Newsletter

Czy niedźwiedź wystawi smoka?

Hongkong i Singapur miały zastąpić Rosjanom Londyn i Nowy Jork. Okazało się jednak, że banki azjatyckie nie chcą finansować rosyjskich inwestycji i po cichu przyłączają się do zachodnich sankcji

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Hongkong i Singapur miały zastąpić Rosjanom Londyn i Nowy Jork. Okazało się jednak, że banki azjatyckie nie chcą finansować rosyjskich inwestycji i po cichu przyłączają się do zachodnich sankcji

Rosja czeka na nowe rozdanie z Ameryką, zakopanie wojennego topora w sprawie Ukrainy i ułożenie się na Bliskim Wschodzie. Wiedzą o tym w Pekinie: to Chiny straciłyby najwięcej na nowym resecie amerykańsko-rosyjskim. Na szczęście dla Państwa Środka Waszyngton nie jest jeszcze gotowy, by na nowo ułożyć się z Rosją. To sprawia, że Moskwa czeka, czeka i nie może się doczekać.

Minął zwrot

Rok temu wiodącym tematem w rosyjskiej polityce zagranicznej był tzw. „zwrot na Wschód”. Moskwa dumnie głosiła reorientację na Azję–Pacyfik i obiecywała podczepienie się do tego najbardziej dynamicznie rozwijającego się regionu świata. Minął rok i… minął zwrot. A właściwie zastygł w próżni – poza retoryką niewiele się wydarzyło. Wręcz przeciwnie, w dynamice stosunków Rosji z Azją można zaobserwować regres. Można nawet złośliwie powiedzieć, że „zwrot na (Daleki) Wschód” został zastąpiony „zwrotem na Bliski Wschód”.

Bliskowschodnie zaangażowanie Rosji, choć istotne, jest jednak drugorzędne. Mówiąc ściślej, jest funkcją sytuacji na Ukrainie czy szerzej – na obszarze postsowieckim. Bo to właśnie reintegracja b. ZSRS była, jest i będzie najważniejszym wektorem polityki zagranicznej Rosji. Wszystko jest podporządkowane temu celowi, będącemu zarazem środkiem prowadzącym do niezmiennego priorytetu narodowego – odbudowy mocarstwowego statusu.

By istnieć, Rosja musi być mocarstwem. To truizm, wręcz banał, warto jednak go powtarzać, by się utrwalił i by ostatecznie odrzucić szkodliwe złudzenia. Rosja mocarstwem być musi, bo przemawiają za tym zarówno względy „obiektywne”, tj. jej geograficzna nieobronność, oznaczająca konieczność uzyskania strategicznej głębi między rosyjskim rdzeniem a zewnętrznymi wrogami (obszar rdzeniowy Rosji, Moskwa, nie jest chroniony przez naturalne bariery, takie jak rzeki, morza, bagna czy góry, przez co był wielokrotnie najeżdżany; z tego wynika strategia konieczności zajmowania wielkiej ilości ziemi, by w razie najgorszego mieć terytorium, na którym agresor się wykrwawi), jak i „subiektywne”, czyli mentalnościowe. Ekspansja terytorialna zawsze pełniła w Rosji rolę kompensacyjną, wynagradzała Rosjanom zacofanie gospodarcze. Myślenie w kategoriach mocarstwowych pozostaje narzędziem wykorzystywanym przez władze w celu podtrzymania spójności i integralności rosyjskiego społeczeństwa – brak swobód obywatelskich, uprzedmiotowienie mieszkańców i niski standard życia są kompensowane poczuciem przynależności do imperialnej potęgi. Co prawda trudno powiedzieć, co jest tu jajkiem, a co kurą, tj. gdzie kończy się chłodne myślenie realistyczne, a zaczyna wielkomocarstwowa mania (autoteliczna potrzeba bycia mocarstwem dla samego poczucia wielkości), jednak efekt końcowy jest ten sam: Rosja musi być mocarstwem.

