistycznych organizacji terrorystycznych. Zastanawia jednak, czy na dłuższą metę brak takiej alternatywy nie staje się dla Zachodu impulsem do spoczęcia na laurach i powolnej deprawacji.

Kryzys gospodarczy połączony z dość zachowawczą i niezręczną polityką Stanów Zjednoczonych w ostatnich latach spowodował znaczne ubytki w sile oddziaływania Konsensusu Waszyngtońskiego, i tak niebędącego w najlepszej formie. Jednak, siłą rzeczy, na razie jest to wciąż dominujący konstrukt intelektualny.

Jednak nie zawsze tak musi być. Ewentualne kurczenie się wpływu Waszyngtonu na ład międzynarodowy spowoduje, że straci on swego gwaranta, nadającego również pewien wzorzec rozwojowy. Nastąpi wówczas krótszy lub dłuższy okres przejścia. A tych zawsze powinniśmy się obawiać.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 6/2013, 14–20 LISTOPADA, CENA: 0 ZŁ
Redaktor „Nowej Konfederacji”, doktorant na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Naukowo interesuje się teorią rewolucji i elitami, a także studiami strategicznymi. W wolnych od tego chwilach fascynuje się architekturą. Jeżeli zaś chodzi o sprawy naprawdę ważne, wybiera wołowinę, pikantne sery i dobre piwa.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz