Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Czy Trump uczynił Amerykę ponownie wielką?

Donald Trump nie uczynił przez ostatnie lata Stanów Zjednoczonych ponownie wielkimi. Przeciwnie: podobnie do innych populistów, podmył i osłabił fundamenty republikańskiej demokracji, które przez niemal dwa stulecia realnie czyniły Amerykę wielką

Stany Zjednoczone zmieniły się w czasie kadencji swojego 45 prezydenta. Nastąpiło to na fali wielopłaszczyznowych zjawisk i tendencji kulturowych, które dotykają USA jako integralną część cywilizacji zachodniej. Zmienił się również  status globalny Ameryki, która nie jest już powszechnie identyfikowana jako oaza dobrobytu i wzorzec demokracji. Republika Waszyngtona, Jeffersona, Jacksona, Lincolna, Roosevelta i Reagana trwa, ale logika ponowoczesnej polityki populistycznej coraz mocniej podmywa jej fundamenty.

Cofnijmy się w czasie o cztery lata, co we współczesnym rytmie życia społeczno-politycznego jest niemalże wiecznością. Chociażby do 19 lipca 2016 roku, gdy Donald Trump uzyskał oficjalną nominację Partii Republikańskiej na kandydata w wyborach prezydenckich podczas konwencji  w Cleveland. Dla wielu był to początek realizacji zupełnie nowego scenariusza w historii USA. Ale też obraz tego, jak Ameryka, mimo całej swojej specyfiki, podlega trendom globalnym, a nie tylko je wyznacza lub animuje. Tamtego lipcowego dnia 2016 roku było już niemal miesiąc po wygranym przez zwolenników opuszczenia UE referendum brexitowym w Wielkiej Brytanii. W Europie przewidywano zwycięstwo Marine Le Pen w wyborach prezydenckich we Francji w 2017 roku i możliwy, wielki sukces populistycznej AfD w wyborach parlamentarnych nad Renem. Na dobre zaczynał się też spór pomiędzy niektórymi krajami Europy Środkowej i Komisją Europejską w związku z praworządnością. W tej sekwencji wydarzeń, zdobycie przez kontrowersyjnego milionera poparcia „Wielkiej Starej Partii“ (wielu sceptycznych wobec 45 prezydenta USA obserwatorów, zarówno z prawa, jak i lewa konsekwentnie używa barwniejszych czasowników angielskich w stylu „hijack“, „seduce“ lub wręcz „stole“) uznawane było za sygnał rzeczywistego początku końca starego świata. Zmierzchu epoki Baracka Obamy, ale też czasów dawnych republikanów w stylu Johna McCaina, Mitta Romneya i obydwu byłych prezydentów Bushów. Z których zresztą żaden nie poparł kandydatury Trumpa.

Zdobycie przez kontrowersyjnego milionera poparcia „Wielkiej Starej Partii“ (wielu sceptycznych wobec 45 prezydenta USA obserwatorów, zarówno z prawa, jak i lewa konsekwentnie używa barwniejszych czasowników angielskich w stylu „hijack“, „seduce“ lub wręcz „steal“) uznawane było za sygnał rzeczywistego początku końca starego świata

Świat niewątpliwie zmieniał się – a wraz z nim amerykańska polityka, która coraz bardziej zaczęła upodabniać się – przynajmniej w wielu aspektach kulturowych i społecznych – do kształtu, który istnieje po drugiej stronie Atlantyku. Już po ostatecznym zwycięstwie wyborczym 3 listopada 2016 roku, nazwisko prezydenta Trumpa było najczęściej odmieniane w dłuższym ciągu takich pojęć jak „Brexit“, „wzrost populizmu“, „nastroje antyimigranckie i izolacjonistyczne“, „zmiana globalna“. Nie mówiąc już bardziej ogólnie o wspominanej często „rewolucji Trumpa“, która miała uczynić Amerykę ponownie wielką.