Moskwa gospodarczo i kulturowo ma światu niewiele do zaoferowania. Dlatego tak ważne są dla niej konflikty i sytuacje kryzysowe. Wtedy liczą się te dziedziny, w których Rosja jest mocna: dyplomacja i wojsko

To zaś oznacza, że w polityce zagranicznej Rosja zrobi wszystko, by utrzymać i wzmocnić swój mocarstwowy status. Z powodu jej słabości gospodarczej i cywilizacyjnej nie jest to jednak proste – Moskwa gospodarczo i kulturowo (soft power) ma światu niewiele do zaoferowania i przez to nie jest atrakcyjna. Stąd tak ważne są dla niej konflikty i sytuacje kryzysowe. Wtedy liczą się bowiem te dziedziny, w których Rosja jest mocna: dyplomacja i wojsko, gospodarka zaś schodzi na drugi plan. Następuje „prymat polityki nad gospodarką”, co pozwala Rosji grać ponad stawkę i zyskiwać znacznie więcej niż wskazywałby na to jej potencjał gospodarczy. Dlatego właśnie żywiołem Rosji jest wojna, nie pokój.

Putin wraca do gry

W skali mikro można to obserwować, przyglądając się sytuacji bliskowschodniej. Bez Syrii Moskwa była na Bliskim Wschodzie de facto nieobecna. Dziedzictwo aktywnej polityki ZSRS na tym obszarze zostało po 1991 roku przez FR odrzucone, gdyż była ona świadoma własnej słabości. Realnie rzecz biorąc, w 2015 roku Rosja wcale nie stała się na Bliskim Wschodzie silniejsza, ale po tym, jak włączyła się do wojny w Syrii, jej pozycja polityczna poszybowała w górę. Znacząco ingerując w konflikt, Moskwa stała się ponownie istotnym aktorem wydarzeń bliskowschodnich: ważnym, bo proponującym jakieś rozwiązanie (mniejsza o to, czy dobre), dającym zatem Bliskiemu Wschodowi konkret, czego nie da się powiedzieć o mocarstwach zachodnich. Upodmiotowienie Rosji na Bliskim Wschodzie przełamało z kolei próbę międzynarodowej izolacji Moskwy: już nie można udawać, że z Putinem rozmawiają tylko BRICS i mniejsi bądź więksi satrapowie Trzeciego Świata. Rosyjski przywódca powraca na zachodnie salony, ponieważ jest potrzebny. Tym sposobem Rosja poprzez wejście do wojny syryjskiej nie tylko zneutralizowała część negatywnych następstw zaangażowania na Ukrainie, lecz także ponownie znalazła się przy globalnym stole, dzięki czemu może się targować również w innych, istotniejszych dla niej sprawach.

W skali makro mechanizm ten można dostrzec w wyczekiwaniu Rosji na konfrontację amerykańsko-chińską. Moskwa jest światowym rewizjonistą, marzy o odwróceniu geopolitycznych następstw zimnej wojny. Obecnie, w warunkach hegemonii amerykańskiej, jest to niemożliwe. Jednak pozycja USA słabnie i zdaniem wielu amerykańskie władztwo nad globem za chwilę się skończy. Wyłoni się nowy, wielobiegunowy świat. Jak się to stanie – nie wiadomo. Dla Rosji najkorzystniejszy byłby scenariusz konfliktu amerykańsko-chińskiego, gdyż wtedy obie strony barykady dramatycznie potrzebowałyby wsparcia Moskwy i byłyby skłonne drogo zań zapłacić.

