Dawid i dwóch Goliatów

Aktualności,

Prezydentura Trumpa może okazać się dla Tajwanu bardziej brzemienna w skutkach niż tajpejskie elity sobie nawet w najczarniejszych scenariuszach wyobrażały

Chińskie spory terytorialne na Morzu Południowochińskim o archipelagi wysp sprawiły, że kwestia Tajwanu zeszła w ostatnich latach na drugi plan. Wraz z wyborem Donalda Trumpa na prezydenta USA to się jednak zmieniło. Dotychczasowy stosunek Waszyngtonu do Tajpej, ustalony pod koniec lat 70. za prezydentury Jimmy’ego Cartera, cechowała pewnego rodzaju hipokryzja. Stany Zjednoczone deklarowały poparcie dla demokracji na Tajwanie i sprzedawały mu broń dla obrony przed potężnym sąsiadem, jednocześnie trzymając się zasady „jednych Chin” (One China policy) i odmawiając uznania niepodległości wyspy. Relacje dyplomatyczne między Waszyngtonem a Tajpej były zamrożone. Ta postawa pozwalała uniknąć niepotrzebnych napięć w tym potencjalnie wybuchowym regionie. Rozmawiając na początku grudnia przez telefon z prezydent Tajwanu Tsai Ing-wen amerykański prezydent-elekt zdaniem Pekinu „zakwestionował 40 lat dobrego politycznego obyczaju”.

Mało tego. Trump zgodził się, by samolot z Tsai Ing-wen zatrzymał się w styczniu na amerykańskim terytorium. Prezydent kraju, który nie ma reprezentacji w ONZ i jest izolowany na arenie międzynarodowej, uda się wówczas z pierwszą wizytą do czterech z garstki krajów w Ameryce Łacińskiej, które go jeszcze uznają. Eksperci twierdzą, że Trump zamierza spotkać się z Tsai Ing-wen i nie jest to bynajmniej działanie nieprzemyślane, wynikające z ignorancji prezydenta-elekta, co zarzuciły mu liberalne amerykańskie media. Telefon z gratulacjami, pierwszy bezpośredni kontakt między Waszyngtonem a Tajpej od 1979 roku, musiał zostać wcześniej uzgodniony. Motywacja strony tajwańskiej jest jasna: uchwycić okazję nowego otwarcia w Waszyngtonie, by się repozycjonować i odeprzeć naciski ze strony Pekinu. Deklaracje amerykańskiego prezydenta-elekta, że chce „powstrzymać” ekspansje Chin, dały tajwańskim elitom nadzieję na przetrwanie. Tylko w obliczu osłabienia Pekinu Stany Zjednoczone będą bowiem mogły uchronić Tajwan.

„Doskonale rozumiem zasadę ‘Jednych Chin’, ale nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy się do niej stosować. Chyba że wynegocjujemy jakiś większy układ z Chinami” – powiedział Trump, wyraźnie zaznaczając kierunek swoich działań

Jest to jednak ryzykowna gra. Mimo usilnego amerykańskiego lobbingu Chinom udało się bowiem w ostatnich miesiącach jeszcze pogłębić izolację wyspy. Pekin rozpoczął prawdziwą dyplomatyczną wojnę z Tajpej, stawiając sojuszników przed wyborem: albo Taiwan, albo Chiny. W tym tygodniu Tajwan opuścił przedstawiciel Wysp Świętego Tomasza i Książęcej, malutkiego państewka w Zatoce Gwinejskiej. Tym samym liczba państw, głównie mało rozwiniętych i mało znaczących, które deklarują jeszcze lojalność wobec wyspy, zmniejszyła się do 21. Tajwanowi udaje się utrzymać tych, co pozostali głównie dzięki dyplomacji czekowej.

Kolejnym problemem jest zależność gospodarcza Tajwanu od Chin, co powoduje, że poparcie dla niepodległości wśród Tajwańczyków stale maleje. USA są daleko, a korzyści z bliskich relacji z Chinami są bezpośrednio odczuwalne. To pozostawia władzom w Tajpej niewielkie pole manewru. Tym bardziej, że to właśnie Tajwan, a nie Spratly, Paracele czy inne sporne archipelagi, jest obszarem, którego najbardziej pożądają Chiny. Wyspa jest – jak to określają Chińczycy – „jedną ze znaczących pozostałości po całym wieku upokorzeń”. Kolejnym powodem jest strategiczne położenie Tajwanu. Mógłby się stać idealną bazą wojskową dla wschodzącej chińskiej potęgi. Stąd można skutecznie kontrolować Pacyfik i Ocean Indyjski. Opanowując wyspę, Państwo Środka zyskałoby również możliwość stałego nadzoru szlaków morskich i przestrzeni powietrznej nad Tajwanem. Jak dotąd Chińczycy uważali, że wyspa wcześniej czy później do nich wróci, przy milczącej aprobacie Waszyngtonu. Zwolenników w USA oddania Tajwanu w zamian za uniknięcie kolizji z Pekinem nie brakuje.

Jaka motywacja kieruje więc Trumpem? Zapewne nie jest to zamiłowanie do tajwańskiej demokracji ani poczucie lojalności sojuszniczej. Prezydent-elekt zamierza użyć wyspy jako karty przetargowej w relacjach z Pekinem. – Doskonale rozumiem zasadę ‘Jednych Chin’, ale nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy się do niej stosować. Chyba że wynegocjujemy jakiś większy układ z Chinami – powiedział Trump, wyraźnie zaznaczając kierunek swoich działań. Możemy się stosować, możemy się nie stosować, ale co nam dacie w zamian? Tajwan, ten mały Dawid, utknął między dwoma Goliatami. Jeden sprzedaje mu broń i jest gwarantem jego bezpieczeństwa. Drugi zagraża jego suwerenności, a jednocześnie stanowi największy rynek dla jego towarów. Nie jest to wygodna pozycja. A może się stać jeszcze mniej wygodna, w zależności od tego jak relacje na linii Waszyngton-Pekin będą się kształtowały. A wygląda na to, że będą się kształtowały trudno. Pekin już podjął kroki odwetowe wobec Tajpej, wysyłając tuż po rozmowie telefonicznej między Trumpem a Tsai Ing-wen w pobliżu wyspy lotniskowiec, eskortowany przez okręty wojenne. Wkrótce potem na granicy przestrzeni powietrznej Tajwanu przeleciał chiński bombowiec, zdolny do przewożenia broni nuklearnej, a chińska marynarka wojenna wyłowiła z Morza Południowochińskiego amerykańskiego podwodnego drona, w wyraźnym geście asertywności wobec USA.

Tajwańczycy wyciągając rękę do Trumpa mają nadzieję, że będzie on prowadził przyjazną politykę wobec wyspy i jednoznacznie okaże jej militarne wsparcie. Powoli jednak dociera do nich, że mogą zostać przehandlowani. W zamian za koncesje Pekinu wobec USA, choćby w dziedzinie handlu. A jeśli tak się nie stanie, to zapłacą cenę za zbyt asertywną politykę Waszyngtonu wobec Chin. Tak czy siak obecny status quo wydaje się niemożliwy do utrzymania. Prezydentura Trumpa może okazać się dla Tajwanu bardziej brzemienna w skutkach niż tajpejskie elity sobie nawet w najczarniejszych scenariuszach wyobrażały.