Gdyby zestawić główne tezy inauguracyjnego wystąpienia Trumpa podczas zaprzysiężenia w Białym Domu 20 stycznia 2017 roku z przemówieniem jego republikańskiego przodka, Ronalda Reagana, otrzymalibyśmy wprost dowód, jak polityka w USA zmieniła się przez kilka dekad. Zamiast narracji o wolności osobistej i ograniczaniu wpływu „wielkiego rządu“, nowy prezydent zaserwował koktajl, w którym, przynajmniej teoretycznie, mogliby się odnaleźć bardzo różni wyborcy. Trump położył mocny akcent na wątki wspólnotowe. Wydawał się doceniać zwykłych obywateli, wyraźnie przeciwstawionych wyalienowanym elitom z Waszyngtonu. Wskazywał na rolę państwa w tworzeniu infrastruktury, przemysłu i dobrostanu społecznego. W tym bliższy był niewątpliwie tradycyjnej, protekcjonistycznej lewicy i chadecji zachodnioeuropejskiej z czasów “wielkiego powojennego konsensusu”, trwającego od zakończenia II wojny światowej do wybuchu kryzysu energetycznego w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku. Tradycyjnych neokonserwatystów republikańskich mogła rozczarować wyrażona nieco ezopowym językiem rezygnacja z amerykańskiego mesjanizmu demokratycznego i roli „policjanta świata”, choć jednocześnie mogły ich przekonać dyskretnie wątki dotyczące wartości judeochrześcijańskich i ogólnonarodowej solidarności.

Postpolityka ery Trumpa

Te dość górnolotne zapowiedzi inauguracyjne prezydenta według wielu obserwatorów stały w sprzeczności z jego dotychczasową praktyką biznesową, nie kojarzącą się z aktywnością prospołeczną. Mogły jednak sugerować pewną nową jakość. Być może po raz pierwszy doszło wtedy w polityce USA, zawsze mającej przecież swój wymiar klasowy, do tak jednoznacznego zarysowania podziału na „zwykłych ludzi“ i „elity“. Pech chciał, że cztery lata temu tą drugą grupę symbolizowała wówczas niezbyt nielubiana przez przeciętnego wyborcę Hillary Clinton, reprezentująca swoistą, dziedziczną biurokrację urzędniczą Partii Demokratycznej. To, że Donald Trump bynajmniej również nie był przedstawicielem klasy robotniczej z wymarłych miast Pasa Rdzy, lecz potomkiem również dziedzicznych elit biznesowych, nie miało już w tej opartej na emocjach opowieści większego znaczenia. Podobnie jak dla najbardziej twardego wyborcy Fideszu na Węgrzech i PiS-u nad Wisłą nie ma znaczenia przypominanie faktu, że ich polityczni mentorzy bynajmniej nie byli przymierającymi głodem „żołnierzami wyklętymi“ za czasów rządów poprzednich ekip, ale doskonale odnajdowali się w systemie, który tak zajadle później krytykowali.

Zjawisk, z którymi ponowoczesna postpolityka populistyczna nie może sobie poradzić jest co najmniej kilka. Chociażby zapaść demograficzna, skutkująca zmniejszaniem się całej populacji, i, jak dzieje się to w USA, postępującą zmianą struktury etnicznej kraju

Czy rzeczywiście Donald Trump dokonał w Ameryce pewnego rodzaju autokorekty systemu, na co wydawał się mieć nadzieję na naszych łamach Filip Memches w miesiąc po zaprzysiężeniu 45 prezydenta USA? Autokorekty – a więc korekty płynącej mimo wszystko z wewnątrz, a nie zewnątrz istniejących struktur? Podobnej do tej, do której niezależnie od wektora politycznego i ideologicznego dążyli jeszcze kilka lat temu Aleksis Cipras, Robert Fico, Viktor Orbán, Andrej Babiš , Emmanuel Macron i Jarosław Kaczyński?

Odpowiedź na tak postawione pytanie wydaje się być negatywna. Pokazuje raczej prawdę, że w obiektywie ponowoczesnej postpolityki – bowiem sądzić można, iż postpolityka nie skończyła się nagle na Zachodzie w 2015 lub 2016 roku, ale dzisiaj przyjęła formę populistyczną – stosunkowo łatwo jest dostrzec przeciętnego, zwykłego wyborcę. W szczególności, jeżeli to dostrzeżenie następuje za pomocą narzędzi komunikacji PR-owej. Łatwo jest również wdrożyć szeroko zakrojone programy społeczne i transfery socjalne, realnie zaniedbane w czasach dominacji mainstreamowej „polityki środka“, obowiązującej na Zachodzie w latach dziewięćdziesiątych i pierwszej dekadzie XXI wieku. Łatwo wprowadzić do dużych sektorów gospodarki. Dużo trudniej jednak zmierzyć się z globalnymi tendencjami.