Na razie jednak globalna wojna amerykańsko-chińska jest sprawą w miarę odległą (choć zdaniem niektórych, na przykład Jacka Bartosiaka, niebezpieczeństwo „oddolnego” wybuchu konfliktu na Morzu Południowochińskim jest duże). Na pewno nie chcą jej obecnie ani USA, ani Chiny. Władze nad Potomakiem mają nadzieję, że prędzej czy później uda się ustawić Chiny do pionu i uczynić z nich „odpowiedzialnego udziałowca”, niekwestionującego amerykańskiego władztwa nad spółką Glob S.A. z siedzibą główną w Waszyngtonie. Nad Jangcy zaś wiedzą, że Chiny nie są jeszcze gotowe na wyniszczającą konfrontację totalną: potrzebują czasu i pokoju dla dalszej modernizacji. Dlatego oba mocarstwa, nie chcąc wojny, stosują inny repertuar środków. Amerykanie próbują ograniczać Chiny w regionie Azja–Pacyfik (stąd amerykański zwrot ku Azji w 2011 roku i stąd najnowsze TPP), Chińczycy zaś chcą wyrwać się z okrążenia poprzez budowę Nowego Jedwabnego Szlaku.

Odpuścić Chiny

Z punktu widzenia Rosji – mającej ambiwalentny stosunek do Nowego Jedwabnego Szlaku – Amerykanie już dawno powinni się z Moskwą ułożyć. Przecież – rozumują Rosjanie – najważniejsze interesy amerykańskie są nad Pacyfikiem i na nich Amerykanie powinni się skoncentrować całkowicie, w czym mieliby pełne moralne wsparcie Moskwy. Problem polega na tym, że Amerykanie, po pierwsze, przechodzą kryzys swojego przywództwa, po drugie zaś – uważają, że mimo trudności są w stanie utrzymać wszystko po staremu. Co prawda godzą się na konieczne ustępstwa, takie jak Iran, Birma czy Kuba, jednak zasadniczo są przekonani, że uda im się utrzymać status quo. A skoro tak, to nie ma potrzeby czynić koncesji na rzecz Rosji. Dlatego też, wbrew nadziejom Moskwy, Waszyngton wciąż nie przehandlował Syrii za Ukrainę ani też nie kupił jeszcze zgody Rosji na zablokowanie Nowego Jedwabnego Szlaku.

Chiny z jednej strony robią wszystko, by dołączyć Rosję do Nowego Jedwabnego Szlaku, z drugiej zaś porozumiewają się z Kazachstanem i Turcją w sprawie Transkaspijskiego Szlaku Transportowego

Ale Rosja wciąż ma nadzieję, że kupi. Bo w Moskwie po cichu przyznają, że z tą Azją tak trochę nie wyszło. Półtora roku od szumnej wizyty Putina w Szanghaju w maju 2014, po której w rosyjskim establishmencie zaczęło się wszem i wobec deklarować „zwrot na Wschód”, zorientowano się, że – by zacytować Aleksandra Gabujewa – nastąpił „zwrot donikąd”. Marzenia o równoważeniu Zachodu Azją spełzły na niczym. Gospodarczo nie udało się sprawić, by Azja zastąpiła Zachód w roli głównego partnera handlowego i motoru rozwoju. Przeszkodziły czynniki niezależne, takie jak niskie ceny surowców (nie tylko ropy) i kłopoty gospodarcze Chin, rzeczywiste przyczyny braku porozumienia znajdują się jednak głębiej. Rosja poza ropą, gazem i bronią nie ma Azji wiele do zaoferowania. A tymczasem liczono na cud. Wierzono, że Hongkong czy Singapur zastąpią Rosjanom – jako finansowe centra – Londyn i Nowy Jork. Okazało się jednak, że banki azjatyckie nie chcą finansować rosyjskich inwestycji i że de facto po cichu przyłączają się do zachodnich sankcji (a jeśli już udzielają kredytów, jak dwa banki chińskie, to na gorszych niż lichwiarskie warunkach). W tej sytuacji, jak szczerze przyznają Rosjanie, łatwiej już omijać sankcje zachodnie niż męczyć się w Azji. Politycznie sprawa nie wygląda lepiej – Rosja nie zdołała naprawić stosunków z Japonią ani wzmocnić relacji z Koreą Południową (te dwa państwa, a szczególnie Japonia, są kluczem do powrotu Rosji do gry w Azji), a kontrakt gazowy z Chinami czy ostatnia sprzedaż Su-35 tylko wzmocniły azjatycką percepcję Rosji jako pekińskiego wasala. Rozczarowanie pogłębiły działania samego Putina, wyraźnie sfrustrowanego brakiem wyników na odcinku azjatyckim (odpuścił szczyty Azji Wschodniej i APEC, a podczas szczytu wschodniego we Władywostoku wolał zwiedzać oceanarium ze Stevenem Seagalem niż rozmawiać z inwestorami). Na Kremlu zdano sobie sprawę z niemożności równoważenia Zachodu Azją, przynajmniej na razie. A to prowadzi do prostej konkluzji – skoro „zwrot do Azji” (czyli de facto zwrot ku Chinom) niewiele dał, to spokojnie można Chiny odpuścić, utrudniając lub nawet blokując Jedwabny Szlak, na przykład w zamian za zniesienie sankcji i powrót do statusu sprzed wojny na Ukrainie.

