Xi trzyma się mocno

Aktualności,

Donald Trump chce być nowym Ronaldem Reaganem. Jego problem polega na tym, że Chińska Republika Ludowa nie da się tak łatwo jak ZSRR obsadzić w roli imperium zła.

Prezydent Xi Jinping łączy w sobie cechy lisa i lwa z „Księcia” Machiavellego. Z jednej strony zapewnia świat, że jest gwarantem pokoju oraz globalizacji. Z drugiej zaś – bierze udział w wyścigu zbrojeń na Morzu Południowochińskim, rozmieszcza rakiety na granicy z Rosją, a podległe Partii gazety otwarcie mówią o możliwości militarnego konfliktu, jeśli Trump nie zmieni swojej polityki zagranicznej.

Nie można też powiedzieć, że młody elokwentny Xi przypomina zwietrzałe komunistyczne mumie, które stały u sterów KC za czasów Reagana. On był w Davos, a Trumpa nie było. Używał słów uspokajających globalistyczne elity oraz wielki biznes akurat w momencie, kiedy te elity przerażone zwycięstwem Trumpa łaknęły takiego przekazu. Równoczesne rozmieszczenie rakiet dalekiego zasięgu (międzykontynentalnych) na granicy z Rosją sugeruje, że głowice mogą z jednej strony być wymierzone w USA, a z drugiej jest wyraźnym sygnałem sugerującym Kremlowi, aby dwa razy się zastanowił, nim spróbuje zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi.

Oczywiście, to USA ma przewagę strategiczną. Wydaje się nieprawdopodobne, aby Chiny mogły wygrać morskie starcie z US Navy. W wypadku zamknięcia przez amerykańską marynarkę wojenną szlaków przechodzących przez Morze Południowochińskie, gospodarka ChRL zacznie się zwyczajnie dusić. Jedyną możliwością wysyłania towarów w świat będzie wtedy droga lądowa przez Rosję.

Chiny chcą świat otwierać, a Trump chce USA od świata oddzielić. Oznacza to, że jesteśmy świadkami momentu, w którym globalizm w swej dotychczasowej formie ostatecznie bierze rozwód z demokracją

Samo państwo Putina będzie też głównym źródłem surowców naturalnych dla Chin w razie konfliktu z USA. Dlatego zbliżenie amerykańsko-rosyjskie to dla Chin egzystencjalne zagrożenie. Wydawałoby się, że prezydent Xi jest na straconej pozycji.  Jednak ogromnym zaskoczeniem jest to, jak sprawnie decydenci z Państwa Środka potrafią łączyć hard i soft power.

Publicyści wpływowych liberalnych mediów USA już twierdzą, że Chiny chcą świat otwierać, a Trump chce USA od świata oddzielić. Należy przy tym zaznaczyć, że takie spojrzenie na sprawę oznacza, że prawdopodobnie jesteśmy świadkami momentu, w którym globalizm w swej dotychczasowej formie ostatecznie bierze rozwód z demokracją.

Te rządy, które wolni ludzie wybrali lub chcą wybrać, opowiadają się bowiem za schłodzeniem globalizacji. Największym jej obrońcą jest zaś przywódca najmniej demokratycznego pańśtwa spośród globalnych potęg.

Co więcej, dysponuje on zapewne dużym poparciem ze strony mniej licznych, ale bajecznie zamożnych wpływowych mieszkańców świata zachodniego. Zarówno przeciwnicy Trumpa, jak i inni zagorzali wrogowie tzw. „populizmów”, powinni się chyba w tej sytuacji zastanowić, po której stronie właściwie stoją. Już wkrótce siedzenie okrakiem na barykadzie może być niezwykle bolesne.