Zjawisk, z którymi ponowoczesna postpolityka populistyczna nie może sobie poradzić, jest co najmniej kilka. Chociażby zapaść demograficzna, skutkująca zmniejszaniem się całej populacji, i, jak dzieje się to w USA, postępującą zmianą struktury etnicznej kraju. Dużo trudniej stawić jest czoło długofalowym skutkom zmian kulturowych i cywilizacyjnych, przebiegającym niezależnie od narracji i płomiennych orędzi polityków. Znaleźć pośrednią chociażby odpowiedź socjoekonomiczną na wzrastający poziom samotności i atomizacji, rozpad rodzin i relacji międzyludzkich, których nie zastąpią przecież bańki w mediach społecznościowych i wspólnota identycznych nakładek na zdjęcia profilowe na Facebooku z hasłem „Make America Great Again“. Postpolityka ponowoczesna nie daje wielu satysfakcjonujących odpowiedzi na problem postępującej degradacji środowiska naturalnego i katastrofy klimatycznej. W końcu – co może najważniejsze – najwyraźniej nie potrafi zmierzyć się z tak nieprzewidywalnym wyzwaniem jak globalna pandemia. A ojczyzna nowożytnej demokracji jest jedną z jej największych ofiar.

Te właśnie czynniki, a nie umiejętność polaryzacji i podgrzewania „wojen kulturowych“ wydają się dzisiaj zasadniczym testem dla polityków. Nie każdy taki test zdaje i wydaje się, że 45 prezydent USA nie był w stanie zmierzyć się skutecznie z nawet częścią pytań egzaminacyjnych.

Co zostało z obietnic?

Polityka Trumpa, wbrew założeniom z mowy inauguracyjnej zimą 2017 roku, nie okazała się szczególnie solidarystyczna, ani też nie przybrała formy występującej w krajach europejskich, opartej na ambitnych transferach socjalnych. Administracja prezydenta nie postawiła tym bardziej na próbę zmiany sytuacji socjalnej zwykłych obywateli na poziomie federalnym w dość oczywistych świadczeniach w rodzaju zasiłków, urlopów (także macierzyńskich) oraz kwestii związanych z publicznymi ubezpieczeniami. Mimo zapowiedzi dostrzeżenia „zwykłych ludzi“ w miejsce elity ze Wschodniego Wybrzeża, administracja 45 prezydenta nie podejmowała działań prowadzących do korekty wciąż elitarnego modelu społecznego, gdzie reprodukcja bogactwa i prestiżu dokonuje się wciąż w zamkniętym kręgu, a opowieści o self-made men należą raczej do baśni przypominanych z przymrużeniem oka.

Trumpowi udało się co prawda przeprowadzić reformę podatkową. Obniżył ich poziom dla firm, niemniej przedsiębiorstwa w USA borykają się ze znanym w całym świecie zachodnim problemem niskiego poziomu inwestycji, na który wpływa niepewność związana z pandemią i możliwymi lockdownami

Trump istotnie dostrzegł tych, o których przez lata mityczny i symboliczny „Waszyngton“ zapominał, ale czy rzeczywiście, posługując się nieco patetycznym językiem, przywrócił im godność, sprawczość i podmiotowość? Raczej niczym zdolny prestidigitator zaczarował ich swoją opowieścią, dał poczucie wyimaginowanej wspólnoty „prawdziwych Amerykanów“. Realnie – nie był jednak w stanie lub nie chciał dać czegoś bardziej wymiernego. Już w pierwszych dniach urzędowania rozpoczęły się próby rozmontowania wielu rozwiązań związanych z powszechnym ubezpieczeniem Affordable Care Act, wprowadzonym za czasów poprzedniej administracji. Trudno oprzeć się wrażeniu, także w wyniku ostatnich przed wyborami nominacji do Sądu Najwyższego, że Trump dąży do zupełnego zlikwidowania tego problemu.