Ufaj, ale sprawdzaj

Chiny obserwują to z mieszaniną spokoju i lęku. Nauczyły się, że na Rosji nie można polegać – stosują więc maksymę Dzierżyńskiego: „ufaj, ale sprawdzaj”. Z perspektywy chińskiej Rosja to partner ograniczonej użyteczności i jeszcze bardziej ograniczonego zaufania. Chiny nauczyły się Rosji – wiedzą, że nie jest mądrze na niej polegać, gdyż nigdy nie można mieć pewności, czy nie poświęci któregoś z porozumień dla kolejnej wolty w relacjach z Zachodem. Pekin w stosunkach z Rosją daje więc dowody swego słynnego pragmatyzmu – przyjął utylitarną zasadę, by „brać, co jest” i nie przejmować się zbytnio retoryką. Dla Chin liczy się konkret, a tym jest w sferze wielkiej polityki Nowy Jedwabny Szlak. Dlatego z jednej strony robią wszystko, by dołączyć Rosję do tego projektu, z drugiej zaś porozumiewają się z Kazachstanem i Turcją w sprawie Transkaspijskiego Szlaku Transportowego, omijającego Rosję. Ta druga opcja jest jednak dla Chin w naturalny sposób mniej korzystna, gdyż na jej trasie występuje znacznie większy potencjał destabilizacji. Pekin liczy więc na to, że poprowadzenie Nowego Jedwabnego Szlaku będzie się Rosji opłacać zarówno gospodarczo, jak i politycznie (zwiększy bowiem rosyjskie możliwości oddziaływania). A poza tym – że uda się Moskwę po prostu kupić.

Na razie kalkulacje te sprawdzają się z paradoksalnej przyczyny, jaką jest niechętna Moskwie polityka USA. Amerykę drażni rewizjonizm Rosji i jej konsekwentna niechęć do grania wyznaczonej jej przez Waszyngton roli globalnego junior partnera. Do tego dochodzą uprzedzenia samej administracji Obamy, pamiętającej historię resetu, Snowdena czy Syrię z roku 2013. Jest to niechęć skrywająca tak naprawdę brak pomysłu na Rosję, zakamuflowana wizerunkowym lekceważeniem. Jest też konflikt ideologiczny – podczas gdy Waszyngton przyspiesza na odcinku liberalno-lewicowej nadbudowy światopoglądowej, Rosja próbuje montować „konserwatywną międzynarodówkę” w oporze przeciwko amerykańskim siłom postępu (co te ostatnie mocno irytuje). To wszystko spaja spora doza emocji, skutecznie utrudniająca znalezienie porozumienia. Ale przecież w polityce wieczne są tylko interesy, więc stan ten nie utrzyma się na zawsze. Prędzej czy później się zmieni. Pytanie tylko: kiedy?

Na razie skutek jest jeden – jako że Amerykanie nie chcą się układać z Rosją, to ta nie bardzo ma miejsce na manewr. Rosyjski niedźwiedź może i by chciał, ale przynajmniej przez jakiś czas nie jest w stanie wystawić chińskiego smoka do wiatru.