W zasadzie jedyną grupą, która w kadencji prezydenta otrzymała znaczące dopłaty, są rolnicy prowadzący wielkoobszarowe uprawy i potentaci w produkcji żywności. Wielu obserwatorów wskazuje jednak, że negatywne warunki pogodowe, szczególnie w 2019 roku, znacznie osłabiły realne skutki tego rodzaju pomocy, szczególnie dla wielkich plantatorów popularnej w USA uprawy kukurydzy. Wielu z nich doświadczyło wręcz bankructw. Niezdolność prezydenta do konsensusu politycznego z większością demokratów w Izbie Reprezentantów dotyczy nie tylko tak istotnej dzisiaj kwestii jak pakiety ustaw finansowych związane z walką z COVID-19 (Trump zerwał negocjacje na ten temat na niecałe kilka tygodni przed wyborami). Skutkowała także niemal roczną zwłoką w ratyfikacji przez Kongres nowego porozumienia zastępującego dawną NAFTA. Miało ono doprowadzić do stworzenia nowych miejsc pracy w zapóźnionych względem Europy obszarów nad Missisipi.

Prezydent obejmując władzę trafił na hossę koniunktury. Stany Zjednoczone w końcówce rządów Obamy miały swoje liczne problemy oraz obszary wykluczenia, ale też nie były już przysłowiową „Ameryką w ruinie“. Pensje najniżej opłacanych pracowników w latach 2016 -20 co prawda dalej rosły, ale wzrost ten rozpoczął się już za czasów Obamy i trudno stwierdzić, że jest osobistą zasługą Trumpa. Warto przy tym pamiętać, iż wzrost płac dotyczy w głównej mierze tylko pracowników etatowych. Według źródeł Rezerwy Federalnej, średnie wynagrodzenie tygodniowe wynosi 360 USD. Z drugiej strony, najgorsze od 1945 roku spadki PKB w wyniku kryzysu pandemicznego prowadzą do fali zwolnień, której ofiarą padają zazwyczaj najsłabiej zarabiający. Ta sytuacja może zniweczyć trend niskiego bezrobocia, które przed pandemią rzeczywiście znajdowało się na najniższym w historii poziomie 3.5 proc.

Wojna handlowa z Chinami, którą rozpoczął Trump, a która w zamyśle miała doprowadzić do zwiększenia miejsc pracy w amerykańskim przemyśle, jak do tej pory nie przynosi wymiernych rezultatów. Żadna duża firma nie zdecydowała się na przeniesienie produkcji z Chin do Stanów. Mogło się wydawać, że polityka celna administracji 45 prezydenta na początku prowadzona była według klasycznych, wręcz keynesowskich reguł protekcjonizmu. Wcale jednak nie ułatwiły one życia amerykańskim przedsiębiorcom. Ceny komponentów importowanych wzrosły, co widać na przykładzie wzrostu ceł na stal, które automatycznie spowodowały wzrost kosztów produkcji.

Trumpowi udało się co prawda przeprowadzić reformę podatkową. Obniżył poziom danin dla firm, niemniej przedsiębiorstwa w USA borykają się ze znanym w całym świecie zachodnim problemem niskiego poziomu inwestycji, na który wpływa niepewność związana z pandemią i możliwymi lockdownami. Na sektor przedsiębiorstw produkcyjnych, które zatrudniają w dużej mierze imigrantów, jak chociażby zakłady przemysłu spożywczego i przetwórczego, antyimigrancka retoryka i posunięcia prezydenta działają raczej jak płachta na byka.

Nieumiejętna reakcja

Możliwe, że ocena polityki wewnętrznej administracji Trumpa mogłaby być bardziej wyważona. Gdyby nie nagłe doświadczenie pandemii, do którego Trump podchodzi w bardzo osobliwy sposób. Gdyby nie kataklizmy pogodowe z 2019 roku. Gdyby nie protesty pod hasłem Black Lives Matter, wskazujące na nierozwiązane od dekad problemy z dyskryminacją ludności afroamerykańskiej (w której oczywiście mają udział również kolejne administracje demokratów). Być może też – gdyby nie przemiany świadomości masowej młodego pokolenia, spowodowane kolejną rewolucją obyczajową wprowadzoną przez ruch #metoo, którego założenia pośrednio uderzają również w bujny życiorys prywatny prezydenta. W końcu, gdyby nie coraz bardziej widoczna zmiany struktury społeczeństwa amerykańskiego, gdzie Amerykanów wywodzących się z korzeni białych, anglosaskich protestantów jest coraz mniej.

We wszystkich tych sektorach Trump pokazał, że poza chaotyczną polityką informacyjną na Twitterze i wypowiedziami, które w niebezpieczny sposób przesuwają normy kultury politycznej USA istniejące od wielu dekad, ma niewiele do zaproponowania. Można domniemywać, że urodzeni populiści próbowaliby zdyskontować tego typu przemiany i bunty społeczne, wskazując na potrzebę zmian w świadomości i aktywnej polityki społecznej, zgodnej przecież z generalnymi zapowiedziami z początku kadencji. Tu jednak lider największego mocarstwa zachował się w sposób wyjątkowo regresywny. Nie szukał prób wyjścia, tylko grał na nutach eskalacji konfliktu. Najwyraźniej nie rozumiejąc, iż potężne zmiany kulturowo-cywilizacyjne nie zostaną zatrzymane przez plemienną retorykę i budowanie sztucznej, wirtualnej wspólnoty spod znaku czerwonej czapki-bejsbolówki.

Dolewające oliwę do ognia impulsywne i zmienne reakcje Trumpa są w takich sytuacjach bliższe są raczej politykom krajów charakteryzowanych przez współczesną politologię jako „państwa upadłe” niż liderowi mocarstwa nadającego ton społeczności międzynarodowej

Przebiegający równolegle z powyższymi zjawiskami rozwój mediów społecznościowych, a wraz z nimi zjawisk denializmu medycznego, fundamentalistycznego sekciarstwa w postaci ruchów typu QAnon, wciąż relatywnie dużej popularności w społeczeństwie amerykańskim poglądów rasistowskich i supremacyjnych są zjawiskami, z którym Trump jako lider największego państwa demokratycznego na świecie także najwyraźniej nie jest w stanie sobie w sposób jednoznaczny  poradzić. Licząc, że środowiska te są rezerwami jego elektoratu, nie potrafi podjąć działań, które cechują liderów charakteryzujących się realną sprawczością.

Dolewające oliwę do ognia impulsywne i zmienne reakcje Trumpa są w takich sytuacjach bliższe są raczej politykom krajów charakteryzowanych przez współczesną politologię jako „państwa upadłe” niż liderowi mocarstwa nadającego ton społeczności międzynarodowej. Społeczności, wobec której Trump zresztą coraz bardziej się izoluje. Tracąc znaczący kapitał Ameryki, jakim jest promocja demokracji i praw człowieka na arenie międzynarodowej (z pewnością, nie zawsze prowadzonej umiejętnie przez poprzednie ekipy w Białym Domu), prezydentura Trumpa budowała w kraju społeczeństwo spolaryzowanego konfliktu, działające w warunkach „zimnej wojny domowej“ i uzależnione od wirtualnych kaprysów swojego przywódcy stale dostarczanych publiczności.

Donald Trump nie uczynił przez ostatnie lata Stanów Zjednoczonych ponownie wielkimi. Przeciwnie: podobnie do innych populistów, podmył i osłabił fundamenty republikańskiej demokracji, które przez niemal dwa stulecia realnie czyniły Amerykę wielką. W skomplikowanym pejzażu współczesnej Ameryki 45 prezydent USA nie miał jednak aż takiego potencjału, aby kulturę polityczną swojego kraju złożyć całkowicie do grobu i na jej miejscu wygenerować całkowicie nowy system.

 

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, filozof polityki, dziennikarz, publicysta. Współpracuje m. in. z „Laboratorium Więzi”, „Magazynem Kontakt”, Aleteia.pl oraz Polskim Radiem24.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Czy Trump uczynił Amerykę ponownie wielką?”

  1. Vorenus81 pisze:

    Taki artykuł trochę w stylu Newsweek’a.
    Ruch Black Lives Matter jest ruchem nacechowanym politycznie i problematykę rasową jedynie instrumentalnie wykorzystuję do osiągnięcia konkretnych celów, stosując przy tym już jawnie przemoc w życiu publicznym. Ruch #MeToo wpisuję się w czwartą falę feminizmu, której celem już dawno przestało być równouprawnienie a osiągnięcie określonych przywilejów dla pewnych grup. Obydwa te zjawiska mają też niebagatelny wpływ na atomizację i rozpad więzi społecznych w USA, o których autor wcześniej wspomina i nad którymi ubolewa.
    Sceptyczne podejście Trumpa do chaotycznej polityki WHO i niespójnych zaleceń dr Fauci wobec COVID-19, cieżko zaliczyć do medycznego denializmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz